Michał Kwiatkowski. Ogromna ulga mistrza. Teraz Walońska Strzała

- Zawsze czegoś brakowało, abym wygrał w tęczowej koszulce. Pięć razy byłem drugi, czasem prześladował mnie pech. Dopiero teraz czuję, że zrobiłem coś specjalnego - mówi Michał Kwiatkowski, kolarski mistrz świata, zwycięzca niedzielnego Amstel Gold Race. W środę Walońska Strzała. Relacja na żywo na Sport.pl.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nasJakub Ciastoń, Radosław Leniarski: Emocje już opadły po największym sukcesie w tym roku?

Michał Kwiatkowski: Ciężko było zasnąć, źle spałem przez te buzujące emocje. A jeszcze o 7 rano miałem kontrolę antydopingową, normalna rzecz w naszym sporcie, zdarza się. Ale już jest w porządku.

Telefon się pewnie rozgrzał do czerwoności, było jakieś świętowanie?

- Dziewczyna, rodzice, najbliżsi znajomi, po takim sukcesie rozmawiam ze wszystkimi bliskimi. A tu na miejscu z grupą mieliśmy uroczystą kolację i lampkę szampana. Na więcej nie możemy sobie pozwolić, ale ten jeden kieliszek to obowiązek. Wszyscy bardzo się cieszyli, każdy członek ekipy przyłożył się do tego sukcesu.

Kieliszek szampana to raz, ale na mecie wychylił pan też symbolicznego radlerka, zresztą dużo szybciej niż Michael Matthews i Alejandro Valverde.

- Zimny trochę był, ale po takim wysiłku smakował bardzo.

Co to zwycięstwo dla pana znaczy? W końcu wygrał pan wyścig w koszulce mistrza świata.

- Zwycięstwo w tęczowej koszulce było naprawdę bardzo trudne. Zawsze czegoś brakowało, pięć razy byłem drugi, czasem prześladował mnie pech, jak w Milan San-Remo, gdzie upadłem w kraksie. Wygrałem prolog w Paryż - Nicea, ale nie w koszulce mistrza [w jeździe na czas Kwiatkowski startuje w koszulce mistrza Polski], więc to nie to samo. Dopiero teraz czuję, że zrobiłem coś specjalnego. I ogromną ulgę, bo sam na siebie nakładałem sporą presję, żeby w końcu tego dokonać. Ulgę tym większą, że udało się w wyścigu, w który celowałem, bo od dawna podkreślałem, że mierzę w ardeńskie klasyki. Wszystko zagrało, pomogło szczęście, że nic się nie przydarzyło podczas przygotowań.

Mistrza świata wszyscy chcą pokonać, widać go z daleka, a pan jeszcze dodatkowo obciążał się presją, mówiąc, że chce wygrywać w Ardenach.

- Im coś jest trudniejsze do zrealizowania, tym więcej sił i motywacji wkładam w trening, tak już mam. Nie mówiłem jednak: "Jadę po zwycięstwo", tylko nie ukrywałem, że jestem dobrze przygotowany.

Wszyscy pana chwalą za taktykę, to, jak rozegrał pan wyścig na ostatnich metrach.

- Wyciągnąłem wnioski z porażek. Rok temu za mocno przycisnąłem na początku ostatniego podjazdu pod Cauberg i nie miałem potem siły w decydującym sprincie nawet w walce o podium, bo przegrałem i z Alejandro Valverdem, i z Simonem Gerransem, a z przodu byli jeszcze Jelle Vanendert i Phillipe Gilbert. Nauczyło mnie to, że Cauberg to nie jest linia mety. A w niedzielę Matthews i Gilbert wjechali tak, jakby meta była właśnie tam, a nie 1,8 km dalej. Widząc, że Matthews jest na kole Gilberta, czułem, że nic z tego nie będzie. Jechałem swoim tempem, bo wiedziałem, że walka dopiero przed nami. Miałem po prostu chłodniejszą głowę. Przyczaiłem się i zaatakowałem w ostatniej chwili. Nie ma sensu pokazywać się w koszulce mistrza świata za wcześnie, bo taki atak od razu wszyscy chcieliby zlikwidować. Wyścigów nie wygrywa się tylko, mając mocną nogę, trzeba też na chłodno skalkulować sytuację na trasie. Trzeba być elastycznym. Widziałem na szczycie Caubergu, że grupa będzie dość spora i trzeba się szykować na sprint.

Z tego, co pan mówi, to tak naprawdę wszystko było zaplanowane, zero przypadku.

- Miałem przeczucie, że taki będzie scenariusz, że nie warto iść za Gilbertem. Ale to nie jest tak, że jestem nieomylny. Tym razem miałem rację, że nie goniłem ich na Caubergu za wszelką cenę, jadąc na 110 proc.

Ok. 18 km przed metą przeżył pan kryzys. W kolarstwie często z takiego pokonywania słabości tworzą się legendy. Rzeczywiście chciał pan zmiany lidera w swojej grupie?

- Kryzysy zdarzają się często, o niektórych w ogóle się nie mówi, czasem same przechodzą. W wielu momentach wyścigu kolarz może czuć, że rywale mocniej naciskają na pedały. Pojawiają się wątpliwości. Na przedostatnim Caubergu [kolarze pokonywali wzgórze cztery razy] czułem, że tempo jak dla mnie jest bardzo, bardzo duże. Zacząłem myśleć, że będzie za ciężkie na ostatnim podjeździe. Podjechałem do Gianniego Meersmana i powiedziałem, że tak czuję, ale on mnie uspokoił, że każdemu jest tak samo ciężko, że to chwilowe.

Mogła paść inna odpowiedź? Mogło dojść do zmiany lidera?

- Gianni mógł powiedzieć, że on czuje się świetnie, i być może wtedy grupa pojechałaby na niego. Ale odpowiedział inaczej, co jeszcze bardziej mnie zmotywowało do walki.

Wygląda na to, że w Etixx-Quick Step jest świetna atmosfera, koledzy naprawdę poświęcają się dla liderów.

- Tak to działa, że wygrywa jeden, ale pracują wszyscy. Na ten wyścig też były takie założenia, że ktoś z trójki Tony Martin, Julian Alaphilippe i Petr Vakoc, wyskoczą, jeśli pójdzie ucieczka na ostatnich kilometrach, żeby jej pilnować. I tak było, asekurowali mnie do samego końca. Tworzymy grupę facetów, którzy zawsze walczą o zwycięstwo.

Któryś już raz na ostatnich kilometrach pracuje na pana Martin. Coś czujemy, że to musi być świetny gość.

- Tony jest świetnym człowiekiem, fantastycznym kolarzem, trzykrotnym mistrzem świata w jeździe na czas. Ale to jest stuprocentowy profesjonalizm, nie jesteśmy blisko poza kolarstwem, moim najlepszym przyjacielem w grupie jest Michał Gołaś. Tony po prostu ma we krwi to, że w kolarstwie pomagamy sobie nawzajem. Nie trzeba go o nic prosić. To urodzony motywator.

Jeden ardeński klasyk za nami, ale w środę Walońska Strzała, a w niedzielę Liege-Bastogne-Liege. Jak porównać te wyścigi?

- Na pewno w obu nie ma takiej walki o pozycję przez cały wyścig jak w Amstelu, gdzie trasa jest bardzo trudna technicznie. Strzała Walońska rozstrzyga się na Mur de Huy, bardzo trudnym podjeździe, który pokonujemy w końcówce trzy razy. Wcześniej jest w marę spokojnie, kilometrów jest mniej [205] niż w Holandii [258], a podjazdy dłuższe, co sprawia, że rzadko są ucieczki. W Liege-Bastogne-Liege do pokonania jest prawie 260 km. Podjazdy, ich skala trudności, historia, lista startowa pokazują, że to najtrudniejszy klasyk sezonu poza Paryż - Roubaix i Tour de Flandres.

A pan się skupił się na Amstel Gold? Czy nastawia się pan na wszystkie trzy klasyki?

- Zazwyczaj nastawiam się z dnia na dzień. Może nie jest to najlepsze rozwiązanie w wyścigach wieloetapowych, gdy myśli się o klasyfikacji generalnej. Ale tu... Tu już wiem, że można być w dobrej formie we wszystkich trzech klasykach. Tak było w zeszłym roku. Mam tylko nadzieję, że emocje związane ze zwycięstwem nie przeszkodzą mi być w formie w środę i niedzielę.

Wiemy, że są to trudne wyścigi, a w dodatku pan będzie jechał nie tylko jako mistrz świata, nie tylko jako ten, który zapowiadał atak na ardeńskich klasykach, ale też jako zwycięzca Amstel Gold. Kolarz obawia się czasem, czy mu wszystko wyjdzie, wysiłku - i czy go wytrzyma?

- Każdy człowiek zadaje sobie takie pytania: co dalej, jak to będzie, czy za mało trenowałem albo czy nie za dużo? Bo trzeba spojrzeć do tyłu i zrobić rachunek. Wtedy dobrze wykonana praca dodaje otuchy. I teraz tę otuchę mam. Ale to nie znaczy, że nie zadaję sobie pytań. Na przykład: czy wystarczą mi dwa dni, aby dojść do siebie i znów być gotowym do walki?

Bo Strzała Walońska to wyścig, w którym wygrywa po prostu kolarz z najsilniejszymi nogami. Na Mur de Huy nie ma rozgrywania taktycznego, jak w końcówce Amstela. Ważna jest pozycja tuż przed ostatnia ścianką. A potem właściwie wszystko zależy od nóg.

Fachowcy czasem porównują pana styl do Miguela Induraina, który był świetnym czasowcem, w górach od najlepszych nie odstawał, a do tego miał fantastyczne wrodzone cechy.

- W młodości miałem robione bardzo dokładne badania wydolnościowe, ludzie pytają mnie czasem np. o VO2max (maksymalne pochłanianie tlenu przez organizm, czym mierzy się wydolność w sportach wytrzymałościowych), ale od dawna takich badań nie przechodziłem. Nie jest mi to potrzebne w treningu. Oczywiście, w mojej grupie poziom sportowy jest sprawdzany za pomocą różnych badań, ale akurat nie za pomocą VO2max. Teraz mierzy się moc. Liczb nie podam, one zresztą nic nie mówią. Nie można ich porównywać, bo każdy kolarz jest inny. Każdy ma coś innego do zaoferowania, ma inaczej poukładane w głowie, inaczej rozgrywa wyścigi. A ja chcę być sobą, a nie kimś innym.

Zresztą dzielę się moimi wysiłkami w internecie, można sobie nawet zobaczyć wczorajszy wyścig na Strava.com. I jeszcze jedno: nie ma co mówić o mojej maksymalnej wydolności. Sam jej nie znam. Mam nadzieję, że nie doszedłem jeszcze do moich granicach.

Czy przed wyścigiem ogląda pan końcowe metry? Ile razy przed startem pokonał pan Cauberg?

- Przed Amstel Gold przejechałem ostatnie 80 km, bo chyba to jest znacznie ważniejsze niż poznanie dokładne ostatniego podjazdu. Bo na trasie jest wiele momentów trudnych. Zmieniona trasa, przejazd kolejowy, wąski wjazd do tunelu - to mogą być kluczowe momenty wyścigu. Tam można przegrać. Miałem na to czas przed Amstel Gold, będę miał przed Liege-Bastogne-Liege. Zabraknie takiego rekonesansu przed Fleche Wallonne. Ktoś z ekipy na pewno przejedzie trasę i będę miał albo film z kluczowych momentów trasy, albo rozrysowane ważne miejsca.

Co po klasykach będzie dla pana celem sezonu? Wiemy, że wystartuje pan w Tour de France. Z jakimi nadziejami?

- Fajnie byłoby, jadąc w koszulce mistrza świata, dać z siebie wszystko podczas pierwszych dziewięciu etapów Tour de France. Mamy 14-kilometrowy prolog na czas. Mamy etap kończący się na Mur de Huy, czyli tam, gdzie kończy się środowa Strzała Walońska. Jest etap z odcinkami brukowymi, a dziewiątego dnia drużynowa jazda na czas. Na pewno to sprzyja kolarzom dobrze czującym się w klasykach, aby założyć żółtą koszulkę lidera wielkiego wyścigu. To moje marzenie. Jako ekipa jedziemy walczyć o etapy i brać to, co możliwe.

Tour de France jest nadal dla mnie polem nauki. Poznaję tam swoje granice i nie ma co mówić, że nastawiam się na sukces w klasyfikacji generalnej, choć wielu chciało mnie wrzucić do tego worka. Mówiłem, że będę patrzył na wyścig z dnia na dzień. Mam tylko nadzieję, że będzie dla mnie bardziej udany niż w zeszłym roku, kiedy zapłaciłem za długą, wyczerpująca pierwszą część sezonu. Zrobiłem poprawki w przygotowaniach i może będzie lepiej.

Czy z czasem poprawi pan jazdę w górach?

- Nie urodziłem się góralem, bo każdy dodatkowy talerz makaronu od razu przekłada się na moja wagę. Niektórzy mają taki metabolizm, że mają moc, a nie tyją ani kilograma. W górach to jest najważniejszy czynnik. Każdy dodatkowy gram jest ważny, widzę to po sobie, po moich wynikach. Jak jestem, mówiąc po kolarsku, wycieniowany, dużo lepiej mi się jeździ.

Bardzo proszę się wycieniować!

- To niestety nie jest takie proste. W moim wieku to długi proces. Nie można wszystkiego rzucić na jedną kartę. Ja lubię jazdę w górach, ale potrzebowałbym bardzo długiej pracy nad tym elementem, aby się znacząco poprawić. Może wszystko postawić na jedna kartę ktoś, kto myśli tylko o klasyfikacji generalnej. Ale nie ja - ja na razie zbieram doświadczenie ze wszystkich wyścigów. I cieszę się, że idę tą drogą.

Jak to możliwe, aby pojechać w takim tempie trzy klasyki w tydzień. Od razu powiedzmy, że padają ze strony czytelników pytania: a co to za problem, skoro w Tour de France jedzie się 19-20 dni?

- Inna jest intensywność.

Po prostu dwudziestu Fleche Wallonne dzień w dzień nie dałoby się przejechać...

- Dałoby się. Możemy jeździć właściwie w nieskończoność, tyle że będziemy to robić coraz wolniej.

Peleton ma do siebie szacunek. Klasyk czy etap w Tour de France to nie jest jazda na czas, ale wyścig ze startu wspólnego. Wszyscy wiedzą, gdzie są i na czym polegają kluczowe momenty wyścigu, gdzie się wyścig decyduje, i nikt nie jedzie z klapkami na oczach va banque od startu. Na trzytygodniowy wyścig trzeba zaoszczędzić siły i energię.

Pojedzie pan w tym roku w Tour de Pologne?

- Za wcześnie na deklaracje. Zadeklarowałem w zeszłym roku, że pojadę, i nie wyszło. Nie chciałbym zaprzepaścić drugiej części sezonu przez złą decyzję i nie chciałbym wystartować na pełnym zmęczeniu po Wielkiej Pętli w tygodniowym wyścigu. Mam nadzieje, że zmiany, jakie zrobiłem w przygotowaniach, pozwolą mi na zakończenie Tour de France w dobrej formie i pojechanie dookoła Polski. W tych zmianach najważniejsze, że nie pojadę w Tour de Romandie, przyczyny moich kłopotów w zeszłym roku. Musiałem się z niego wycofać, zaburzyło mi to przygotowania, bo szukałem świeżości, zabrakło mi treningu, aby być mocnym w trzecim tygodniu.

Polska bez złotego medalu w Rio? Holenderscy analitycy wyliczyli!

źródło: Okazje.info

Więcej o: