Kolarstwo. Fleche Wallonne: Kwiatkowski kontra supergóra Mur de Huy

Przed zwycięstwem w Amstel Gold Michał Kwiatkowski przeżywał trudne chwile na wzgórzu Cauberg, w środę na Fleche Walonne będzie jeszcze ciężej na osławionym Mur de Huy. Relacja na żywo z wyścigu Walońska Strzała w Sport.pl o godz. 14.15. Transmisja w Eurosporcie.

Te wzgórza są legendą kolarstwa. Oczywiście mają zupełnie inny charakter niż góry wielkich tourów - różne Galibiery, Madeleiny, Telegraphy w Alpach, Pirenejach, Dolomitach. Tu w Ardenach górki - wysokie czasem na 200 m n.p.m., czasem 500 - mordują w przewlekły sposób, kondensują zmęczenie w kolarzu i odbierają mu siły na koniec. Dzieje się to dzięki przemyślanym decyzjom organizatorów albo nawet pokoleń organizatorów. W 80-letnim wyścigu Fleche Wallonne na pierwszych 100 kilometrach jest spokojnie, tylko jedna premia górska, a na drugiej setce premii górskich jest 10, w tym trzykrotnie trzeba wciągnąć się na Mur de Huy.

Belgowie, bo teraz przejechaliśmy z Holandii do prawdziwego królestwa klasyków, są dumni ze swoich ścianek. Gdy w 2004 roku wyremontowano Mur de Grammont, brukowaną ściankę, legendę klasyka Tour de Flanders, wstęgę przecinał minister spraw wewnętrznych. Był obecny premier Guy Verhofstadt i prezes izby posłów Herman De Croo. Chodzi o wąską brukowaną uliczkę o długości kilometra i przewyższeniu niecałych 100 m. Tyle że faktycznie miejscami jest tam 20 procent nachylenia. Na szczycie jest kościół, więc podjazd nazywany jest Kaapelmuur, czasem naprawdę trzeba się tam pomodlić o przetrwanie.

Pewnie chodzi o kolarskie legendy, a może nie legendy, ale tylko wspomnienia kibiców, którzy dziesiątkami tysięcy obsiadają ulice, trawniki przy trasie czy stają przy barierkach i obserwują kolejne pętle. Tam, gdzie jest więcej miejsca, grillują, wszędzie piją piwo. Ktoś powiedział nawet, że Cauberg z trasy Amstel Gold - na dole jest mnóstwo knajpek - to jedyny podjazd w kolarstwie, gdzie startuje się z oparów piwa.

Potem się wspomina i pamięta. Bo pamięć kibice w Belgii mają dobrą. Piotr Wadecki opowiadał, że belgijscy kibice - którzy mogą się cieszyć największą liczbą mistrzów świata - lepiej pamiętali jego wyniki w niektórych wyścigach niż on sam. Wspomina się, jak Fabio Cancellara uciekł Tomowi Boonenowi na brukowanym Grammoncie w 2010 r.

Albo jak Kwiatkowski ledwo wytrzymał ostatni podjazd na Cauberg, jak krzywił się z wysiłku, gdy Michael Matthews i Greg van Avermaet oderwali się w przedwczesnym ataku. Ale że dociągnął do nich wraz z innymi, chowając się za plecy, a potem wystrzelił na ostatnich 300 metrach po zwycięstwo w tęczowej koszulce mistrza świata, jako czwarty taki kolarz po Eddym Merckxsie, Janie Raasie i Bernardzie Hinaultcie, i pierwszym od 1981 roku.

W środę we Fleche Wallonne będzie mu niestety trudniej. Nie będzie kilometrowego wypłaszczenia. Będzie na koniec trzeci raz Mur de Huy, szczęście, że przynajmniej nie jest to drożyna brukowana. Też niewiele ponad 1000 metrów, przewyższenie 121 metrów. Niby nic, trzy minuty jazdy. Ale jest tam na przykład zakręt, gdzie podjazd ma przez chwilę 26 procent nachylenia. Znów niby to tylko kilkanaście metrów. Ale jak się ma w nogach 200 kilometrów i 10 takich podjazdów na maksa, nogi się robią z waty, a ręce ze spaghetti wcale nie al dente. - Nigdy nie czułem w jednej chwili tyle bólu i tyle euforii - mówił zwycięzca z 2009 roku Mario Aerts.

Mur de Huy jest we Fleche Wallonne od ponad 30 lat, ale to, co nas interesuje, działo się rok temu. W środkowej części Mur de Huy Kwiatkowski zaatakował. Oderwał się od grupy na pięć, dziesięć metrów. Ale był to atak za wczesny. Był to atak, który dał późniejsze zwycięstwo Alejandro Valverde.

Górka jest trudniejsza niż Cauberg, ale dzięki Caubergowi i dzięki próbie sprzed roku Kwiatkowski wie, jak pokonać Mur de Huy i jednocześnie innych kolarzy.

Środa to nie koniec. W niedzielę będzie najważniejszy wyścig spośród tych trzech ardeńskich klasyków, należący do wąskiej, prestiżowej grupy Pomników - ponad 120-letni Liege-Bastogne-Liege. Kiedyś, kiedy górnicy jechali do fabryk na rowerach, i w pierwszych latach wyścigu, trasa była płaska. Teraz na pierwszych 167 kilometrach jest spokojnie, wzgórza wyższe niż w Amstel Gold i Fleche Wallonne, ale łagodniejsze. Tylko dwie górskie premie. A na ostatnich 100 kilometrach jest ich osiem, zgodnie z zasadą kumulacji zmęczenia. Jeszcze 24 lata temu finiszowano w Liege, na płaskim. Potem - zgodnie z tą sama zasadą - pociągnięto trasę w górki. I Cote de St Nicholas - 11 procent - jest na koniec. Na koniec ardeńskich klasyków.

Amstel Gold Race na zdjęciach, czyli piękne krajobrazy i niesamowity finisz Kwiatkowskiego

Więcej o: