Kolarskie MŚ Innsbruck 2018. Tęczowa koszulka dla Alejandro Valverde! Polacy bezsilni w Tyrolu

Nie było ani powtórki z Ponferrady, ani z Rio. Tylko Rafałowi Majce dane było zmierzyć się z owianym już legendą finałowym podjazdem pod Höll, ale na nawiązanie walki z najlepszymi zabrakło już siły. Tych najwięcej zachował Hiszpan Alejandro Valverde, który tęczową koszulką ukoronował dziś swą długą karierę. W finiszu na mecie w Innsbrucku pokonał Francuza Romaina Bardeta i Kanadyjczyka Michaela Woodsa.

188 kolarzy na starcie, a przed nimi 258,5 kilometrów trasy, wiodącej najpierw przez krótki, ale stromy podjazd na Gnadenwald, później aż siedmiokrotnie pokonywany, prawie 8-kilometrowy podjazd na Igls, a na koniec niecałe 3 kilometry drogi, zwanej przez miejscowych „Piekłem”. Ruszyli o 9:40, by po niespełna 7 godzinach jazdy rozstrzygnąć rywalizację o tęczową koszulkę mistrza świata w kolarstwie szosowym.

Wśród kandydatów do tytułu mistrz świata sprzed 4 lat - Michał Kwiatkowski, brązowy medalista z Rio – Rafał Majka oraz wspierająca ich drużyna, w składzie: Michał Gołaś, Maciej Bodnar, Łukasz Owsian i Maciej Paterski. I duże oczekiwania. Może nieco zbyt duże, jeśli wziąć pod uwagę, że dla Kwiatkowskiego był to w tym roku już 91. dzień startowy, a spośród wszystkich kolarzy, stających na starcie, miał przejechaną największą liczbę wyścigowych kilometrów: aż 13 730 (a biorąc pod uwagę również jazdy treningowe, Kwiatkowski ma w nogach ponad 28 000 kilometrów). Ale z drugiej strony Kwiatkowski ma też za sobą zdecydowanie najbardziej udany sezon w karierze: trzy wygrane etapówki, kilka zwycięstw na etapach, drugie mistrzostwo Polski i kilka dni, przejechanych w koszulkach lidera prestiżowych wyścigów (Criterium de Dauphine, Vuelta a Espana). Trudno było Kwiatkowskiemu nie stawać do walki o mistrzostwo świata z zamiarem zwycięstwa, choć miał też świadomość, że organizm w końcu musi powiedzieć „dość”. Chciał do tej walki podejść niejako „z marszu”, nie wychodząc z wyścigowego rytmu.

Dla Rafała Majki dzisiejszy wyścig był z kolei szansą na „uratowanie” tego niezbyt udanego sezonu. Mimo znakomitego przygotowania naszemu najlepszemu góralowi nie sprzyjało szczęście: podczas kilku wyścigów leżał w kraksach, po których dochodził do siebie zbyt długo, by móc myśleć o odegraniu w wyścigu kluczowej roli. Tak było m.in. w Tirreno-Adriatico, to samo przydarzyło się na pamiętnym etapie do Roubaix, podczas Tour de France. Niewiele do szczęścia zabrakło w Hiszpanii, ale nie udało mu się powiększyć kolekcji grandtourowych zwycięstw, a drugie miejsce – choć dla większości sportowców znakomite –dla kolarza ma gorzki smak porażki.

Polacy byli więc bardzo zmotywowani, jadąc wysoko i bardzo czujnie przez większość trasy, którą peleton – świadomy czekających na koniec trudności – przejechał w dość spokojnym tempie, pozwalając kilkunastoosobowej ucieczce na blisko 20 minut przewagi. Ale z każdą kolejną rundą przez dawną wioskę olimpijską, zlokalizowaną na szczycie Igls, robiło się coraz trudniej. Zmieniający się na prowadzeniu Włosi i Brytyjczycy dyktowali coraz wyższe tempo, po którym peleton szczuplał coraz bardziej. Z tyłu został dotychczasowy, trzykrotny mistrz świata Peter Sagan (choć tego akurat należało się spodziewać), tempa nie wytrzymał triumfator Vuelty – Simon Yates, zbyt szybkie okazało się również dla Wouta Poelsa i wielu innych, znakomitych kolarzy, jeszcze dzisiejszego ranka chętnych do zmierzenia się z „Piekłem”.

W polskim zespole jako pierwsi zakończyli pracę Bodnar i Paterski. Na czwartej rundzie zostawać za główną grupą zaczął Michał Gołaś, ale udało mu się jeszcze dogonić peleton. Majce i Kwiatkowskiemu pomagał z przodu Łukasz Owsian, który wykonał dzisiaj kawał znakomitej roboty. Ale gdy kolarze wjeżdżali na Igls po raz szósty i przedostatni, potężny kryzys dopadł Michała Kwiatkowskiego. Nie był w stanie utrzymać tempa, jakie narzucił Włoch Franco Pelizzotti, pracujący na rzecz Nibalego i Moscona. 45 kilometrów przed metą prysły więc marzenia Kwiatkowskiego o obronie mistrzowskiego tytułu. Na ostatnią pętlę już nie wjechał. Z Polaków w czołówce pozostał już tylko Rafał Majka, Łukasz Owsian walczył nieco dalej wśród kolarzy, którzy nie liczyli się już w ostatecznej rozgrywce, ale chcieli ukończyć ten morderczy wyścig.

Tymczasem czołowa grupa rozprawiła się z resztkami zainicjowanej jeszcze na początku wyścigu ucieczki, w której spośród 11 kolarzy została już tylko dwójka: Kasper Asgreen z Dannii i Norweg Vegard Stake Laengen. Podczas ostatniego zjazdu z Igls zaatakował Duńczyk Michael Valgren i to on jako pierwszy rozpoczął ostatni przejazd uliczkami Innsbrucku. Około pół minuty za nim jechała blisko 40-osobowa grupka, z jadącym na jej końcu i wyraźnie słabnącym Rafałem Majką. Do przejechania pozostało już tylko „Piekło”.

Zwyczajowa nazwa tego odcinka znakomicie oddaje to, co czekało na nim kolarzy. Chociaż po przedwyścigowych rekonesansach wielu z nich mówiło, że nie jest to tak straszny odcinek, jak się wydaje, ale zaraz potem wszyscy zaznaczali, że podczas wyścigu w tym miejscu będą mieli już w nogach 245 kilometrów trasy i ponad 4500 metrów przewyższeń. „Höll” przetrwają tylko najsilniejsi.

Jako pierwszy walkę z „Piekłem” rozpoczął Valgren, ale jego przewaga z każdym metrem topniała. W doganiającej go grupie inicjatywę przejęli Francuzi, przez większość wyścigu nieszczególnie aktywni i wyczekujący, aż pozostali rywale wyczerpią zapasy sił. Tutaj nagle zmaterializowali się aż w czwórkę: rozpoczął Rudy Molard, ciągnąc za sobą Thibauda Pinot, Romaina Bardeta i Juliana Alaphilippe, najczęściej typowanego (na równi z Valverde) jako potencjalny kandydat do mistrzowskiego tytułu. Kroku Francuzom dotrzymywali tylko: Gianni Moscon (pozostali Włosi, dyktujący tempo przez większość wyścigu, stracili siły na ostatniej rundzie), Hiszpan Alejandro Valverde i Kanadyjczyk Michael Woods. Kiedy Molard i Pinot zakończyli swoją pracę, na zmianę wyszedł Romain Bardet, który tuż przed najbardziej stromym odcinkiem, którego nachylenie sięgało miejscami 28%, podyktował tempo, którego nie wytrzymał Alaphilippe. Bardet zorientował się zbyt późno – w grze pozostał już tylko on, Valverde, Woods i Moscon, który na stromiźnie miał coraz większe problemy, aż w końcu stracił kontakt z odjeżdżającą trójką. Ostatni zjazd do mety rozpoczęło trzech zawodników i wszystko wskazywało na to, że to między nimi rozegra się finałowa walka o tęczową koszulkę.

I tak się w istocie stało, choć na 2 kilometry przed metą dojechał do nich jeszcze znakomicie zjeżdżający Holender Tom Dumoulin, mający wielką ochotę włączyć się w ostateczną rozgrywkę. Ale dogonienie prowadzącej trójki kosztowało go najwyraźniej zbyt wiele sił. Na kilometr przed kreską niespodziewanie przyspieszył, ale natychmiastowa reakcja Valverde pozbawiła go złudzeń – Hiszpan nie pozwolił się zaskoczyć. Kontrolował sytuację do samego końca, jadąc na pierwszej pozycji i samodzielnie inicjując finisz. Bardet, Woods i Dumoulin byli bezsilni. Po 258,5 kilometrach potwornie ciężkiej trasy mistrzem świata został Alejandro Valverde!

Na podium mistrzostw świata stawał wcześniej sześciokrotnie: dwa razy był drugi, czterokrotnie zdobywał brązowy medal. Siódmy raz okazał się szczęśliwy i 38-letni Hiszpan, który po ubiegłorocznym wypadku na Tour de France bliski już był zakończenia przygody z kolarstwem, ukoronował w końcu swoją karierę mistrzowskim tytułem. Dla jednych całkowicie zasłużenie. Dla niektórych wciąż w dyskusyjnych okolicznościach i po nie wyjaśnionym do końca dopingowym incydencie, choć nałożoną na niego karę odbył i pozwolono mu wrócić do kolarstwa (nazwisko Valverde było łączone z osobą doktora Fuentesa i tzw. „Operacją Puerto”, która w 2006 roku wstrząsnęła hiszpańskim sportem, począwszy od kolarstwa, aż po czołowe drużyny piłkarskie z Realem Madryt i Barcą na czele). W niczym to jednak nie zmienia faktu, że o dzisiejszym mistrzostwie świata decydował dzisiejszy wyścig, a ten hiszpański kolarz, często wymykający się jakimkolwiek schematom, pojechał fenomenalnie. Symbolicznym gestem było odebranie przez Valverde złotego medalu z rąk ustępującego mistrza – Petera Sagana, który dzierżył ten tytuł nieprzerwanie od trzech lat. I który zapewne zrobi wiele, by za rok w Yorkshire go odzyskać.

Wyścig elity mężczyzn zakończył zmagania w kolarskich mistrzostwach świata. Pod względem organizacyjnym niemal perfekcyjnych. Pod kątem sportowym – bardzo emocjonujących i we wszystkich konkurencjach i kategoriach rozgrywanych na bardzo wysokim poziomie. Dla polskiej reprezentacji udanych średnio, choć czwarte miejsce Michała Kwiatkowskiego w czasówce, piąte Małgorzaty Jasińskiej w wyścigu ze startu wspólnego elity kobiet oraz 9. i 17. pozycje Marty Jaskulskiej w konkurencjach juniorek cieszą i dają jakąś perspektywę na przyszłość. Nie ma co jednak ukrywać, że kibice liczyli na więcej. Pozostaje wierzyć, że Kwiatkowski, Majka, Bodnar i spółka nad planem na przyszłoroczną imprezę w Yorkshire zaczną myśleć już w drodze do domu.

Mistrzostwa świata w kolarstwie szosowym – wyścig ze startu wspólnego elity mężczyzn (258,5 km):

 

1.      Alejandro Valverde (Hiszpania) - 6:46’41”

2.      Romain Bardet (Francja)

3.      Michael Woods (Kanada)

4.      Tom Dumoulin (Holandia)

5.      Gianni Moscon (Włochy)  +0’13”

35. Rafał Majka (Polska) +4’00”

56. Łukasz Owsian (Polska) +13’05”

Michał Kwiatkowski, Michał Gołaś, Maciej Paterski i Maciej Bodnar nie ukończyli rywalizacji.