Giro d'Italia. Cztery asy w talii Vivianiego

Elia Viviani pozbawił złudzeń pozostałych sprinterów. Ktokolwiek najszybciej minie Koloseum i wygra w niedzielę ostatni sprinterski finisz na Via dei Fori Imperiali w Rzymie, i tak nie będzie w stanie wyrównać osiągnięcia Vivianiego. Włoch w znakomitym stylu sięgnął dzisiaj po czwarte etapowe zwycięstwo w wyścigu Giro d'Italia.

Wydawać by się mogło, że w momencie, gdy wyścig wchodzi w decydującą fazę i do rozegrania pozostają trzy bardzo ciężkie, górskie etapy, w poprzedzającym je dniu w peletonie zapanuje spokój, a ostatnią szansę na pokazanie się w oku kamery wykorzystają kolarze z drużyn, jadących z dziką kartą. Tak przynajmniej wynikałoby z utartych kolarskich schematów i zdrowego rozsądku, który przed górami podpowiada, że należy oszczędzać siły liderów. Tymczasem Giro po raz kolejny udowodniło, że wymyka się wszelkim schematom, a nieprzewidywalność jest jego prawdziwą naturą.

17. etap prowadził 155-kilometrową trasą z Riva del Garda do Iseo, przez region, będący kolebką jednego z najsłynniejszych włoskich win – Franciacorta (tak nazywany jest też opracowany przez Włochów specjalny proces produkcji tego wyśmienitego musującego trunku) i od początku rozgrywany był w szalonym tempie. Średnia prędkość dzisiejszego etapu, na trasie którego znajdowało się kilka podjazdów, w tym górska premia 3. kategorii, wyniosła blisko 45 kmh. Przez długi czas nikomu nie udawało się rozerwać peletonu i zawiązać skutecznej ucieczki, bo każda próba była niezwłocznie likwidowana. Próbował Luis Leon Sanchez (Astana), próbowali kolarze Israel Cycling Academy: Krist Neilands i Ben Hermans, próbował Darwin Atapuma (UAE Team Emirates), ale każda z tych prób pozostawała pod ścisłą kontrolą ekipy BORA-hansgrohe, która nie pozwalała nikomu na skuteczny atak przeczuwając, że na krótkim i niezbyt trudnym etapie ucieczka miałaby szanse powodzenia, odbierając je Samowi Bennettowi, który najwyraźniej miał na dziś w planach wyrównanie sprinterskiego dorobku Elii Vivianiego.

Ostatecznie na dłużej udało się uformować 4-osobowy odjazd, w którym znaleźli się: Wout Poels (Team Sky), Leon Luis Sanchez (Astana), Alessandro De Marchi (BMC) i Ben Hermans (Israel Cycling Academy), ale przewaga tej grupki, do której w międzyczasie próbowali jeszcze przeskoczyć inni kolarze, wynosiła przez większość czasu około 30 sekund. Finisz mieli rozstrzygnąć między sobą sprinterzy.

Długi i kręty dojazd do ostatniej prostej był wprawdzie suchy, ale około półtora kilometra przed linią mety droga robiła się mokra, a z nieba padał ulewny deszcz. Faworyci przez dłuższy czas chowali się w czubie peletonu, aby ostatecznie wyskoczyć zza pleców rywali na ostatniej prostej. Sam Bennett, dla którego dziś wytrwale pracowała cała ekipa BORA-hansgrohe, chciał najwyraźniej powtórnie wykorzystać sprawdzony patent z wyczekaniem do ostatniej chwili za plecami jednego z finiszujących kolarzy, ale tym razem odrobinę spóźnił ten manewr. Na znakomicie rozprowadzonego przez kolegów Vivianiego nie było dziś mocnych i mimo potężnego przyspieszenia na ostatnich metrach Bennetta, to Włoch po raz czwarty mógł unieść ręce w geście zwycięstwa.

W klasyfikacji generalnej nie zaszły dziś żadne zmiany. Liderem wyścigu pozostaje Simon Yates (Mitchelton-Scott), który o 56 sekund wyprzedza Toma Dumoulina (Sunweb) i o 3’11” Domenico Pozzovivo (Bahrain-Merida).

Kolejne trzy etapy to ostatecznie decydująca o losach wyścigu batalia w górach. Rozpocznie się 196-kilometrowym odcinkiem z Abbiategrasso do Prato Nevoso i kończyć się będzie ponad 15-kilometrowym podjazdem, o średnim nachyleniu w granicach 7%.