Kolarstwo. Vuelta a Espana, czyli co cię nie zabije, to cię wzmocni

Trzech etapów zabrakło w maju Simonowi Yatesowi, by stanąć w Rzymie na najwyższym podium Giro. W peletonie mówi się, że gdy zespół Froome'a rozpoczął szalony atak na Finestre, młodemu Brytyjczykowi bardziej niż siły zabrakło wiary. Niespełna trzy miesiące później wrócił na trasę wielkiego touru bogatszy w doświadczenia z włoskiej klęski i o wiele mocniejszy. Vuelta a Espana wygrał już na własnych warunkach.

Powrót Yatesa

Niewielu było takich, którzy od początku stawiali na Simona Yatesa (Mitchelton-Scott). Po włoskiej katastrofie, przed którą rzucał się nawet na bonusowe sekundy na premiach, wielu komentatorów mówiło, że ma olbrzymi talent (co było wiadomo już wcześniej), ale jest jeszcze zbyt młody, zbyt niecierpliwy i brakuje mu doświadczenia, niezbędnego do wygrywania wielkich tourów. Gdy na pierwszym górskim etapie Vuelty zaatakował przed metą w Alfacar, by zyskać od kilku do kilkunastu sekund nad grupą faworytów (na etapowe zwycięstwo nie miał już żadnych szans), zdawał się być ciągle tym samym w gorącej wodzie kąpanym Yatesem, jakiego znaliśmy z Giro.

Na koniec pierwszego tygodnia, po 9. etapie z metą na La Covatilli, założył czerwoną koszulkę lidera. Chyba sam się tego do końca nie spodziewał, bo na szczycie tej morderczej góry walczył przede wszystkim o to, by jak najmniej stracić. Z Alejandro Valverde (Movistar) wygrał ledwie o sekundę i trzy dni później z ulgą się czerwonego trykotu pozbył (swoją drogą: do historii tej Vuelty przejdzie koszulka lidera, przez dużą część trasy traktowana niczym gorący kartofel). Nie na długo, bo po atrybuty lidera sięgnął już na 14. etapie. Ale sposób, w jaki wygrał na Les Praeres i w jaki od tej pory kontrolował całą rywalizację, pokazał nam zupełnie nowego Simona Yatesa: jadącego niezwykle rozważnie, nie pozwalającego sobie na najmniejsze błędy i narzucającego własne warunki rywalizacji. Nie rzucał się na etapowe skalpy, nie to było dla niego najważniejsze. Kluczem do sukcesu było trzymanie najpoważniejszych rywali za swoimi plecami. W najgorszym wypadku w zasięgu wzroku, co zdarzyło mu się na Balcon de Bizkaia, gdzie pozwolił Valverde odzyskać całe 8 sekund.

Na ostatniej górze w wyścigu pokazał wszystkim własną szkołę wygrywania: pozwolił odjechać Masowi i Lopezowi, sam ruszył dopiero wtedy, gdy mieli kilkanaście sekund przewagi. Niewykluczone, że Enric Mas (Quick-Step) i Miguel Angel Lopez (Astana) swoje miejsca na podium również zawdzięczają Simonowi Yatesowi, bo dopóki to on prowadził grupę pościgową, wszyscy trzymali się jego koła. Kiedy ruszył do przodu, za jego plecami rozpoczęła się wyniszczająca walka o podium, w której Kruijswijk (Lotto NL Jumbo) i Valverde (Movistar) okazali się największymi przegranymi. Tymczasem Simon Yates przez nikogo nie niepokojony, własnym tempem wjeżdżał na szczyt Collada De La Gallina po swoje pierwsze zwycięstwo w wielkim tourze. Klęska w Giro d’Italia okazała się lekcją, którą odrobił celująco.

Valverde z dalekiej podróży

W lipcu ubiegłego roku Alejandro Valverde zdawał się żegnać z karierą. Jego start w Tour de France ‘2017 zakończył się ledwie po kilku kilometrach, gdy na jednym z zakrętów deszczowej czasówki w Dusseldorfie przewrócił się i wpadł w barierki, uderzając w nie kolanem. Sezon dla nie najmłodszego już Hiszpana się skończył, w oczy zaglądało ryzyko końca przygody z kolarstwem. Ale gdy wrócił na rower na początku 2018 roku, zaczął wygrywać wszystkie etapowe wyścigi, w których startował: Volta a la Comunitat Valenciana, Abu Dhabi, Volta a Catalonia, La Route d’Occitanie. Nieco gorzej poszło mu w klasykach, zwłaszcza w La Fleche Wallonne, które od kilku lat wygrywał seryjnie. Tym razem na Mur de Huy musiał uznać wyższość Juliana Alaphilippe. Potem był całkiem solidnie przejechany Tour de France, ale aż trzech solistów, wystawionych przez zespół Movistaru (obok Valverde: Quintana i Landa) to co najmniej o jednego za dużo, by pracę zespołu przekuć w sukces. No i wreszcie przyszła Vuelta, gdzie Valverde teoretycznie miał współdzielić pozycję lidera z Nairo Quintaną, ale niemal od samego początku to jemu podporządkowana była praca ekipy Movistar.

Od zwycięstwa na 2. etapie, kiedy pokonał na mecie Michała Kwiatkowskiego, aż do przedostatniego etapu był nieustannie w czołówce wyścigu. Pierwszy kryzys przyszedł dopiero na 19. etapie, ale drugą pozycję udało się jeszcze obronić. Dzień później stracił to, na co pracował przez trzy tygodnie: moc opuściła go zupełnie na 5 kilometrów przed Collada De La Gallina – ostatnim szczytem Vuelty. Na pociechę zostały dwa etapowe zwycięstwa, zielona koszulka lidera klasyfikacji punktowej i zwycięstwo Movistaru w klasyfikacji drużynowej. Czy popełnił jakiś dramatyczny błąd z odżywianiem, czy po prostu „pokonał go PESEL” – jeszcze do końca nie wiadomo. Faktem jest, że tegoroczna Vuelta padła łupem kolarskiej „młodzieży”. Ale kolejnego powrotu Valverde możemy być niemal pewni. Mimo 38 lat na karku, Hiszpan nieustannie wymyka się wszelkim schematom, a jego jazda nieustannie budzi podziw.

Powroty niezbyt udane.

Nie wszystkie powroty okazały się tak udane, jak w przypadku Simona Yatesa. Niektórzy wrócili zbyt wcześnie, gdy jeszcze nie wszystkie rany z poprzednich wyścigów zdążyły się dobrze zagoić. Boleśnie przekonał się o tym Vincenzo Nibali (Bahrain-Merida), który ruszył na trasę Vuelty ledwie kilka tygodni po operacji kręgosłupa, uszkodzonego w incydencie z kibicem podczas etapu do Alpe d’Huez w tegorocznym Tour de France. Nibali przez kilka pierwszych etapów narzekał, że jedzie „pusty”. Dopiero pod koniec wyścigu zaczął wracać do pełni sił – na metę 17. etapu wjechał jako 10.

Daniel Martin (UAE Team Emirates) przez pierwszy tydzień okupował miejsca w połowie stawki, a w mediach społecznościowych można było zobaczyć wciąż jeszcze świeże „pamiątki” z upadku na jednym z etapów Touru. Wycofał się na początku drugiego tygodnia i wrócił do domu, gdzie urodziły mu się bliźniaczki.

Peter Sagan (BORA-hansgrohe) też był cieniem samego siebie i choć włączał się w walkę na finiszach, to jednak nie znalazł skutecznego sposobu na pokonanie Elii Vivianiego (Quick-Step), którego łupem padły aż trzy etapy. Mimo, iż trzykrotny mistrz świata przed ostatnim etapem motywował się szczególnie mocno, podkreślając, że to prawdopodobnie ostatnia szansa na zwycięstwo w tęczowej koszulce, nie udało mu się pokonać niesamowitego w tym sezonie Włocha.

Nie przełamał się też Tibaut Pinot (Groupama-FDJ), choć po etapowe zwycięstwa na Lagos de Covadonga i w Andorze sięgnął we wspaniałym stylu. Ale wszedł w ten wyścig zbyt wolno, a później zbyt wiele stracił na Balcon de Bizkaia (cóż to był za koszmarny podjazd!), by liczyć się w ostatecznej walce o podium wyścigu. Ukończył go na szóstym miejscu, co można by uznać za sukces, zważywszy, że Francuz nie ścigał się od Giro d’Italia, z którego wycofał się przed ostatnim etapem z powodu zapalenia płuc, a wrócił dopiero na Tour de Pologne, ukończony na trzeciej pozycji. Ale Pinot przed hiszpańskim wyścigiem mimo wszystko celował wyżej.

Fabio Aru? Trudno to nawet nazwać „powrotem”. Włoch jest w tym sezonie w tak słabej dyspozycji, że tylko siłą przyzwyczajenia wciąż jest zaliczany do grona liczących się w klasyfikacji kolarzy. W Vuelcie nie pokazał zupełnie nic. (Ten odkryty po wywrotce pośladek już mu darujmy).

Słodko-gorzki występ Polaków

Przed startem Vuelty Michał Kwiatkowski (Team Sky) swoje cele definiował dość ostrożnie: wyścig traktował jak eksperyment i etap przygotowań do mistrzostw świata oraz – wybiegając nieco dalej w przyszłość – do szykowanej dla niego roli lidera zespołu na wielkie toury (co do tego, że jest to jednym z celów Michała wątpliwości nie pozostawił sam Dave Brailsford – szef Team Sky). Kwiatkowski sam nie był pewien jak jego organizm zareaguje na drugi wielki tour z rzędu (Polak nigdy jeszcze nie jechał sekwencji Tour de France + Vuelta), zaliczając w międzyczasie zwycięski występ w Tour de Pologne.

Początek hiszpańskiej przygody okazał się więcej, niż obiecujący. Wprawdzie nie udało mu się wygrać otwierającej wyścig jazdy na czas, w której uległ tylko Rohanowi Dennisowi (BMC), a na finiszu kolejnego etapu musiał uznać wyższość Alejandro Valverde, to jednak po drugim etapie założył czerwoną koszulkę lidera. Dokonał tego po raz drugi w karierze, ale tym razem jechał w niej przez trzy dni, stając się pierwszym Polakiem w historii, który przez kilka dni był liderem jednego z wielkich tourów. Cele chwilowo się zmieniły: pytania o mistrzostwa świata straciły na ważności. „Zapytajcie mnie o to w Madrycie” – odpowiedział. Celem numer jeden stała się Vuelta. I choć ekipa w dość dyskusyjny sposób oddała czerwoną koszulkę po piątym etapie, Kwiato z drugiej pozycji kontrolował przebieg rywalizacji.

Plan zaczął się sypać na siódmym odcinku, gdy trzech kolarzy Sky – w tym Michał Kwiatkowski – przewróciło się, prowadząc całą stawkę na zjeździe. Kwiatkowski wymienił rower i z pomocą Sergio Henao rozpoczął pogoń za czołówką, ale mimo zminimalizowania różnicy, stracił drugą pozycję oraz – co ważniejsze – sporo sił. Nie wiadomo, czy ten właśnie moment nie okazał się dla Kwiatkowskiego decydujący dla losów całego wyścigu, wszak sam powtarzał, że „Vuelta jest przede wszystkim kwestią odpowiedniego gospodarowania siłami”.

Ale gubić się zaczął cały zespół. Nominalnym liderem – wraz z Kwiatkowskim – był w tym wyścigu David De La Cruz. Nie byłoby z tym żadnego problemu, gdyby Hiszpan tej roli sprostał. Ale jechał w kratkę: to trzymał się czołówki, to zostawał z tyłu, to atakował w najmniej oczekiwanych momentach i – co ważniejsze – najczęściej zupełnie bez efektu. Jego największym osiągnięciem było trzecie miejsce na Balcon de Bizkaia – ale to był już 17. Etap, czyli po tym, jak Kwiatkowski po samotnej ucieczce stracił mnóstwo czasu pod Les Praeres, a później leżał w kraksie i wiadomym było, że wyścig jest już nie do uratowania. Wcześniej (i później) De La Cruz sprawiał wrażenie, jakby w czołówce znalazł się zupełnym przypadkiem. Nie on jeden zresztą. Sergio Henao również pojawiał się i znikał, a Dylan Van Baarle i Pavel Sivakov wycofali się przed 14. etapem. To wtedy Kwiatkowski postawił wszystko na jedną kartę, zabrał się w odjazd, a gdy ten został zlikwidowany, kontynuował ucieczkę samotnie, dając się złapać u stóp niezwykle trudnego podjazdu pod Les Praeres.

Szansą była jeszcze druga jazda indywidualna na czas, ale trudy tej szarży i konsekwencje upadku dzień później dały o sobie znać: Michał Kwiatkowski w czasówce był piąty. Ale nie dał satysfakcji wszystkim, którzy wieszczyli jego wycofanie się z wyścigu przed końcem rywalizacji i Vueltę ukończył. Na mecie w Madrycie na agendę wrócił temat numer 1: mistrzostwa świata.

Tajemnicza strategia Bory. 

Rafał Majka (BORA-hansgrohe) miał z pozoru łatwiejsze zadanie od Michała Kwiatkowskiego: nie był liderem na hiszpański wyścig (tę rolę przejął Emmanuel Buchmann), a zadanie Majki polegało na pomocy swojemu liderowi i włączeniu się do walki o etapowe zwycięstwa. Prawie się udało.

Właściwie jedyny błąd, jaki Rafał Majka popełnił w tym wyścigu, przydarzył mu się przed metą na La Camperonie, gdzie skoncentrował się na pilnowaniu Dylana Teunsa (BMC) i zlekceważył szarżę Oscara Rodrigueza (Euskadi – Murias). Ale nikt nie mógł przypuszczać, że praktycznie nikomu nie znany kolarz, debiutujący w wielkim tourze, bez żadnych większych osiągnięć w dorobku, ogra wszystkich utytułowanych wyjadaczy na tak stromej górze, jak La Camperona. Zaskoczył wszystkich i trudno mieć o to pretensje do Rafała, choć prawdopodobnie gdyby zareagował wcześniej, mógłby się cieszyć z etapowego zwycięstwa. Tego jednak zabrakło.

Drugi raz było blisko na Balcon de Bizkaia, ale szarży Michaela Woodsa nie sposób było odeprzeć. Drugi kolarz tegorocznego Liege-Bastone-Liege, nie mieszający się wcześniej w żadne wyczerpujące rozgrywki, zachował zdecydowanie najwięcej sił i nie pozostawił złudzeń pozostałym pretendentom do zwycięstwa. Majka na mecie był czwarty.

Poza tym realizował wszystko, co zaplanował zespół. Gdy trzeba było narzucić ostre tempo – narzucał. Gdy trzeba było doprowadzić Buchmanna do podnóża Les Praeres – doprowadzał, likwidując tym samym ucieczkę Michała Kwiatkowskiego. Kłopot w tym, że Buchmann tej pracy nie był w stanie w żaden sposób wykorzystać, a w całym wyścigu ledwie trzy razy udało mu się zmieścić w pierwszej dziesiątce na mecie etapu. Ostatecznie wyścig ukończył na 12. pozycji, wyprzedzając… Rafała Majkę.

Można zrozumieć, że każdy zespół musi od czasu do czasu przetestować różne warianty pracy, zagrać na różnych liderów, sprawdzić co się klei, a co nie (pojawiające się w sieci opinie, że zespół nie postawił na Rafała, bo jest Polakiem nie są nawet warte komentarza). W przypadku ekipy BORA-hansgrohe (tak samo zresztą, jak w Sky) działało tym razem niewiele, ale wciąż dogmatycznie trzymano się pierwotnej koncepcji.

Rzecz nie polega na szukaniu prostych analogii z trzecim miejscem Majki na Vuelcie przed trzema laty – to był zupełnie inny wyścig, po innej trasie, z innymi rywalami i w innych warunkach, a statystyki nie biorą przecież udziału w rywalizacji. Ale jeśli szukać odniesień do tamtego sukcesu, to bardziej w tym, że Oleg Tinkoff do kolarstwa podchodził podobnie, jak do biznesu: nieustannie szukał nadarzających się okazji do wykorzystania. Obecni szefowie Rafała są bardziej skupieni na realizacji strategii. Nad tym, czy działa, zastanawiają się najczęściej po fakcie.

 W tym szaleństwie jest metoda

Jaka więc była ta Vuelta? W opinii niektórych kibiców i komentatorów: nudna. Zdaniem innych: chaotyczna. Moim zdaniem była niezwykle trudna, a stosunkowo niską ocenę zawdzięcza głównie temu, że w walce o najwyższe cele nie oglądaliśmy tym razem największych gwiazd (choć z drugiej strony trudno tego statusu odmówić Alejandro Valverde, Nairo Quintanie, czy chociażby Simonowi Yatesowi).

Ale czy dwa zwycięstwa Bena Kinga (Dimension Data) na najtrudniejszych etapach pierwszego tygodnia nie były ciekawe? Czy szarży Michaela Woodsa na Balcon de Bizkaia czegoś brakowało? Czy więznące mu w gardle słowa podczas wywiadu, gdy opowiadał, że atakował tę piekielnie ciężką górę z myślą o żonie i utraconym dziecku nie opowiadały nam jednocześnie wspaniałej sportowej historii o motywacji i poświęceniu? Czy zwycięstwo Jelle Wallaysa (Lotto-Soudal), o którym mówiło się, że „oszukał przeznaczenie” i nie dał się doścignąć do ostatniego metra, choć czuł już na plecach oddech rywali, nie dało nam dowodu na to, że w sporcie niczego nie można do końca przewidzieć? (Swoją drogą: czy mówilibyśmy tak samo, gdyby przed rokiem Maciejowi Bodnarowi nie zabrakło tych nieszczęsnych 240 metrów?). Czy ktokolwiek stawiał na Oscara Rodrigueza, objeżdżającego jak gdyby nic Rafała Majkę i Dylana Teunsa?

Być może tegoroczna Vuelta nie była szczególnie porywająca, ale trudno powiedzieć, że nie była ciekawa. Być może nie zapamiętamy epickich pojedynków na słynnych szczytach, bo też organizatorzy włożyli wiele wysiłku, by dojechać tym razem w miejsca wcześniej nieznane i niedostępne, co również czyniło ten wyścig nieprzewidywalnym i interesującym. Można powiedzieć, że to szaleństwo w jakimś stopniu się opłaciło.

Dla nas nie był to z pewnością wyścig tak udany i obfity w sukcesy, jak ubiegłoroczny. Ale nie sposób powiedzieć, że Michał Kwiatkowski nie zapisał się w jego historii. Mieliśmy w ubiegłym roku trzy etapowe zwycięstwa, mieliśmy w tej edycji przez trzy dni koszulkę lidera. Jak na kraj, w którym „instytucjonalne” kolarstwo w praktyce nie istnieje – całkiem niezłe rezultaty. Choć nie ma się co czarować: do Brytyjczyków, którzy właśnie wygrali wszystkie wielkie toury w jednym roku, wciąż jest nam bardzo daleko. Im ta droga zajęła dwie dekady. My na dobrą sprawę jeszcze na nią nie weszliśmy.

Jeśli spojrzeć na polskie wyniki z tej perspektywy, powinny smakować o wiele lepiej.