Tour de France. Dariusz Baranowski o kraksach w Tourze i rezygnacji Rafała Majki. - Myślałem, że dopiero we wtorek przy śniadaniu albo na starcie zdecyduje, czy da radę jechać

- Nie ma co szukać winy Rafała Majki w niedzielnej kraksie, bo się przecież specjalnie nie wywracał. Nie będzie nigdy bezpiecznego kolarstwa ani bezpiecznego Touru - mówi Sport.pl Dariusz Baranowski, komentujący Tour de France w Eurosporcie.

Paweł Wilkowicz: Po takim etapie kraks i wycofań z wyścigu jak niedzielny do Chambery ma w ogóle sens szukanie winnych? Wśród organizatorów, że trasa zbyt trudna, wśród kolarzy, że przeszarżowali?

Dariusz Baranowski: Każdy będzie miał swoją teorię: jedni, że zjazdy były zbyt trudne, inni że każdy kolarz ma dwa hamulce i mógł z nich skorzystać. Ja uważam że niedzielne zjazdy były wyjątkowo niebezpieczne. Zwłaszcza ostatni, z Mont du Chat. To jest wczesna faza wyścigu, dopiero dziewiąty etap, pierwszy prawdziwie górski. Była wielka presja, wyścig jeszcze nieułożony. Może gdyby wcześniej był jakiś etap kończący się na szczycie, to w kolejnych etapach te zjazdy nie byłyby tak ważne, bo już w klasyfikacji byłyby pierwsze rozstrzygnięcia. A tutaj nic nie było rozstrzygnięte, wszyscy poszli na całość. Tak, każdy ma hamulce. Ale też każdy w Tourze chce je nacisnąć jak najpóźniej. Jeszcze coś zyskać, zaryzykować. To jest bardzo niebezpieczny sport i od czasu do czasu nam o tym przypomina w taki sposób. Dużo napięcia, dużo walki, presji i stało się. Pechowy etap. Będzie długo pamiętany, szkoda że nam się będzie kojarzył z upadkiem Rafała Majki.

Rywale opowiadają, że to Rafał Majka upadł pierwszy w kraksie, która wykluczyła z wyścigu Gerainta Thomasa, w której mocno poobijał się Alberto Contador. Thomas nawet sugeruje, że Majka przeszarżował, że cały czas go próbował mijać na zjazdach.

- Każdy walczy o pozycję, przez cały czas. Rafał się specjalnie nie przewrócił. Ułamek sekundy, stało się. Thomasowi się tak mogło wydawać, ale za mało wiemy. Ja bym tak winy nie przerzucał na innych, bo to jest punkt widzenia Thomasa, ktoś obok mógł to widzieć inaczej. Nie będzie nigdy bezpiecznego Touru. Tu jest zawsze dużo kraks. Poziom jest wyrównany, skłonność do ryzyka rośnie. Zresztą, zawsze było mnóstwo upadków. Ja 20 lat temu pierwszy raz jechałem w Tourze. Pierwszy etap – kraksa. Drugi – kraksa. W trzecim mi się jakoś udało, po iluś hamowaniach przed kraksami. Czwartego dnia znowu wywrotka. Skórę miałem pozdzieraną na całym ciele.

Przewidywał pan, że Rafał się wycofa?

- Na pewno bardzo chciał jechać dalej. Udało mu się w niedzielę dotrzeć do mety. Michał Kwiatkowski pokazał kolejny raz klasę. Michał jest bardzo mocny, daje tę moc Chrisowi Froome’owi, ale też przez blisko 20 kilometrów wspierał jeszcze poobijanego Rafała. Majka dojechał na mety na kole Michała, cały poniedziałek miał na odpoczynek. Wydawało mi się, że nie będą podejmować decyzji już w poniedziałek, że zdecydują dopiero we wtorek przy śniadaniu albo przy starcie.

Na zjeździe z Mont du Chat rozbił się i wycofał z Touru Richie Porte, niewiele tam brakowało do jeszcze większego nieszczęścia Porte’a. Może było po prostu o jeden zjazd za daleko, trzeba było kończyć etap na ostatnim podjeździe?

- Zjazd do mety był straszny. Jeden z najokropniejszych, jakie widziałem. Nie jestem przekonany, czy to była dobra decyzja, aby tak wyglądał finał pierwszego górskiego etapu. Można to zmienić w przyszłości. Zjazdy muszą być. Ale ten nie musiał wypaść akurat w tym momencie Touru.

Czyli jednak odpowiedzialność jest bardziej po stronie organizatorów?

- Oni ustalają trasę, może powinni wziąć bardziej pod uwagę, że kolarstwo się zmienia, kiedyś nie było aż tak niebezpiecznie na zjazdach, przejeżdżało się je ostrożnie. A dziś zawodnicy również zjazdy wykorzystują do walki. Chcą tu zyskać kosztem tych, którzy zjeżdżają gorzej. Wiedzą, że drużyna oczekuje od nich aktywności, mają się pokazać. W peletonie jest coraz niebezpieczniej, jaka by trasa nie była, to się nie zmieni.

Ale gdy organizatorzy Giro d’Italia wymyślili klasyfikację zjazdów, peleton się zbuntował.

- To już była przesada, to się mogło źle skończyć. I zapłacić za to mogli nie ci, którzy najbardziej ryzykują, ale ci, którzy by się zaplątali w jakąś kraksę spowodowaną przez ryzykantów. To był pomysł nie na miejscu. Bo dziś jest coraz więcej kraks na zjazdach. Kiedyś było ich więcej na płaskim. Tak jak już mówiłem: w moich czasach na zjazdach jechało się spokojnie. Czasem nawet kasków na takie etapy nie zakładaliśmy. Etapy górskie były uważane za bezpieczne. Było ostre ściganie pod górę, a potem w dół każdy jechał swoim tempem. To na płaskie etapy zakładało się kaski.

Michał Kwiatkowski mówi, że dla jego pokolenia to już jest oczywistością, że walczy się na każdym metrze asfaltu. Zdziwiłby się, gdyby nagle ktoś chciał ustawiać etapy jak kiedyś: zwolnijmy, jeszcze będzie gdzie się pościgać. To może trzeba skracać etapy, żeby na takich zjazdach jak z Mont du Chat kolarze nie byli tak zmęczeni?

- Ale to też niczego nie zmieni. Przeciwnie. Kolarze będą bardziej wyświeżeni, więc jazda będzie bardziej dynamiczna. Może będzie ciekawiej, ale nie bardziej bezpiecznie.

Mówiło się o trasie tegorocznego Touru, że została ułożona, by dopaść wreszcie Christophera Froome’a. A on w niedzielę przetrwał wszystko, to rywale poodpadali.

- Kiedyś to była bardzo słaba strona Froome’a, zjazdy, ale już rok temu pokazał, że wiele się nauczył, potrafi zjeżdżać. Trudno go tutaj zaskoczyć czymkolwiek, w tegorocznym Criterium Dauphine (najważniejsza próba Froome’a przed Tourem) zjechał z Mont du Chat bardzo szybko i na pewno się zjazdów nie obawiał. Ale różnie bywa. Ktoś się zagapi, popełni drobny błąd i doprowadza do ciężkich upadków.

To miał być etap emocji i był, tylko czy ceną za to nie będą mniejsze emocje do końca wyścigu?

- Nam najbardziej szkoda Rafała. Myślę, że był w stanie w tym Tourze nawiązać walkę z najlepszymi. Wypadł Porte, moim zdaniem najgroźniejszy rywal Froome’a, on mógł go w pewnym momencie skutecznie zaatakować. Contador się poobijał, ale chyba też później tak po prostu brakowało mu sił. Wyścig straci na atrakcyjności. Zachwycaliśmy się, że jest wyrównany, kandydatów do sukcesu sporo. A teraz już się to grono ograniczyło. Romain Bardet, Rigoberto Uran, Fabio Aru. To są rywale Froome’a. To właśnie Bardet dał sygnał do ataku na zjazdach na tym etapie. Jego grupa AG2R podyktowała mocne tempo, widać było że Bardet chce coś na zjazdach ugrać.

Może jednak niepotrzebnie, przy takiej pogodzie? Już w prologu po mokrym wypadł z wyścigu Alejandro Valverde.

Ale takie ostrzeżenia nie działają. Będą następne zjazdy i dalej będzie niebezpiecznie i wszyscy będą ryzykowali. Wystarczy spojrzeć, co się działo na sprinterskich finiszach. Czy kraksa Marka Cavendisha i dyskwalifikacja Petera Sagana podziałała jak ostrzeżenie? Dwa dni później Arnaud Demare pojechał jeszcze ostrzej i mógł doprowadzić do kolejnej wielkiej kraksy. Więc obstawiam, że i na zjazdach nic się nie zmieni. Nie będzie bezpiecznego kolarstwa, trzeba się z tym pogodzić.

Więcej o: