Vuelta a Espana. Nie skreślajmy Rafała Majki zbyt wcześnie

Pierwszy górski etap Vuelty z Prades do Andorry (158,5 km) przyniósł kilka odpowiedzi na pytania o formę Rafała Majki. Na pierwszy rzut oka nie są to informacje najlepsze: Majka stracił na etapie ponad dwie i pół minuty i ze stratą 2:53 zajmuje w klasyfikacji generalnej miejsce pod koniec trzeciej dziesiątki. Czy są zatem jakieś dobre wiadomości? Co najmniej kilka.

Rafał Majka przed startem w Hiszpanii deklarował, że sam do końca nie wie, w jakiej znajduje się obecnie formie. Cały plan treningowy na ten sezon był ustawiony pod kątem udziału w Tour de France, który – jak wiemy – zakończył się bolesnym upadkiem na 9. etapie i kilkutygodniową przerwą, po której ruszył wprost na trasę Tour de Pologne. W polskim wyścigu zajął drugie miejsce, tracąc zaledwie dwie sekundy do Dylana Teunsa. Ale ta kilkunastodniowa przerwa i wybicie z treningowego i wyścigowego rytmu były momentami widoczne, choćby w niezbyt pewnych atakach na finałowym podjeździe w Bukowinie. Wyglądało to nie tyle na brak sił, ile raczej na brak pewności i zdecydowania w ich wykorzystaniu.

Start w Vuelcie był tą niepewnością od samego początku naznaczony i dający się wyczuć w czasami sprzecznych komunikatach Rafała i jego zespołu. Ale w pewnym sensie szczęśliwie się złożyło, że odpowiedź o dyspozycję w hiszpańskim wyścigu nadeszła tak szybko, bo już na trzecim etapie. Jest co najmniej kilka powodów, które pozwalają wierzyć, że forma Rafała może teraz tylko rosnąć.

Po pierwsze: nie od dziś wiadomo, że Majka nieszczególnie lubi krótkie, szarpane podjazdy – widzieliśmy niemal dokładnie to samo pod Planche de Belles Filles we Francji. Jego żywiołem są raczej długie, kręte wspinaczki, a te w tegorocznej Vuelcie jeszcze przed nami.

Po drugie: Rafał zdaje się znacznie lepiej jeździć, gdy nie ciąży na nim presja: wyniku, roli lidera zespołu, oczekiwań „rewanżu” za przedwcześnie zakończony Tour. Może się więc okazać, że jazda z dalszych pozycji zdejmie mu z barków chociaż część ciężaru i poczuje się nieco swobodniej.

Po trzecie: może też (ale nie musi, bo niespełna trzy minuty straty na początku Vuelty nie przekreśla jeszcze szans żadnego zawodnika) odwrócić nieco uwagę grup, broniących pozycji liderów. Może mu być nieco łatwiej zabrać się w odjazd, może być łatwiej zaatakować w jakimś dogodnym miejscu, nie prowokując natychmiastowej kontry, jak by to miało miejsce w przypadku sekundowych różnic.

Po czwarte: strategia zespołu będzie się teraz zapewne koncentrować na szukaniu szans w zwycięstwie etapowym. Ale to z zasady oznacza również okazję do minimalizowania poniesionych wczoraj strat, trudno przecież oczekiwać, by Majka szukał zwycięstw na płaskich etapach – będzie się raczej nastawiał na walkę w górach.

I po piąte wreszcie: przed nami w Vuelcie jeszcze osiemnaście etapów, z których aż trzynaście wiedzie przez mniejsze lub większe góry. Wśród nich jeszcze cztery odcinki, pełne długich, trudnych wspinaczek. Vuelta dopiero się rozpoczęła, a prawdziwe ściganie zacznie się tak naprawdę w drugim tygodniu. Być może do tej pory uda się Rafałowi Majce złapać odpowiedni rytm, którego wyraźnie mu brakuje po nieplanowanej przerwie w sezonie.

O dobre miejsce w klasyfikacji generalnej będzie teraz oczywiście znacznie trudniej, ale trasa tegorocznej Vuelta a España jest tak trudna, że te niespełna trzy minuty mogą (chociaż nie muszą) okazać się możliwe do odrobienia. Trudno wierzyć w to, że Froome, Aru, Bardet i inni będą prezentować obecną świeżość przez całe trzy tygodnie – w końcu wielu kolarzy z obecnej czołówki ma za sobą trzytygodniowe ściganie w Tour de France. Jedyne, czego możemy się poważnie obawiać w przypadku Rafała Majki, to jego postawa na zjazdach – tutaj i jego obawy są artykułowane wprost: niepewność po kraksie we Francji będzie mu towarzyszyła jeszcze długo.

Nam pozostaje wierzyć, że nasz najlepszy góral z dnia na dzień będzie się czuł na trasie Vuelty pewniej i jeszcze nie raz pokaże taką walkę, jaka uczyniła go jedną z kluczowych postaci grupy BORA-hansgrohe i całego peletonu.

Zobacz wideo