Tour de France. Warren Barguil królem gór. Wygrywa 18. etap na morderczym Col d'Izoard

Już chyba tylko jakiś kataklizm może zdjąć z pleców Christophera Froome'a koszulkę lidera Tour de France. Na ostatnim etapie, który mógł wywrócić klasyfikację, Romain Bardet wywalczył ledwie cztery sekundy bonifikaty. Na Col d'Izoard zwyciężył Warren Barguil, potwierdzając swoją dominację w klasyfikacji górskiej.

Ostatnia szansa na pokonanie Froome’a na etapie odjechała

Jeszcze przed startem dzisiejszego etapu z Briançon do Izoard (179,5 km) wiadomo było, że wszystko się rozstrzygnie na ostatnich 25 kilometrach. Ostatni wielki szczyt tegorocznego Touru miał dać odpowiedź na pytanie, czy Froome’owi można jeszcze odebrać prowadzenie, albo przynajmniej zmniejszyć do niego straty przed sobotnią czasówką w Marsylii. Odpowiedź brzmi: nie można.

 Na 25 kilometrach podjazdu (z czego 14,1 km to sama wpinaczka na Col d’Izoard) można stracić prawie 6-minutową przewagę nad grupą liderów, prowadzoną przez ekipy AG2R i Sky. 10-osobowa ucieczka topniała z kilometra na kilometr, a liderzy dopiero się rozpędzali. Gdy Alexey Lutsenko (Astana) samotnie już rozpoczynał ostatnią wspinaczkę 14 kilometrów przed metą, jego przewaga wynosiła już niewiele ponad 4 minuty. 7 kilometrów dalej dogonił go Atapuma (Team Emirates), który kontynuował podjazd już tylko z niespełna 3-minutową zaliczką. Na czele grupy liderów tempo nakręcał Michał Kwiatkowski, gubiąc po drodze Aru i Quintanę i doganiając Contadora, który chwilę wcześniej poderwał się do ataku z Barguilem, ale – mimo pomocy Mollemy - nie wytrzymał tempa Francuza.

 Kiedy Kwiatkowski skończył swoją „zmianę” i Froome na chwilę został sam, bo Mikel Landa wyrwał się do przodu, można było podjąć próbę ataku na lidera i odebrania mu cennych sekund. I Bardet spróbował – bez rezultatu. Niewiele za to brakowało, by Froome przewagę powiększył, zamiast tracić, bo kilkaset metrów dalej Brytyjczyk przypuścił piekielnie mocny atak i doskoczył do czekającego już wyżej Landy, odstawiając niemal bezradnego Bardet na kilkadziesiąt metrów. Sky zademonstrowało kapitalną zagrywkę taktyczną, wypuszczając chwilę wcześniej Landę do góry i tylko przytomność Rigoberto Urana uratowała przed dodatkową stratą jego i Romaina Bardet, którego dociągnął na chwilowym wypłaszczeniu.

 Tymczasem Warren Barguil wyprzedził zmęczonego Atapumę i samotnie zmierzał do mety na szczycie Izoard. Z 20-sekundową przewagą wjechał na kreskę, zgarnął bonusowe 40 punktów w klasyfikacji górskiej i przypieczętował tytuł króla gór 104. edycji Tour de France. Jako drugi na metę wpadł Atapuma, a tuż za nim Bardet, który stoczył jeszcze z Froomem krótką walkę na finiszu. Zyskał jednak tylko 4 sekundy bonifikaty.

Froome obronił żółtą koszulkę i 23-sekundową zaliczkę przed etapem jazdy na czas i raczej trudno sobie wyobrazić, by Bardet był w stanie mu w tej konkurencji realnie zagrozić. Trzeci jest Rigoberto Uran z 29 sekundami straty do lidera. Jedną pozycję zyskał dziś Mikel Landa (+1’36”), który wyprzedził Fabio Aru, odpiętego po drodze przez Kwiatkowskiego i z wielkim wysiłkiem walczącego o każdy metr i każdą sekundę na mecie. Etapy górskie poszły jednak wyraźnie nie po jego myśli i Fabio Aru – jeszcze kilka etapów temu lider wyścigu – dziś jest piąty ze stratą 1’55” do Froome’a.

 Jutro najdłuższy w tegorocznej edycji, mierzący 222,5 km etap z Embrun do Salon-de-Provence. Klasyfikowany jako płaski, ale w rzeczywistości dość pofałdowany (po drodze są jeszcze trzy górskie premie 3. kategorii). Teoretycznie etap ukształtowany pod Michała Kwiatkowskiego i nie można wykluczyć, że w obliczu w miarę jasnej już sytuacji na pozycji lidera (jutro zapewne będzie już tylko chroniony przed ewentualną kraksą) Polak, który wykonał na tym wyścigu fenomenalną pracę dla drużyny, dostanie swoją szansę na etapowy triumf. Ale czy dostanie i czy będzie miał jeszcze siły, by z niej skorzystać – zobaczymy jutro.