Tour de France. Lech Piasecki: czy zostałem liderem dzięki pomocy Jana Pawła II? Ktoś wie, że dzwoni, ale nie wie w którym kościele

- To była specjalna edycja. Jeszcze stał Mur Berliński. Kiedy jeździliśmy na treningowe przejażdżki, to za którymś razem przy Reichstagu dojechaliśmy do niego i razem z Cześkiem Langiem próbowaliśmy wytłumaczyć kolegom, o co chodzi. Opowiadałem, że z tego miejsca mam do domu niecałe 200 km, ale pojechać nie mogę, bo nie mam zezwolenia. Nie wierzyli - mówi Lech Piasecki, który 30 lat temu w Berlinie został liderem Tour de France. To jedyny Polak w historii, który wywalczył żółtą koszulkę największego wyścigu świata.

Łukasz Jachimiak: Liczyliśmy, że na jednym z pierwszych etapów może to zrobić Michał Kwiatkowski, a najwięksi marzyciele wyobrażali sobie, że Rafał Majka choć przez jakiś czas będzie jechał w żółtej koszulce. Ale już wiadomo – co najmniej do następnego roku pozostanie Pan jedynym polskim liderem Tour de France w historii.

Lech Piasecki: Szkoda. Michał miał szansę. Widać, że jest w znakomitej dyspozycji. Pokazywał to już w pierwszej części sezonu, a na tydzień przed startem w Tour de France w wielkim stylu wygrał „czasówkę” na mistrzostwach Polski, czym zaostrzył nasze apetyty przed prologiem „Wielkiej Pętli”. Niestety, tej jazdy na czas nie wygrał [był ósmy, do zwycięzcy stracił 15 sekund] i chociaż stratę miał niewielką, to na późniejszych płaskich etapach nie mógł powalczyć, bo w koszulce lidera jechał jego kolega z grupy Sky, Geraint Thomas. Źle to się dla nas ułożyło, te płaskie etapy w pierwszym tygodniu wyścigu sprzyjały szybkim zawodnikom, takim jak Michał. On potrafi walczyć, nie ma kompleksu sprintera, w innych okolicznościach sprawa byłaby otwarta. Po 30 latach Tour de France znów wystartował w Niemczech, liczyłem na to, że historia się powtórzy. Niestety, przepadło.

Jak Pan zostawał liderem TdF?

- Na prologu przegrałem o 0,02 s z Holendrem Jellem Nijdamem.

Nie o trzy sekundy, jak można znaleźć w archiwach Tour de France?

- To były dwie setne i jeszcze nawet dzisiaj trafiam na takie przekazy, że wygrałem tamten etap. Prostuję, choć nie wiem po co, skoro ktoś wie lepiej (śmiech). Prolog miał sześć kilometrów, gdyby był odrobinę dłuższy, faktycznie bym wygrał. Byłem bardzo dobrym „czasowcem”, wygrywałem bardzo wiele wyścigów, bo i etapy Giro d’Italia, i Florencja-Pistoia, i prologi na Tirreno-Adriatico. Wiedziałem, że stać mnie na wygranie prologu Tour de France, ale minimalnie zabrakło.

Rozczarowanie chyba nie trwało długo?

- Pamiętam, że bardzo się wkurzyłem, bo po takiej stracie do zwycięzcy wkurzenie musiało być wielkie. Ale od razu sobie postanowiłem, że zrobię wszystko, żeby jak najszybciej zdobyć koszulkę lidera. Pierwszy etap jechałem jako drugi zawodnik „generalki”, w zielonej koszulce, bo Nijdam jechał w żółtej. Czekałem na okazję, żeby uciec. Cały czas myślałem, że jak przyjdą góry, to ucieknie szansa, a nie ja, bo wybitnym „góralem” nie byłem. Nie mówię, że sobie nie dawałem rady, ale było wielu lepszych ode mnie. W końcu na kilka kilometrów przed metą tego pierwszego etapu zabrałem się w ucieczkę. Jechało nas siedmiu czy ośmiu [ośmiu], uzyskaliśmy jakąś tam przewagę [na mecie 23 sekundy nad peletonem], wiedziałem, że jak dojedziemy, to zostanę liderem, więc postawiłem sobie za cel zrobić wszystko, żeby ta ucieczka doszła do mety. Nie zależało mi na walce o zwycięstwo etapowe, liczyła się tylko koszulka. Dałem z siebie wszystko, byłem główną siłą napędową, ciągnąłem tę grupkę, dlatego na finisz już mi nie wystarczyło siły. Peleton nas dochodził, widziałem go, ale grupka dojechała, byłem szósty i zdobyłem koszulkę lidera. Kolejnym etapem była jazda drużynowa na czas. Z Cześkiem Langiem byliśmy specjalistami od takiej jazdy i wspólnie napędzaliśmy nasz zespół. Przegraliśmy tylko nieznacznie z ekipą Carrera [o osiem sekund], dzięki czemu utrzymałem prowadzenie i po raz kolejny na podium koszulkę wręczał mi przyszły prezydent Francji Jacques Chirac.

Dlaczego w tej koszulce jechał Pan tylko przez dwa dni? W niedawnej rozmowie ze Sport.pl Krzysztof Wyrzykowski stwierdził, że grupa Panu specjalnie nie pomagała.

- Być może. Naszym liderem był Giuseppe Saronni, a ja koszulkę zdobyłem tylko przy okazji. Ale nie mogę narzekać, bo w tej naszej ekipie zawsze miałem sporo swobody. Oczywiście kiedy trzeba było, to pomagałem Saronniemu, jechałem na niego, jak wszyscy. Ale były sytuacje, że to on pracował na mnie czy na Cześka Langa. To był bardzo lubiany zawodnik, bo mimo że był liderem, nie nosił głowy w chmurach, za pracę potrafił się odwdzięczyć. Akurat kiedy miałem koszulkę lidera Tour de France, to gdy do przodu mocno poszedł Erich Maecher i odjechał krótko przed metą trzeciego etapu, moja drużyna za nim nie pogoniła i tę koszulkę straciłem. Szkoda, ale z drugiej strony czy był sens trzymać ją na siłę na początku wyścigu? Wkładać morderczą pracę w jej utrzymanie, żeby to się okazało bezcelowe? Przecież skoro nie byłem wybitnym „góralem”, to nie dojechałbym w tej żółtej koszulce do końca. Wyszło jak wyszło, i tak się cieszę, że chociaż przez dwa dni byłem liderem najważniejszego kolarskiego wyścigu świata. Rok w rok przekonuję się, że wszyscy o tym pamiętają.

Rzeczywiście zachodnie media przypominały przed startem trwającej edycji, że 30 lat temu został Pan pierwszym liderem „Wielkiej Pętli” z naszej części świata. Przy tej okazji hiszpański „As” napisał, że grupa Del Tongo-Colnago przekazała polskiej federacji 20 rowerów wartych w sumie 55 tys. dolarów za Pana przejście na zawodowstwo, a w operacji brał udział papież Jan Paweł II.

- Ha, ha, wiedzą, że gdzieś dzwoni, ale nie wiedzą w którym kościele. Faktycznie żebym mógł pójść na zawodowstwo, grupa zapłaciła za mnie rowerami. Ale do samego klubu trafiło ich ze 20, zresztą w Orlętach Gorzów są używane do dzisiaj. A do federacji pojechało o wiele więcej rowerów. W sumie, z tymi dla klubu, było ich 50, może nawet 60. Natomiast co do Jana Pawła II, to krótko po tym jak zostałem zawodowcem, byliśmy u niego z wizytą. Obaj sponsorzy grupy, czyli panowie Del Tongo i Colnago, pojechali z rodzinami, do tego byliśmy ja, Czesław i Saronni. Audiencja w Watykanie skończyła się tak, że wręczyliśmy papieżowi nasz rower. Tyle.

Pierwszy lider TdF z Europy Wschodniej u siebie chyba nie został doceniony za ten sukces?

- Szkoda, że wtedy nie było mediów społecznościowych, bo media tradycyjne nie przekazywały wiadomości w taki sposób, w jaki by się chciało. Transmisji nie było, a jakiś komunikat dotarł, ale suchy, bez fajerwerków. Po wyjeździe z kraju przestałem być zauważany. Kiedy zdobyłem tytuł mistrza świata zawodowców, to „Przeglądzie Sportowym” napisano jedno zdanie, które brzmiało mniej więcej „jak on śmiał to zrobić”. A w tradycyjnym plebiscycie na 10 najlepszych sportowców kraju nawet nie byłem nominowany. To dużo mówi o przekazie medialnym w tamtych czasach. Już prawie wychodziliśmy z komuny, ale z Cześkiem Langiem byliśmy odbierani źle, bo byliśmy kolarzami zawodowymi. Kiedy jechaliśmy na mistrzostwa świata, to sami za siebie musieliśmy płacić, mimo że reprezentowaliśmy Polskę, naszą federację. Trochę to było przykre, że we Włoszech, gdzie wtedy mieszkałem, było mnóstwo tekstów o mnie, z pięknymi tytułami, że były relacje telewizyjne, a u nas nic. Po powrocie z TdF dostałem nawet nagranie z etapów, które jechałem w koszulce lidera. Fajnie się to po latach ogląda, bywa, że łezka się w oku zakręci. W ogóle ten mój start wspominam bardzo dobrze. To była specjalna edycja. Jeszcze stał Mur Berliński. Kiedy jeździliśmy na treningowe przejażdżki, to za którymś razem przy Reichstagu dojechaliśmy do niego i razem z Cześkiem próbowaliśmy wytłumaczyć kolegom, o co chodzi.

Czego nie byli w stanie zrozumieć?

- Że tu są Niemcy, i tam są Niemcy, a przejść z Niemiec do nie Niemiec nie można. „Aha, dobra, jest ten mur, ale przecież gdzieś musi być wyjście” – mówili. Ci gorzej zorientowani w bieżącej sytuacji politycznej myśleli, że ich nabieramy. Opowiadałem, że z tego miejsca mam do domu niecałe 200 km, ale pojechać nie mogę, bo nie mam zezwolenia.

Ma Pan na pamiątkę po tamtym Berlinie i tamtym tourze żółtą koszulkę, czy na własność dostaje się taką tylko gdy się wygra cały wyścig?

- W sumie miałem cztery żółte koszulki. Na podium zakładali mi żółty kaftan bezpieczeństwa. Dawałem ręce do przodu, a z tyłu zaklejali mnie na takiego wielkiego rzepa. Później dostawałem koszulkę do ścigania się. W sumie dwa razy kaftan i dwa razy koszulka do jazdy. Dwie koszulki mam, a dwie od razu poszły do sponsorów. Zostawiłem sobie jedną z dekoracji i jedną z trasy. Ta ważniejsza, z jazdy, jest oprawiona i znajduje się na honorowym miejscu obok dwóch koszulek mistrza świata i koszulki za wygranie Wyścigu Pokoju.

Pan jest chyba tym kolarzem, który najmocniej przekonał się, o ile ważniejszy był u nas Wyścig Pokoju od Tour de France?

- Prawdopodobnie tak. Odbioru tych imprez zupełnie nie dało się porównać. Relacje z Wyścigu Pokoju były tak popularne, że na ich czas wszystko zamierało, nie było życia poza wyścigiem. A jeszcze jak Polacy wygrywali z NRD-owcami i Czechami, jak bili Ruskich, to nie było kompletnie nic ważniejszego dla społeczeństwa. Kiedy po wygraniu Wyścigu Pokoju wyjeżdżałem na trening, to nie mogłem go zrobić. Autokary wycieczkowe się zatrzymywały, a ja na poboczu czy na przydrożnych parkingach rozdawałem autografy i pozowałem do zdjęć. To były bardzo miłe chwile.

W plebiscycie na najlepszego sportowca też.

- Zgadza się, wtedy zostałem doceniony, bo nie tylko mnie nominowano, ale wygrałem. Tylko żeby teraz nie wyszło na to, że nie zasłużyłem. W 1985 roku zdobyłem też złoty medal mistrzostw świata w rywalizacji amatorów. A Wyścig Pokoju to była impreza naprawdę wielka, a nie tylko bardzo promowana. Wyścig był bardzo dobrze obsadzony, można powiedzieć, że to był Tour de France dla amatorów, zdecydowanie najcięższy amatorski wyścig na świecie. Wygranie go było niezwykle prestiżowe, a choć najważniejszy był tylko dla krajów bloku wschodniego, to startowali w nim też wielcy kolarze zachodni, jak Greg LeMond, Laurent Fignon czy Miguel Indurain.

Ale nie wtedy, kiedy byli w szczycie swoich karier.

- Tak, jeździli w wyścigu, zanim przeszli na zawodowstwo. Ale już jako amatorzy byli dobrymi kolarzami, skoro byli w reprezentacjach swoich krajów, wśród sześciu zawodników powołanych na Wyścig Pokoju. Na zachodzie było wtedy tak, że jak zawodnik był dobry, jak wygrywał wyścigi, to przechodził na zawodowstwo, ale też nie każdy. W tamtych czasach na zawodowstwo przechodziło tylko 10, maksymalnie 15 zawodników z jednego kraju. To było hermetyczne środowisko. I był ogromny szacunek kolarza dla kolarza. Nie było sytuacji, że lider ma jakiś problem ze sprzętem, a ktoś to wykorzystuje i ucieka. Pamiętam kraksę na Tirreno-Adriatico, na wjeździe do tunelu. Cały peleton czekał na tych, którzy leżeli. Dziś niby takie sytuacje są, ale, co widzimy obserwując Tour de France, nie zawsze.

Pan swojego touru nie ukończył. Dlaczego?

- Jednego dnia mieliśmy dwa podetapy, po pierwszym całość wyścigu została skoszarowana w amerykańskich koszarach wojskowych na terenie Niemiec. Komendantem tej jednostki był Polak, Czarnecki. Z Langiem z nim rozmawialiśmy, było bardzo miło, ale niestety, po posiłku już miło nie było. Wielu zawodników miało problemy żołądkowe, ja też. Męczyłem się jeszcze etap czy dwa, ale w końcu już nie dawałem rady i się wycofałem.

Z Langiem się przyjaźnicie, nigdy nie powiedział Panu, że tej żółtej koszulki zazdrości?

- To jest prawdziwa przyjaźń, działamy razem od kilkudziesięciu lat, kiedyś jako czynni zawodnicy, dziś pracujemy razem w Lang Teamie. Podczas tamtego touru Czesław mnie bardzo wspierał. Na etapach chronił mnie od wiatru, gdzieś mnie do przodu przeciągnął, w drużynowej „czasówce” jechał najmocniej ze wszystkich kolegów, był największą pomocą. Jak zwykle razem mieszkaliśmy w pokoju, więc omawialiśmy strategię, zastanawialiśmy się, jak jechać, żeby bronić mojego prowadzenia. Byliśmy ze sobą bardzo zżyci, on był we Włoszech pierwszy, jak do niego dołączyłem, to mnie we wszystko wprowadził. Byliśmy jednością. Nie wygrywałem ja, nie wygrywał on, tylko wygrywał ktoś z nas. Wiadomo, że każdy zawodnik chciałby mieć na sobie trykot lidera Tour de France chociaż przez chwilę, ale wiem na pewno, że Czesiek mi nie zazdrościł. Nigdy, a przecież stałem się najpopularniejszym obcokrajowcem ścigającym się we Włoszech. To przyszło już w 1986 roku, w momencie gdy razem z Saronnim wygrałem swoje pierwsze Trofeo Baracchi. Wcześniej wygrałem „czasówkę” na Giro d’Italia i już mi się przyglądano, zwłaszcza że wiedziano, że przyszedłem do drużyny jako mistrz świata amatorów. A Czesiek cały czas przecierał mi drogę, wszystko ułatwiał jako ten pierwszy z nas, który wszedł do zawodowego peletonu.

Więcej o: