Maja Włoszczowska: Byłam zdewastowana. Zastanawiam się co jest cięższe: Cape Epic czy Tour de France

- Po pierwszym etapie byłam przerażona, co się będzie działo dalej. Po drugim byłam tak wycieńczona, że leżałam i nie byłam w stanie podnieść ręki z telefonem do ucha - mówi Maja Włoszczowska. W swoim debiucie w Cape Epic, ośmiodniowym wyścigu po bezdrożach RPA, dwukrotna mistrzyni olimpijska zajęła trzecie miejsce. Włoszczowska pracuje już na formę życia, którą chce osiągnąć w 2020 roku, na igrzyskach w Tokio. - Oczywiście marzę o złotym medalu olimpijskim, bez dwóch zdań - mówi.
Zobacz wideo

Łukasz Jachimiak: W niedzielę w mediach społecznościowych chwaliła się pani najbardziej zasłużonym piwem w życiu. Czy doszła już pani do siebie po morderczym wyścigu Cape Epic w RPA?

Maja Włoszczowska: O nie, nie, jeszcze zdecydowanie nie doszłam do siebie. W dużej mierze przez to, że końcówkę jechałam z przeziębieniem, a ściganie się po bezdrożach po 100 kilometrów dziennie nie pomaga wyzdrowieć. Na szczęście to było przeziębienie bez objawów ogólnoustrojowych. Ale ból gardła dokuczał, zwłaszcza spotęgowany nie tylko wysiłkiem i hiperwentylacją, ale też potężną ilością kurzu. A jeszcze na koniec była męcząca podróż. Dopiero w środę dotarłam do Polski. Myślę, że jeszcze kilka dni minie, zanim poczuję się w pełni sił.

Na tyle, na ile panią znam, spodziewam się, że kilku dni całkowitego luzu pani sobie nie da. Mylę się? Nie będzie pani samej siebie goniła do treningu?

- Delikatny trening to jest wręcz wskazany, bo pomaga w regeneracji. Ale na pewno muszę odrobić utracony sen. Podczas Cape Epic codziennie start był o godzinie 7.00, co wiązało się z pobudką o 4.30, po to, by odpowiednio wcześnie zjeść śniadanie. Na wyścigu było strasznie mało czasu na regenerację między etapami. Po Epicu bywa różnie. Bywa tak, że trzeba długo odpoczywać, ale bywa i tak, że ma się zaraz fantastyczną dyspozycję. Dalsze plany uzależniam od tego, jak się będę czuła.

Ale pani startowała w tym wyścigu pierwszy raz?

- Tak, mówię o doświadczeniach moich koleżanek i kolegów.

Między innymi Ariany Luthi, która w przeszłości Cape Epic wygrywała, a teraz jechała z panią w parze?

- Dokładnie.

Mówiła pani o pobudkach, a czy to prawda, że spać trzeba było w namiotach?

- Na szczęście nie. W tym wyścigu biorą udział zarówno zawodowcy, jak i amatorzy. Amatorzy rzeczywiście śpią w namiotach i powiem szczerze, że nie mam pojęcia jak oni się regenerują. To jest już totalny hardkor. Namioty są ustawione jeden obok drugiego, cały czas jest się w wielkiej grupie ludzi, ciągle jest hałas, tak chyba nie da się odpocząć. Do tego jeszcze w nocy potrafiło być zimno, temperatura spadała do 8-9 stopni Celsjusza, w namiocie to się czuje, przecież ogrzewania nie ma. Na pewno trudno było się przestawiać, bo w ciągu dnia było po 35 stopni, a jak się dojeżdżało na postój, to w czekających, rozgrzanych namiotach było na pewno i ponad 40 stopni. Nagle później robiło się zimno. Podziwiam wszystkich amatorów, którzy startują w tym wyścigu. Oczywiście amatorzy zazwyczaj chcą po prostu Cape Epic przejechać, a my podchodziliśmy do sprawy zupełnie inaczej, chcieliśmy wygrać. Dlatego szukaliśmy maksymalnego komfortu. Zadbaliśmy o odpowiednią ilość sprzętu i o ludzi, którzy zawodnikom pomogą się jak najszybciej zregenerować między etapami. Do czwórki zawodników, czyli do mnie i Ariany oraz do dwóch chłopaków, mieliśmy dwójkę fizjoterapeutów, lekarza, dyrektora sportowego, dwóch mechaników i PR-owca. W sumie było sześć osób z obsługi do czwórki zawodników. I mimo to ciągle obsługi było za mało. Nasza obsługa spała w kamperach, które zawsze były rozstawiane w miasteczku wyścigu. My, zawodnicy, spaliśmy w hotelach. Co nie znaczy, że mieliśmy prawdziwą regenerację. Przy bardzo dużym wysiłku jest tak, że paradoksalnie bardzo ciężko się śpi. Najpierw bardzo trudno jest zasnąć, a jak już się uda, to pobudka o 4.30 jest naprawdę brutalna.  A etapy są piekielne. Zastanawiam się co jest cięższe: Cape Epic czy Tour de France. Wiadomo, że Tour de France nie miałam i nie będę miała przyjemności przejechać. Oczywiście on jest dłuższy, trwa trzy tygodnie, ale tam przynajmniej od czasu do czasu można się schować w peletonie.

