Tour de Pologne. Ciągle pod górkę

Patrząc na garstkę ludzi, którzy na krakowskim Rynku oglądali prezentację zawodników 74. Tour de Pologne, trudno pojąć jak to możliwe, że pod względem sportowym jest to impreza z najwyższej światowej półki. Na przekór wszystkiemu.

Kiedy w 1993 roku Czesław Lang wrócił z Włoch do Polski po zakończeniu zawodowej kariery, w kolarstwie zastał niemalże krajobraz po bitwie. Upadł mit Wyścigu Pokoju, który przez lata rozgrzewał wyobraźnię kibiców, zamarło życie w amatorskich klubach, którym zaczęło brakować pieniędzy nawet na prąd, a zawodowe drużyny dopiero się tworzyły. W mojej rodzinnej miejscowości w połowie lat 80. klub kolarski zamykał w maju drzwi, obawiając się napływu zbyt wielu chętnych, rozgrzanych słomianym zapałem i marzeniem o sukcesach na miarę Lecha Piaseckiego. Ledwie kilka lat później drzwi stały otworem, ale nie było chętnych, by się w nich pojawić. Kierownica z rogami i cienkie koła odeszły do lamusa, na rynku zapanowała zupełnie nowa moda na rowery górskie. Drzwi wielu kolarskich klubów zamknęły się wówczas na zawsze.

Lang wpadł wówczas na pomysł przywrócenia blasku wyścigowi dookoła Polski, opierając się na jego bogatej, choć przez lata przyćmionej przez Wyścig Pokoju, tradycji. W 1993 roku wyścig był rozgrywany po raz 50. Po raz pierwszy od 1974 roku w formule mieszanej, z udziałem kolarzy zawodowych. Od tego momentu rozpoczął się marsz w kierunku profesjonalizacji wyścigu i całego polskiego kolarstwa, dla którego szybko stał się najważniejszą imprezą w roku. W 1996 roku Tour de Pologne po raz pierwszy pojawił się w kalendarzu imprez pod patronatem UCI (Międzynarodowej Unii Kolarskiej). Kolejne dziewięć lat trwała mozolna podróż do najwyższej kolarskiej ligi i od 2005 roku Tour de Pologne jest na stałe obecny wśród najważniejszych imprez cyklu UCI World Tour, na równi z Tour de France, Giro d’Italia i hiszpańską Vueltą.

Taki mamy klimat

Nie była to (i nadal nie jest) łatwa droga. Mimo, iż od paru lat nazwiska kilku polskich kolarzy są doskonale znane na całym świecie, a kolarstwo szosowe sukcesywnie odzyskuje swoją dawną pozycję i popularność (liczba amatorskich wyścigów z roku na rok lawinowo rośnie), nadal jest to dyscyplina, która ciągle boryka się z niedostatkiem pieniędzy. Wciąż niewiele firm i organizacji wie, jak budować swoje marki z wykorzystaniem kolarstwa i kiedy Robert Lewandowski zerka na nas niemal z co drugiego plakatu, Rafała Majkę – brązowego medalistę Igrzysk Olimpijskich i dwukrotnego zwycięzcę klasyfikacji górskiej Tour de France, widzimy praktycznie tylko w reklamach sponsora zawodowej grupy, w której jeździ. Sam wyścig Tour de Pologne też z roku na rok coraz niżej się kłania sponsorom (w tym roku jeden z etapów zaczyna się w siedzibie jednego z partnerów, co samo w sobie jest dość ciekawym i niespotykanym dotąd pomysłem) i coraz szczelniej (choć to może tylko subiektywne wrażenie) zasłania reklamowymi banerami i balonami przestrzeń miast, które odwiedza i dla których być powinien szansą na znakomitą promocję w świecie, gdzie kolarstwo cieszy się dużo większym zainteresowaniem.

No właśnie: kibice. Tych, którzy na co dzień interesują się kolarstwem wciąż jest niewielu, a chyba tylko oni potrafią docenić rangę imprezy, organizowanej przez zespół Czesława Langa. Pozostałym trzeba zaoferować show – stąd zapewne tak często spotykane w Tour de Pologne kilkukrotne rundy po ulicach miast. Na kilkudziesięciosekundowy, jednorazowy przejazd grupy kolarzy, trudno dziś w Polsce wyciągnąć ludzi z domów. O takim zaangażowaniu, jakie widzimy na trasach wielkich tourów: od rozwieszania koszulek, przez kolorowanie domów, aż po przedziwne konstrukcje i instalacje, promujące nawet najmniejsze miasteczka, możemy chyba tylko pomarzyć.

Dość smutny był to widok, kiedy podczas piątkowej prezentacji zawodników na krakowskim Rynku, niewielki tłum ludzi poderwał się ledwie dwukrotnie, by większym aplauzem nagrodzić Rafała Majkę i Petera Sagana. Pozostali kolarze, a wśród nich postaci takiego formatu, jak choćby Vincenzo Nibali – triumfator Tour de France i Giro d’Italia, Rui Costa – mistrz świata z 2013 roku, czy wielu innych kolarzy, mających na koncie zwycięstwa w wielkich imprezach, dla znakomitej większości polskich kibiców są niestety wciąż anonimowi.

No i na koniec pogoda, która również nie zawsze rozpieszcza organizatorów. Zdarzała się już uczestnikom Tour de Pologne jazda wśród powalonych wichurą drzew, zdarzały się skracane w ostatniej chwili, lub odwoływane z powodu burzy etapy, zdarzył się również strajk kolarzy, którzy zatrzymali się na trasie i z powodu trudnych warunków odmówili dokończenia etapu. I to wszystko w samym środku polskiego lata, lub złotej polskiej jesieni (bo był taki czas, kiedy Tour de Pologne rozgrywano we wrześniu). Cóż, taki po prostu mamy klimat.

Dlaczego się więc udaje?

Głównie dlatego, że jest to jeden z tych wyścigów, w których bardzo trudno wskazać wyraźnego faworyta. Bynajmniej nie dlatego, że nie ma w kim wybierać, bo w peletonie jedzie wielu kolarzy, którzy potrafią wygrywać duże wyścigi, ale dlatego, że trasa jest ułożona w taki sposób, że preferuje przede wszystkim kolarzy uniwersalnych, potrafiących zarówno zabrać się w odjazd, szybko pokonać wzniesienia, a jak trzeba, to również urwać się w samotną ucieczkę.

Drugi powód jest taki, że Tour de Pologne w kolarskim kalendarzu występuje mniej więcej równo w połowie sezonu. Za częścią kolarzy są trudy Giro d’Italia lub Tour de France (z którym wyścig koliduje tylko w sezonach olimpijskich), dla innych jest etapem przygotowania do Vuelty lub do odbywających się wczesną jesienią mistrzostw świata. Jeszcze inni traktują go jako szansę na awans do worldtourowej elity zwycięzców – był między innymi pierwszym etapowym wyścigiem, wygranym przez Petera Sagana (w 2011 roku). Tutaj wygrywał m.in. Jens Voigt, tutaj sprinterskie etapy zwyciężał m.in. Marcel Kittel i wreszcie tu, na Tour de Pologne, swoją znakomitą formę i umiejętności potwierdził w 2014 roku Rafał Majka, wygrywając wyścig tuż po znakomitym występie i zdobyciem pierwszej korony gór w Tour de France.

Mimo wielu przeciwności Tour de Pologne znakomicie się broni pod względem sportowym i w tym tkwi chyba źródło jego sukcesu. A w tym roku organizatorzy uczynili wiele, żeby tę pozycję utrzymać, a być może jeszcze wzmocnić. Przed nami 1136 kilometrów trasy, siedem etapów (trzy sprinterskie, dwa pagórkowate i dwa górskie) i 154 kolarzy na starcie w Krakowie. Pewnym novum jest rezygnacja z etapu jazdy indywidualnej na czas, więc wszystko rozstrzygnie się na trasie, która codziennie będzie stwarzać okazje komuś innemu.

My oczywiście największe nadzieje pokładamy w Rafale Majce, który po wypadku na 9. etapie Tour de France i konieczności wycofania się z wyścigu doszedł już do siebie i zapowiada, że jest bardzo głodny ścigania. Ale podobne deklaracje składa wielu zawodników, co gwarantuje nam tydzień wspaniałych, sportowych emocji.