Vuelta odzyskanych nadziei i szans.

Rafał Majka pokazał nam dzisiaj najpiękniejsze oblicze sportu. Udowodnił, że nie ma rzeczy niemożliwych, kiedy się tylko wierzy w sukces i wytrwale do niego dąży. Na przekór wszystkiemu, co staje na drodze.

Równo dwa miesiące temu, w pierwszych dniach lipca, rozmawiałem z Rafałem Majką przed startem Tour de France w Dusseldorfie. Był skoncentrowany, pewny siebie, w znakomitym nastroju, który zresztą panował w całej ekipie. Wszystko wydawało się być dopięte na ostatni guzik i wszystko podporządkowane tamtemu wyścigowi. To był główny cel Rafała i zespołu BORA-hansgrohe.

Dziewięć dni później wszystko upadło na zjeździe z Col de la Biche. Majka wrócił przedwcześnie do domu, odarty z marzeń i sporych kawałków skóry. Trzy tygodnie później wystartował w Tour de Pologne – z zaciśniętymi zębami, miejscami jeszcze obolały i oblepiony plastrami. Wyścig ukończył wściekły na mecie w Bukowinie, gdy do zwycięstwa zabrakło dwóch sekund.

Pozostała Vuelta i rola lidera, której wprawdzie tym razem nie musiał dzielić z Saganem, ale która spadła na niego trochę znienacka (w zastępstwie kontuzjowanego Koeniga) i z nieco zbyt dużym bagażem oczekiwań. Zespół mówił o klasyfikacji generalnej, Rafał próbował to nieco tonować przypominając, że optymalną formę szykował na Francję. W Hiszpanii planował przede wszystkim walczyć o etapy. Ale tu znowu wszystkie plany trafiły do kosza, gdy zespół zdemolowało zatrucie. (O ironio: przydarzyło się to ekipie, która szczególną wagę przywiązuje do jakości kuchni – w końcu specjalność głównego sponsora, producenta sprzętu kuchennego, zobowiązuje).

Zespół zaczął na nowo kreślić strategię, a kolarze dostali wolną rękę i mogli podjąć walkę o realizację własnych celów. Pierwszy spróbował Paweł Poljański i dwukrotnie ukończył etap na drugim miejscu, raz był czwarty. Na płaskich etapach próbował swoich sił Schwarzmann, ale również wystarczyło ich najwyżej na czwartą pozycję. Na ósmym etapie walkę podjął też wracający do pełni sił Majka, ale nie udało mu się zostawić na podjeździe Juliana Alaphilippe i Jana Polanca – obaj ograli Majkę na płaskim finiszu. „Za krótki podjazd” – mówił wtedy.

Aż w końcu nadszedł etap czternasty, z długim, dwunastokilometrowym końcowym podjazdem na Sierra de la Pandera. Majka spróbował po raz kolejny i wraz z Patrickiem Konradem udało im się zabrać w 10-osobową ucieczkę, której w pewnym momencie udało się wypracować ponad 7,5-minutową przewagę nad peletonem. Ta jednak zaczęła błyskawicznie topnieć, gdy nagle do pracy zabrały się ekipy Bahrain-Merida, Astana i Trek-Segafredo. Potem na czoło pościgu wysunął się również Quick-Step, jakby nagle wszyscy mieli do załatwienia na szczycie własne interesy.

U podnóża decydującego podjazdu, gdy w ucieczce zostało już tylko czterech kolarzy: Bart De Clercq (Lotto-Sodal), Rui Costa (Team-Emirates) oraz Konrad i Majka z BORA-hansgrohe, ich przewaga stopniała do niespełna dwóch minut. Patrick Konrad, który wykonał dziś dla Rafała kapitalną pracę, przez długi czas dyktując tempo, odpadł jako pierwszy. De Clercq i Costa chwilę później. Na ostatnie, najtrudniejsze 10 kilometrów Rafał Majka został sam, mając w zapasie nieco ponad półtorej minuty przewagi, a za plecami walczących o czołowe pozycje: Nibalego, Chaveza, Contadora i Froome’a. Na moment w to wszystko wmieszał się jeszcze Bardet, podkręcając tempo. A na koniec wystrzelił z tej grupy jeszcze Miguel Angel Lopez (Astana).

Majka jechał swoje. Przyjemnie było patrzeć na to, jak spokojnie, równym rytmem pedałuje i zmierza po swoje pierwsze w Vuelcie, a czwarte w wielkim tourze zwycięstwo. Wjechał na metę z ponad 20-sekundową przewagą nad Lopezem. Stał się tym samym pierwszym polskim kolarzem, który triumfował w dwóch z trzech największych imprez. I dał nam trzecie w tegorocznej Vuelta a Espana zwycięstwo dla Polski. Lepiej nie mogliśmy sobie tego wyścigu wyobrazić, a przecież to jeszcze nawet nie koniec drugiego tygodnia.

Może to wszystko brzmi nieco patetycznie, ale właśnie to jest najpiękniejsze w sporcie: wykorzystywanie szans, które wydawały się już stracone. Pokazał to już dwukrotnie Marczyński, na którego wielu już położyło krzyżyk. Pokazał parokrotnie Poljański, próbując i nie zrażając się niepowodzeniami (choć przecież dwa drugie miejsca to również ogromny sukces). I pokazał również Rafał Majka, który mógłby już przecież uznać ten sezon za stracony.

Ale właśnie za to najbardziej cenimy sportowców: za walkę do samego końca. A ten dla polskich kolarzy w tym roku jeszcze z pewnością nie nadszedł. I jestem pewien, że taką radość, jaka była dziś udziałem Rafała Majki na szczycie Sierra de la Pandera, oglądać będziemy w tym sezonie jeszcze nie raz.

Wojciech Szczęsny w "Wilkowicz Sam na Sam": "Juventus to moja nagroda za ciężką pracę"