Giro d'Italia. Mitchelton-Scott zdobywa Etnę w duecie: etap dla Chaveza, Yates w różowej koszulce

W końcu musiał nadejść dzień, w którym ktoś przejął od Rohana Dennisa różową koszulkę lidera Giro. Australijczyk bronił się dzielnie, ale Etna nagradza tylko najlepszych wspinaczy. Dwóch takich okazała się mieć w swoich szeregach ekipa MItchelton-Scott. I między nimi podzieliła czwartkowe zdobycze.

Po dwóch etapach, przejechanych w dość spokojnym tempie, Giro d’Italia zmieniło nieco swój obraz. Tempo znacząco wzrosło, a zamiast kilkuosobowej ucieczki, mieliśmy na prowadzeniu blisko 30-osobowy mały peleton. I choć wiadomym było od początku, że tak się to nie może zakończyć, wszystko zaczęło się na dobre rwać dopiero u podnóża Etny.

Charakterystyczny dla krajobrazu Sycylii wulkaniczny stożek Etny gościł dziś Giro d’Italia po raz piąty. Wcześniej trzykrotnie lokowano tu metę (w 1967, 2011 i 2017 roku), raz miała tu miejsce górska premia (w 1989). Teoretycznie długość podjazdu wynosi 15 kilometrów, średnie nachylenie 6,5%, a na najbardziej stromym fragmencie osiąga 15%. Ale tak naprawdę do tych statystyk wlicza się tylko ostatnią część drogi, która nieustannie pnie się w górę po zboczach wulkanu. Droga na Etnę zaczyna się blisko 40 kilometrów przed szczytem, wznosząc się najpierw łagodnie, po drodze oferując jeszcze krótki odcinek zjazdu, później jednak atakując już całą mocą.

Jeśli ktoś przez ostatnie dwa dni przywykł do spokojnego pedałowania, dziś musiał się znacznie więcej napracować. Pierwszą godzinę kolarze przejechali ze średnią prędkością 45,6 kmh, czyli blisko 8-9 kmh szybciej, niż na poprzednich etapach. Przy tych prędkościach na rowerze to wbrew pozorom ogromna różnica. Mimo podejmowanych od samego startu prób ucieczki, peleton udało się rozerwać dopiero w okolicach 50. kilometra. Kolejną godzinę obie grupy jechały w podobnym tempie, a różnica między nimi wynosiła mniej więcej trzy i pół minuty. Topnieć zaczęła na 50 kilometrów przed metą, a kilka chwil później z prowadzącej grupy zaczęli odpadać kolejni zawodnicy.

U stóp Etny rozpoczęła się zasadnicza walka. Pierwszy atak przypuścił Alessandro De Marchi (BMC), ale jego próba została skasowana przez pozostających w grze Bena Hermansa (Israel Cycling Academy), Sergio Henao (Sky), Estebana Chavesa (Mitchelton-Scott), Sama Oomena (Sunweb), Diego Ulissiego (UAE Team Emirates), Roberta Gesinka (Lotto NL Jumbo), Sebastiena Reichenbacha (Groupama FDJ) i Giulio Ciccone (Bardiani).

Tempo w grupie pościgowej, która na początku ostatecznej wspinaczki traciła do czołówki już niespełna półtorej minuty, nadawała ekipa Astany, pracująca dla Miguela Lopeza, który po wczorajszym upadku wyglądał dziś na zmotywowanego do odrabiania strat. Czujnie jechali Domenico Pozzovivo (Bahrain Merida), Tibaud Pinot (Groupama FDJ), Simon Yates (Mitchelton Scott) i wicelider Tom Dumoulin (Sunweb). Christopher Froome (Sky) trzymał się raczej z tyłu i koncentrował się bardziej na utrzymaniu koła poprzedników, niż na przymiarce do jakiegoś ataku. Przez dużą część podjazdu znakomicie się trzymał jadący w różowej koszulce Rohan Dennis, ale ostatecznie w którymś momencie stracił kontakt z prowadzącymi.
Tuż przed ostatnim z najbardziej stromych odcinków zaatakował Giulio Ciccone, ale kilkaset metrów później został prześcignięty przez Estabana Chavesa, który najwyraźniej zwietrzył swoją szansę na zwycięstwo. Niemal w tym samym czasie, kilkaset metrów dalej, podobny atak z grupy pościgowej przypuścił jego kolega z drużyny, Simon Yates. Dość mocno już zmęczeni Pozzovivo, Pinot i Dumoulin odpuścili Brytyjczyka, który szybko dojechał do Chavesa. Jeszcze kilkadziesiąt metrów przed metą konsultowali kwestię zwycięstwa z dyrektorem sportowym, ale wypracowana przez nich przewaga okazała się wystarczająca do sprawiedliwego podziału łupów: Chaves został etapowym zwycięzcą, Yates – liderem całego wyścigu.

Na pierwszej poważnej górze we wczesnej fazie wyścigu nie można jeszcze mówić o tym, kto ma go szansę wygrać. Ale poznaliśmy już chyba część odpowiedzi na pytanie kto prawdopodobnie tego nie zrobi? Czas stracony wczoraj przez Lopeza okazał się dziś niemożliwy do odrobienia, a Kolumbijczykowi najwyraźniej zabrakło dzisiaj siły na skuteczny atak. Podjął tylko jedną próbę, ale Pozzovivo nie dał mu wypracować nawet metra przewagi. Notujący po dzisiejszym etapie 2’12” straty Lopez musiałby dokonać niemal cudu, żeby ponownie móc liczyć się w stawce. W grupie Astana w znacznie lepszej sytuacji jest Pello Bilbao i niewykluczone, że to on przejmie od jutra rolę lidera w zespole.

Nadal też trudno oceniać szanse Christophera Froome’a (Sky) i Fabio Aru (UAE Team Emirates). Obaj sprawiają wrażenie, jakby ich cała uwaga była skupiona na utrzymaniu się za rywalami i obaj wyglądają na solidnie umęczonych tą walką. Ich strata nie jest duża (Froome traci do Yatesa 1’10”, Aru – 1’12”), ale dyspozycja – wciąż niewiadoma. Choć możliwe, że obaj oszczędzają siły na wspinaczki w drugim i trzecim tygodniu wyścigu. Na razie wygląda na to, że pierwsze skrzypce w Giro grać będą: Yates, Dumoulin, Pozzovivo, Pinot i Chaves. Ekipa Mitchelton-Scott na razie zdaje się być w znakomitej sytuacji.

Giro na Etnie żegna się z Sycylią i jutro już zaczyna przemierzać kontynentalną część Włoch. Siódmy etap będzie niemal zupełnie płaski i stosunkowo krótki, bo Pizzo i Praia a Mare dzieli zaledwie 159 kilometrów. Ale pokonywany będzie niemal w całości wzdłuż wybrzeża, więc niewykluczone, że karty będzie jutro rozdawał wiatr.