Tour de France. Dwa tygodnie za nami. Ostrzymy zęby na danie główne

Kittel, zgarniający wszystko, ciasnota w generalce, imponująca akcja Maćka Bodnara i niesamowite wyczyny Michała Kwiatkowskiego - to zapewne zapamiętamy po drugim tygodniu Wielkiej Pętli. Ale działo się znacznie więcej

Powtórka z Giro, czyli aż czterech kolarzy w 30 sekundach

Początek drugiego tygodnia Tour de France wymusił wiele przegrupowań w ekipach, które na feralnym etapie 9 potraciły swoich kluczowych kolarzy. Odcinek do Chambery wykluczył z wyścigu aż trzynastu zawodników, w tym m.in. Rafała Majkę (BORA-hansgrohe), Gerainta Thomasa (Sky), Richiego Porte (BMC) oraz kilku sprinterów, którzy nie zmieścili się w limicie czasu. Najdotkliwsze straty zanotowała ekipa FDJ - jednego dnia ubyło jej aż czterech kolarzy, do których potem dołączył jeszcze Vichot, przez co zespół Thibauda Pinot, typowanego wcześniej na jednego z pretendentów do żółtej koszulki, kończy wyścig w czwórkę, z wyłącznie teoretycznymi szansami na etapowy sukces w jakimś odjeździe.

O to nie będzie jednak łatwo, bo peleton w tym roku ucieczki odpuszcza niechętnie. Boleśnie przekonał się o tym Maciej Bodnar, który na 11 etapie pokazał kawał znakomitego kolarstwa, uciekając od startu ponad 200-kilometrowego etapu. Najpierw w 3-osobowej grupce, a kiedy jej szanse spadły do zera, zdecydował się na samotny atak i przez prawie 28 kilometrów dawał nam nadzieję na wspaniałe święto. Zaledwie 240 metrów przed metą musiał jednak uznać wyższość rozpędzonego peletonu. Był niedosyt, ale były też momenty chwały, bo nad wyczynem Bodnara rozpływał się w zachwytach niemal cały kolarski świat.

Szans rywalom nie dał za to Marcel Kittel (Quick-Step), który na płaskich etapach zgarnął niemal całą pulę, notując czwarte i piąte etapowe zwycięstwo w 104. edycji Touru. Jedynym sprinterem, który jest w stanie nawiązać z nim walkę, jest Michael Matthews (Sunweb), który konsekwentnie łowi punkty na lotnych premiach i który wykorzystał swoją szansę oraz nieobecność Kittela na trudnym finiszu w Rodez. W walce o zieloną koszulkę wciąż jeszcze sporo może się wydarzyć. Po drugim tygodniu Kittela i Matthewsa dzieli 79 punktów, a to zapowiada sprinterskie emocje aż do mety na Polach Elizejskich, gdzie w ubiegłym roku triumfował Greipel, kończący ciągle wysoko, ale też wciąż bez etapowego sukcesu. On również może tu jeszcze zamieszać.

Klasyfikację górską zdominował Warren Barguil (Sunweb), który imponuje skutecznością w zdobywaniu punktów na górskich premiach i który w końcu wyszarpał również etapowe zwycięstwo na 13. etapie do Foix (kilka etapów wcześniej o grubość opony przegrał finisz z Rigoberto Uranem). Francuz zgromadził dotąd 116 punktów i wyraźnie prowadzi nad byłym skoczkiem narciarskim, Primozem Roglicem (Lotto NL-Jumbo – 38 pkt.).

Najciekawsze rzeczy wydarzyły się jednak w czołówce klasyfikacji generalnej, a największe emocje zaczęły się na etapie 12, z metą na szczycie Peyragudes. Chwilę słabości Christophera Froome’a oraz niefrasobliwość pomagającego mu na ostatnich metrach Mikela Landy (choć nie do końca wiadomo, czy świadomej – co zarzucał mu zespół, czy zupełnie przypadkowej) bezlitośnie wykorzystali Romain Bardet (AG2R) i Fabio Aru (Astana). Pierwszy wygrał etap, drugi zdjął Froome’owi z pleców żółtą koszulkę. Brytyjczyk zrewanżował się ledwie dwa dni później, znakomicie finiszując w Rodez, gdzie pod ostatnie wzniesienie doprowadził go Michał Kwiatkowski, który zdążył jeszcze krzyknąć swojemu liderowi w słuchawkę, że grupa się rozerwała, a Aru został z tyłu, pozbawiony pomocy swoich kolegów.

W rywalizację o końcowy triumf włączył się jeszcze Rigoberto Uran (Cannondale), konsekwentnie urywając kolejne sekundy i na koniec drugiego tygodnia rywalizacji prowadzącego Froome’a i czwartego w tabeli Urana dzieli zaledwie 29 sekund. Między nimi są jeszcze Fabio Aru (18 sekund straty do lidera) i Romain Bardet (23 sekundy). Wszystko wskazuje na to, że między tą czwórką rozegra się kluczowa batalia na alpejskich przełęczach, a jeśli ona nie przyniesie rozstrzygnięć – na ulicach Marsylii, gdzie zostanie rozegrana jazda indywidualna na czas.

Szanse? W górach największe ma Froome i Bardet – obaj dysponują ciągle silnymi i dobrze zorganizowanymi składami. Aru i Uran jadą bardzo czujnie i konsekwentnie, ale – jak pokazał etap do Rodez – wystarczy jeden niewielki błąd i brak wsparcia drużyny, by wiele stracić. Wmieszać się w to wszystko może jeszcze Daniel Martin (Quick-Step), ale on również zdany jest niemal wyłącznie na siebie. Gdyby alpejskie etapy nie przyniosły rewolucji w klasyfikacji, szala prawdopodobnie przechyli się na stronę Christophera Froome’a, który z całej czołówki zdecydowanie najlepiej jeździ na czas. Jedno jest pewne: ostatni tydzień Tour de France zapowiada się na kolarską ucztę. Jeśli oznacza to powtórkę z Giro, rozstrzygniętego na ostatnich metrach czasówki – to dla kibiców wyłącznie dobra wiadomość.

Skąd zachwyty nad Kwiatkowskim, jeśli nie wygrywa?

Przy internetowych relacjach z wyścigu pojawiają się czasami komentarze, krytykujące zaangażowanie Michała Kwiatkowskiego w pomoc Froome’owi i „brak ambicji”, żeby jechać na siebie i walczyć o własne sukcesy. Z jednej strony można to zrozumieć – Kwiato jest kolarzem największego formatu, byłym mistrzem świata, więc oglądanie, jak oddaje własne koło kolarzowi, który nie jest szczególnie lubiany przez kibiców, musi gdzieś polską duszę boleć.

Sprawa jednak nie jest taka prosta i chyba najlepiej wytłumaczyć ją przypomnieniem, że kolarstwo, które oglądamy w Wielkiej Pętli, jest sportem zawodowym. To oznacza, że zawodnicy, zatrudnieni w poszczególnych drużynach, są w pierwszej kolejności zobowiązani do świadczenia pracy na rzecz tych drużyn – i za to są wynagradzani.

Każda ekipa, zanim stanie na starcie dowolnego wyścigu, opracowuje i uzgadnia określoną strategię, do której realizacji dobiera odpowiedni skład. W zależności od tego, jak zdefiniowane są cele, takie zadania przydzielane są poszczególnym zawodnikom. Inne cele stawiała sobie przed wyścigiem ekipa BORA-hansgrohe, która wyznaczyła dwóch liderów: Peter Sagan miał walczyć o zwycięstwa na płaskich etapach, a Rafał Majka miał walczyć o możliwie najwyższą pozycję w klasyfikacji generalnej. Tymczasem zepół Sky postawił sprawę jasno: interesuje ich wyłącznie wjechanie w żółtej koszulce na metę w Paryżu. Zwycięstwa etapowe dla ekipy Sky nie mają większego znaczenia (stąd na przykład ważniejsze były sekundy, jakie Landa mógł zapewnić Froome’owi na szczycie Peyragudes, niż jego wygrana etapu, na którą miał teoretycznie szanse). Kluczem do osiągnięcia zakładanych celów jest w kolarstwie konsekwencja w realizacji przyjętej wcześniej strategii i ścisła współpraca poszczególnych członków grupy (bo kolarstwo – o czym się również często zapomina – jest sportem drużynowym).

Bywa, że ta strategia się zmienia w czasie, na skutek okoliczności samego wyścigu. Pierwsze zwycięstwa Rafała Majki w 2014 roku prawdopodobnie nie miałyby miejsca, gdyby nie fatalny wypadek i wycofanie się z wyścigu Alberto Contadora, pod którego sukces ustawiona była wówczas strategia ekipy Tinkoff-Saxo. Nie zawsze jednak los daje takie prezenty i nie każda drużyna w taki sam sposób je wykorzystuje.

Wracając do Kwiatkowskiego: jego zadania przed wyścigiem zostały bardzo precyzyjnie określone i Kwiato realizuje je z niezwykłą rzetelnością. To właśnie – a nie własna ambicja – świadczy o klasie kolarza i jego roli w zespole. Świat kolarski zna Kwiatkowskiego nie od dzisiaj. Od dawna było wiadomo, że jest kolarzem wielkiego formatu, ale wielokrotnie pojawiały się zgodne opinie, że nie ma on predyspozycji do jazdy w wielkich tourach. Tegoroczny Tour de France pokazał nowe oblicze Michała: nieocenionego pomocnika, który haruje za trzech i potrafi w kryzysowych momentach zarządzić pracą całej drużyny. Zespół wyżej ocenił szanse Frooma na końcowy sukces w Paryżu, ale to nie znaczy, że „zdegradowano” Michała. Powierzono mu inną rolę, z której realizacji zostanie rozliczony. Z całą pewnością korzystnie.