Tam trudne etapy są też przeplatane łatwiejszymi. W Cape Epic idea jest chyba taka, że ma być zawsze jak najtrudniej?

-  Jest non stop jazda na granicy swoich możliwości. A jeśli jeszcze jest się w parze słabszym, to cały czas się jedzie na limicie. Mocniejszy zawodnik ma trochę większy komfort, bo dostosowuje się do tempa słabszego zawodnika. Chociaż z drugiej strony musi mocniej pracować na odcinkach z silnym wiatrem, żeby słabszy zawodnik mógł się trochę schować i odpocząć z tyłu. Generalnie odpoczynku nie ma. Nawet na zjazdach. Bo albo są trudne, kamieniste i tak trzepie, że trzeba z całych sił trzymać kierownicę, albo są odcinki bardzo grząskie i szutry, gdzie na zakrętach przydają się żużlowe umiejętności. Czyli odpoczynku nie ma wcale, a dystanse są potężne.

650 kilometrów w osiem dni – ile to jest godzin spędzonych na rowerze?

- Większość etapów kończyłyśmy w około pięć i pół godziny. Nigdy w życiu nie jeździłam tak długich treningów. W tym roku przygotowując się do Epica przejechałam raptem cztery treningi w okolicach pięciu godzin. Zazwyczaj mój trening ma około trzy godziny. W RPA była ilość i na dodatek był jeszcze bardzo trudny teren, dlatego obciążenie dla organizmu było potężne. Dla obsługi też, bo jechaliśmy przez tereny mocno piaszczyste, co chwilę przejeżdżaliśmy przez rzeki, bagna, więc brud wchodził w każdy zakamarek roweru. Na koniec każdego dnia mechanicy musieli przeprowadzać remont generalny naszych rowerów. Oni spali jeszcze mniej od zawodników. Muszę powiedzieć, że Cape Epic to jest taki wyścig, który testuje możliwości absolutnie każdego.

To jest taki wyścig, w którym może się pani zakochać czy już pani sobie powiedziała „nigdy więcej”?

- Myślałam, że będzie tak, że przejadę do końca i już nie będę chciała wracać. Takie nastawienie miałam przed wyścigiem. Chciałam zobaczyć jak to jest i tyle. Ale się zakochałam. Naprawdę się zakochałam, bo atmosfera wyścigu jest cudowna. To jest nie do opisania, mnóstwo dobrego robi tamtejsza społeczność, która jest nieprawdopodobnie życzliwa. Ludzie kibicują na trasie absolutnie każdemu. Na wyścig kibice przyjeżdżają specjalnie poprzebierani. Tam się tworzą więzi, które ciężko opisać. Ludzie przeżywają to samo cierpienie i dzięki temu świetnie się rozumieją. Czasami jak już nie mają siły płakać, to się śmieją. Mimo że cierpienie było wielkie, to jeszcze większa była satysfakcja na mecie z tego, że się dało radę. A tym większa jest ta satysfakcja, że się osiągnęło sukces, bo nasz zespół Kross Racing Team w rywalizacji kobiet był trzeci, a chłopcy trzy razy stawali na podium, w tym wygrali najważniejszy, ostatni etap. Muszę jeszcze powiedzieć o przepięknych trasach. Przejeżdżaliśmy przez wiele winiarni. Ich właściciele tworzą trasy rowerowe przeznaczone specjalnie dla rowerów górskich. Trasy są tak genialnie wyprofilowane, że na rowerze się pływa, a nie jeździ. Mimo dużego zmęczenia miałam bardzo dużo frajdy z tamtych odcinków zjazdowych. Podsumowując moje nastawienie do Cape Epic powiem, że w przyszłym roku nieśmiało planowałam kończyć karierę, a że przyszły rok jest rokiem olimpijskim, to nie wiem czy przed igrzyskami chciałabym ryzykować udział w wyścigu w RPA, bo to wielkie obciążenie. Zobaczę, jak będzie wyglądał mój obecny sezon, jak się będę czuła po starcie. Ale z końcem kariery różnie może być. Jest wiele zawodniczek, które się zarzekały, że skończą, a nie skończyły. Jeżeli będzie sposobność, żebym się mogła przygotować, to z pewnością wrócę na Cape Epic. Jeśli nie jako zawodowiec, to może kiedyś jako amator.

I będzie pani spała w namiocie?

- Hmm, może aż tak tej atmosfery nie chcę czuć, ha, ha.

Powiedziała pani, że słabszy zawodnik w parze ma gorzej, ale chyba w waszym duecie nie było tej słabszej?

- Nawet jeżeli jest dwójka zawodników na tym samym poziomie, to jednego dnia ktoś będzie się czuł lepiej, a ktoś gorzej. Nie będzie tak, że obie osoby z pary będą się czuły dokładnie tak samo i będą w stanie trzymać to samo tempo. Przyznam, że u nas ja miałam łatwiej, bo byłam trochę mocniejsza od Ariany. To dla mnie bardzo dobrze, bo obawiałam się startu w tym wyścigu, bałam się, żeby mnie nie zabił. Dzięki temu, że byłam zawodniczką odrobinę mocniejszą, to do kolejnych etapów mogłam podchodzić chociaż z minimalną rezerwą. Ale musiałam pamiętać, że niesamowicie ważna jest praca zespołowa, wzajemne zrozumienie, dużo cierpliwości oraz wypracowanie odpowiedniego stylu jazdy, żeby wykorzystać silne strony każdego z zawodników. Tu jest dużo na barkach mocniejszego zawodnika. On się musi opiekować słabszym, starać się go jak najbardziej odciążyć, podtrzymać motywację. Silniejszy musi schować swoje ambicje do kieszeni, czasami musi się nawet schować za słabszego, żeby ten słabszy poczuł, że jednak ma moc, że nie jest z nim źle, że może jechać dalej. Tu jest bardzo dużo gry psychologicznej, opiekowania się sobą nawzajem. I jest jeszcze aspekt techniczny. Na Cape Epic zawodnicy w trakcie jazdy nie mogą korzystać z pomocy swoich ekip. Kiedy jest defekt, to trzeba sobie radzić samemu. Tu bardzo się przydawało doświadczenie Ariany. Oczywiście ja też umiem sobie zmienić dętkę, ale z doświadczeniem w Cape Epic Arianie szło to zdecydowanie szybciej.

Można powiedzieć, że w RPA przejechała pani osiem takich maratonów z rzędu, w jakich startuje pani walcząc o medale mistrzostw świata czy Europy?

- Tak, to jest właśnie osiem maratonów dzień po dniu. Przyznam, że na jednodniowym maratonie tempo jest wyższe, bo wszyscy wiedzą, że następnego dnia nie będą musieli wsiadać na rower. Na Cape Epic trzeba trochę rozkładać siły. Choć z drugiej strony pierwsze dwa etapy były zabójcze. Po pierwszym byłam przerażona, co się będzie działo dalej. I ja miałam dosyć, i wszystkie inne zawodniczki. Po drugim etapie byłam tak wycieńczona, że leżałam i nie byłam w stanie podnieść ręki z telefonem do ucha. Skurcze łapały mnie w mięśnie, w które nigdy do tej pory mnie nie łapały.

To wtedy pisała pani na Twitterze, że jest zdewastowana?

- Tak, dokładnie wtedy, po drugim etapie. Było też odwodnienie. Generalnie w tym wyścigu bardzo przydaje się doświadczenie, bo jest mnóstwo czynników utrudniających już i tak trudną jazdę. Bardzo się cieszę, że jechałam w parze z Arianą, która zna doskonale ten wyścig i wie jak przetrwać.

Wyścig znów wygrała Annika Langvad. Widziałem, że w 2016 roku też wygrała, a później zdobyła mistrzostwo świata. Takie historie przekonały panią do startu w RPA?

- W ubiegłym roku Langvad też wygrała, jadąc w parze z Kate Courtney. Później Kate mistrzostwa świata wygrała, a Annika była druga. Oczywiście liczę na to, że Cape Epic mi zaprocentuje w sezonie i z taką myślą w nim startowałam. Ale też potrzebowałam nowej motywacji, bo jednak od wielu lat startuję w Pucharze Świata i od zawsze on i mistrzostwa świata są imprezami docelowymi, ale po wielu latach jeżdżenia w te same miejsca to się zaczyna nudzić. Patrzy człowiek w kalendarz i myśli „znowu”. Teraz Cape Epic był wspaniałą motywacją, by ciężko przepracować zimę. I liczę, że teraz będzie bodźcem dla mojego organizmu.

Kiedy znów się zacznie to, co Pani już świetnie zna?

- Dwa ostatnie weekendy maja to czas pierwszych startów w Pucharze Świata. Wcześniej na pewno będę miała inne starty, ale gdzie i kiedy, to jeszcze nie wiem, wszystko zależy od samopoczucia. Mistrzostwa świata będą w Mont-Sainte-Anne w Kanadzie, czyli w całkiem szczęśliwym dla mnie miejscu [tam Włoszczowska zdobyła złoto MŚ w 2010 roku]. Mistrzostwa będą zdecydowanie imprezą docelową, aczkolwiek mamy jeszcze jeden ważny występ, czyli rekonesans olimpijski. Tam wynik w tym roku nie będzie istotny, ale to będzie bardzo ważny wyjazd pod kątem zbierania doświadczenia, organizowania logistyki, przygotowań na przyszły rok.

Już wiadomo jaka będzie trasa na igrzyskach w Tokio?

- Na pewno będzie bardziej zbliżona do tras starszego typu, czyli naturalnych. Będą naturalne korzenie, będzie wykorzystany teren. W Londynie i w Rio trasy były w stu procentach sztucznie stworzone. Tu na pewno ścieżki będą sztucznie wytyczone, ale z wykorzystaniem tego, co już przygotowała natura. Tyle wiem. Natomiast jeśli chodzi o profil, to z całą pewnością możemy się spodziewać tras interwałowych, bo one są atrakcyjne dla telewizji, ponieważ stawka zawodników jest dłużej razem i więcej się dzieje do samej mety. Ale więcej szczegółów poznamy w październiku.

W 2016 roku Rio zdobyła pani srebro, cztery lata wcześniej w Londynie pani nie startowała przez kontuzję odniesioną tuż przed igrzyskami, w 2008 roku w Pekinie po raz pierwszy została pani wicemistrzynią olimpijską. Kibice słysząc „Maja Włoszczowska” i „igrzyska” na pewno będą mieli skojarzenia ze złotem, będą go pani życzyli i będą się zastanawiali czy da pani radę je zdobyć. Pani się na coś takiego nie chce nastawiać czy przeciwnie – chce pani myśleć o Tokio jak o swojej ostatniej szansie na jedyny brakujący tytuł w karierze?

- Nie można mówić o celach wynikowych, bo to nie do końca zależy ode mnie. Ja tylko mogę się przygotować najlepiej jak umiem, mogę wypracować życiową formę. Oczywiście marzę o złotym medalu olimpijskim, bez dwóch zdań. Ale mogę być w swojej najlepszej formie, w takiej, która gwarantowałaby mi wygranie wszystkich poprzednich igrzysk olimpijskich, a może się okazać, że pojawi się Jolanda Neff w jeszcze wyższej formie albo błyśnie jakiś nowy talent tak jak w Rio zabłysła Jenny Rissveds. Szwedka ani wcześniej, ani później raczej nic nie wygrywała. Była zawsze silną zawodniczką, wygrała jeden start w Pucharze Świata, ale to wszystko. W przypadku igrzysk nie możemy zupełnie nic przewidzieć. Ja celuję w to, żeby być w życiowej formie i wierzę, że ona może mi dać bardzo dobry wynik. Nic więcej nie mogę.

Więcej o: