Kolarstwo. Przemysław Niemiec: Giro na szóstkę

?Myślę, że to największe osiągnięcie w mojej karierze. Trochę w życiu już wygrałem, ale trudno porównywać zwycięstwo w wyścigu 1. kategorii i 6. miejsce w Giro d'Italia? - pisze na swoim blogu Przemysław Niemiec, kolarz Lampre-Merida, po uzyskaniu najlepszego wyniku w historii polskiego kolarstwa w Giro d'Italia.

Czytaj cały wpis na blogu przemyslawniemiec.blogspot.com

Niemiec pisze na blogu, że znów jest we Włoszech, ale tym razem na urlopie z rodziną. Wspomina, etap po etapie, końcowe odcinki Giro. Najtrudniejszy był według niego przedostatni etap z ostrym podjazdem w zimowej scenerii.

"Nie życzę nikomu takiej jazdy. Przez ostatnie 50 km kręciliśmy na dużych wysokościach, temperatura ledwo przekraczała 0 st. C. Końcowe kilometry to był dramat. Przyszła taka śnieżyca, że niewiele było widać. Ostatni podjazd miał 3,5 km, od razu poszło na nim bardzo mocne tempo. Byłem dość zmarznięty i trochę mnie przytkało, ale sprężyłem się i zacząłem odrabiać stratę. Został też Evans, więc starałem się pomóc Scarponiemu, jak najwięcej nadrobić do niego. Meta była jednak o kilometr za wcześnie, żeby mieć szansę wepchnąć Scarpę na 3. miejsce. Ja nie utrzymałem swojej 5. pozycji, ale Betancur zasłużył na nią. Był niesamowicie mocny. Trzeba przyznać, że Kolumbijczycy robią w peletonie furorę. Swoje trenować muszą, ale formę na wysokościach szlifują od urodzenia. Z którym z nich by nie porozmawiać, mówi, że mieszka na 1800 m, 2000 m, 2200 czy 2300 m" - opisuje polski kolarz.

Niemiec podsumowuje też cały wyścig.

"Trasa w tym roku była ciężka, a przez pogodę była ciężka podwójnie, ale na Giro nie można się spodziewać niczego łatwego. Szczególnie wyścig sprzed dwóch lat dał mi w kość. Grossglockner, Zoncolan i Gardeccia w ciągu trzech dni mogą zapaść w pamięci na dłużej. Organizatorzy chcieli wtedy zrobić show i zrobili. Tym razem nie przedobrzyli. Dwa lata temu wszystko było w porządku aż do pewnego momentu, gdy dopadła mnie choroba, w zeszłym roku męczyłem się przez całe Giro. Tym razem sam siebie zaskoczyłem. Nie spodziewałem się, że przetrzymam trzy tygodnie w takiej formie, bez żadnego poważnego kryzysu. Przy takiej pogodzie trzeba było szanować zdrowie, lekkie przeziębienie było, ale udało mi się przejechać te wszystkie kilometry bez większych szkód" - pisze na blogu.

Kolarz grupy Lampre-Merida podkreśla, że szóste miejsce to jego życiowy sukces.

"Myślę, że to największe osiągnięcie w mojej karierze. Trochę w życiu już wygrałem, ale trudno porównywać zwycięstwo w wyścigu 1. kategorii i 6. miejsce w Giro d'Italia. Przed wyścigiem raczej nikt, łącznie ze mną, nie typował, że ukończę go na tak wysokiej pozycji. Wiedziałem, w jakiej roli jadę na Giro, choć nie była ona aż tak rygorystyczna. Jestem w ekipie postrzegany i traktowany inaczej niż kiedyś. Nie znaczy to, że wcześniej byłem traktowany źle, po prostu miałem inne zadania. Teraz na wyścigu staram się skupiać na swoim wyniku, jeśli mam pomagać, to w kryzysowych sytuacjach. W peletonie podczas Giro byłem postrzegany mniej jako pomocnik Scarponiego, bardziej jako wicekapitan Lampre-Merida. Trochę już jeżdżę i inni wiedzą, na co mnie stać, tym razem odebrałem sporo gratulacji od kolarzy z innych ekip. Moja grupa też z szacunkiem podchodzi do tego wyniku. Scarpa również usłyszał wiele ciepłych słów, nasz duet się sprawdził, trochę punktów do rankingu zdobyliśmy. Michele czuł początkowo niedosyt, ale przyjął to już na klatę. Po raz trzeci został czwartym kolarzem Giro. Wiadomo, że 4. miejsce to nie podium, ale wdrapać się na niego na Giro to nie lada sztuka" - podsumowuje.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live na iOS i na Androida

Więcej o: