Giro d'Italia. Amore finito. Christopher Froome zwycięzcą

Irlandczyk Sam Bennett napisał ostatni rozdział opowieści o 101. edycji wyścigu Giro d'Italia. Opowieści niezwykłej, rozpoczętej upadkiem, a zakończonej wzniesieniem w górę przez Christophera Froome'a Trofeo Senza Fine - przypominającego złotą wstęgę pucharu dla zwycięzcy Giro. Opowieści zaskakującej zwrotami akcji i niesamowitym tempem. Dziś zakończonej, ale kto wie, czy nie czekającej jeszcze na ciąg dalszy?

Kiedy na początku maja wsiadałem na pokład samolotu, lecącego do Tel Awiwu, nie bardzo wiedziałem, czego mogę się tam spodziewać. Prawdopodobnie na pokładzie było nas tylko dwóch, którzy wiedzieli, że u celu podróży czeka nas start najciekawszego kolarskiego wyścigu w sezonie. Izrael nas pozytywnie zaskoczył. Kraj, który swoje kolarskie tradycje dopiero zaczyna budować, okazał się być znakomicie przygotowany do roli gospodarza Grande Partenza. Świetnie przygotowany logistycznie: większość ekip przywiozła do Izraela tylko rowery, koła i niezbędny sprzęt – całą resztę, w tym gigantyczną flotę pojazdów do obsługi wyścigu, zapewnił organizator. Ale również świetnie przygotowany mentalnie. Izraelczycy – ludzie na co dzień niezwykle przyjaźni i gościnni, tłumnie wyszli naprzeciw Giro i okazali się być wspaniałymi kolarskimi kibicami. Ale Izrael okazał się być też krajem dla kolarzy niezwykle ciekawym. Przejazd przez pustynię Negev – miejsce o niezwykłej urodzie, pogrążone w hipnotyzującej ciszy - dla wielu kolarzy był czymś, czego doświadczali po raz pierwszy. Izraelski start Giro miał też swoje symbole: to tutaj, po inauguracyjnej jeździe na czas, różowa koszulka lidera wróciła tam, gdzie zakończyła podróż w ubiegłym roku: na plecy Toma Dumoulina. I to w Jerozolimie, miejscu najbardziej adekwatnym do tego typu skojarzeń, Christopher Froome upadł po raz pierwszy.

Później była Sycylia, gdzie Froome i Fabio Aru niespodziewanie zaczęli gubić sekundy. Uznawani przed startem za faworytów wyścigu, okupowali miejsca w trzeciej dziesiątce klasyfikacji generalnej. Tymczasem Giro objawiało światu swoich ulubieńców. Na zboczach dominującego nad wyspą szczytu Etny do kolarskiego raju pukali kolarze Mitchelton-Scott: Esteban Chaves, który wygrał pierwszy górski etap i Simon Yates, który założył po raz pierwszy różową koszulkę. Obaj objęli niepodzielne rządy w peletonie, a już trzy dni później, gdy wyścig wjechał już na Półwysep Apeniński, po wygranym przez Yatesa etapie na Gran Sasso, obaj przewodzili w klasyfikacji generalnej. Na tym samym Gran Sasso Froome upadł po raz drugi.

Ale kolarstwo bywa też okrutne. Już na następnym etapie Esteban Chaves musiał się pożegnać z fotelem wicelidera i zmożony chorobą walczył o utrzymanie się w stawce. Yates został bez swojej najważniejszej pomocy w górach. Świadom konieczności budowania przewagi nad znakomicie jeżdżącym na czas Dumoulinem, wziął sprawy w swoje ręce i w Osimo wygrał etap po raz drugi. Na Monte Zoncolan, uznawanym za jeden z najtrudniejszych podjazdów w Europie, jak cień podążał za odradzającym się właśnie Froomem. Przegrał ze swoim utytułowanym rodakiem, ale powiększył przewagę nad Dumoulinem. A kolejnego dnia w Sappadzie jak gdyby nigdy nic odjechał rywalom i samotnie przekroczył linię mety. A Froome? Wprawdzie nie upadł po raz trzeci, ale zwycięstwo etapu na Zoncolan kosztowało go tyle sił, że kolejnego dnia nie był w stanie utrzymać tempa rywali i ponosił kolejne straty. Na koniec drugiego tygodnia rywalizacji notował już blisko 5-minutową stratę do Yatesa.

Trzeci tydzień rozpoczął się indywidualną jazdą na czas, której tak bardzo obawiał się Yates i która rzeczywiście zbliżyła Toma Dumoulina do prowadzącego Brytyjczyka, choć nie na tyle, by zdjąć z jego pleców różową koszulkę. Znacznie poważniejsze ostrzeżenie przyszło dwa dni później, na etapie do Prato Nevoso, gdzie pilnujący Dumoulina Yates nie był w stanie odpowiedzieć na kolejny atak i w rezultacie jego przewaga nad Holendrem stopniała do zaledwie 28 sekund.

Ale prawdziwa katastrofa nastąpiła dzień później, na zupełnie szalonym etapie do Bardonecchi. Z kolarskiego raju Giro strąciło Simona Yatesa w głęboką przepaść. Kontakt z prowadzącą grupą stracił już na początku podjazdu pod Colle delle Finestre. Na mecie miał już stratę blisko 40 minut. Kryzys przyszedł w przedostatni dzień walki. W dzień, który odmienił oblicze wyścigu. I który kibice kolarstwa zapamiętają na długo.

W pierwszej chwili wydawało się, że przyspieszenie Team Sky pod Colle delle Finestre był reakcją na wiadomość o kłopotach lidera. Ale gdy kolejni narzucający tempo pomocnicy kończyli swoją zmianę, a swój charakterystyczny młynek włączył Christopher Froome, po czym zaczął odjeżdżać swoim najgroźniejszym rywalom, wyglądało to już jak koronkowo zaplanowana akcja. Gdyby nie drobny szczegół: działo się to wszystko na 80 kilometrów przed metą, na drugim z czterech zaplanowanych na ten dzień podjazdów. Kto przy zdrowych zmysłach planuje atak tak daleko? Froome. Jak sam mówił po etapie: „To była jedyna możliwość, żeby spróbować jakiegoś wariackiego rozwiązania. Teraz, albo nigdy”.

Cima Coppi – najwyższy w tegorocznym Giro szczyt – zdobył z 50-sekundową przewagą nad goniącymi go Dumoulinem, Pinotem, Carapazem i Lopezem. Przewaga zaczęła rosnąć, gdy zaczął zjeżdżać. Prawdopodobnie błąd popełnił Dumoulin, liczący na to, że w większej grupce będzie łatwiej gonić uciekającego Brytyjczyka. Poczekał najpierw na Pinota, który miał problem z rowerem, później jeszcze na jego pomocnika Reichenbacha. Ale na niewiele się to zdało, bo z całej tej piątki interes w pogoni za Froomem miał tylko Dumoulin. Pozostałych interesowała przewaga, zdobyta nad Domenico Pozzovivo, który został z tyłu.

Froome tymczasem na każdym zjeździe powiększał swoją przewagę. U podnóża Jafferau, ostatniego tego dnia podjazdu, był już wirtualnym liderem. Na szczycie założył Maglia Rosa, której nie oddał do dzisiejszej mety w Rzymie.

Można się zżymać, że Froome w ogóle nie powinien w tym wyścigu wystartować. Że obciążony podejrzeniami o przekroczenie dopuszczalnej dawki leku na astmę podczas Vuelty nie powinien brać udziału w rywalizacji. Ale z drugiej strony: zadaniem kolarza jest po prostu jechać. Organizatorzy, federacje, zespoły – powinny jasno określić reguły i stworzyć warunki do tej jazdy. Stworzyły takie, że Froome w Giro d’Italia pojechał. I choć początek nie był w jego wykonaniu szczególnie udany, w drugiej części wyścigu pokazał, że w dzisiejszym kolarstwie nie ma sobie równych. Pierwsze ostrzeżenie wysłał na Zoncolan. Na Colle delle Finestre, w Cervinii i Bardonecchi dokonał rzeczy niebywałej. Żaden z włoskich kibiców, zebranych na szczycie Jafferau, nie gwizdał, co się dość często zdarza wszędzie tam, gdzie pojawia się niezbyt lubiany Froome. Tutaj jego 80-kilometrowy atak był nagrodzony takimi brawami, jakie należą się kolarskim mistrzom. I to również jest jeden z cudów tego niesamowitego wyścigu.

Miało to Giro, oprócz Froome’a i Yatesa, jeszcze kilku innych bohaterów. Elię Vivianiego i Sama Bennetta, którzy podzielili między sobą wszystkie etapy sprinterskie. Viviani triumfował aż czterokrotnie, Bennett – trzy razy, w tym na ostatnim etapie w Rzymie. Nieco zepsuł tym święto Włochom, którzy liczyli na pierwsze od pięciu dekad zwycięstwo włoskiego zawodnika na ulicach Rzymu, ale cóż, Rzym musi jeszcze poczekać.

Miało Richarda Carapaza – dla większości kibiców zupełnie anonimowego pomocnika Movistaru, który najpierw sięgnął po etapowe zwycięstwo na Montevergine di Mercogliano, a potem z pełnym zaangażowaniem i bez najmniejszych kompleksów włączył się w walkę o klasyfikację generalną, kończąc cały wyścig tuż za podium.

Miało Marco Frapportiego, który aż 640 kilometrów (jedną szóstą całego dystansu!) przejechał w ucieczkach. Davide Balleriniego, który obrał sobie za cel zdobywanie punktów na lotnych finiszach. No i miało wszystkich etapowych zwycięzców, poza rzecz jasna Vivianim, Bennettem, Yatesem i Froomem, którzy w czwórkę wygrali aż dwanaście z dwudziestu jeden etapów. Ale wygrywali też: Tom Dumoulin, Tim Wellens, Enrico Battaglin, Esteban Chaves, Richard Carapaz, Matej Mohoric, Rohan Dennis, Maximilian Schachmann i Mikel Nieve.

I miało też Giro swoich wielkich przegranych: Toma Dumoulina, który ciągle był blisko, ale wciąż nie na tyle, by obronić ubiegłoroczny tytuł. Fabio Aru, któremu zupełnie nic nie poszło zgodnie z oczekiwaniami i ostatecznie na trzy etapy przed końcem wycofał się z rywalizacji. Thibauta Pinota, który jeszcze na dzień przed końcem wyścigu zajmował miejsce na podium, ale potężny kryzys, spowodowany chorobą, zmusił go do opuszczenia wyścigu w jego ostatnim dniu. Simona Yatesa, który zachwycił kibiców swoim zaangażowaniem i pełną pasji jazdą. Już dawno nie oglądaliśmy lidera, który z takim zacięciem walczy o każdą sekundę, czy to na lotnym finiszu, czy na mecie etapu. Wielka szkoda tego kryzysu w przedostatnim dniu. Pasjonująco mogła wyglądać jego rywalizacja z Froomem.

I miało to Giro fenomenalnych kibiców, nagradzających kolarzy za walkę. Takich, którzy jak w żadnym innym miejscu na świecie, znają znaczenie słów: „amore infinito”. Kolejne Giro d’Italia się skończyło. Ich miłość do tego wyścigu pozostaje nieskończona. I wybuchnie na nowo już za rok.