Kolarstwo. Vai Sylwia! Forza Kapusta!

- Kiedy na podjeździe na Mortirolo zobaczyłam swoje nazwisko wypisane dużymi literami, byłam w szoku - mówi Sylwia Kapusta-Szydłak, która w kobiecym Giro d'Italia zajęła świetne ósme miejsce,
Wynik 28-letniej rzeszowianki jest znaczącym osiągnięciem, bo wyścig zwany u pań także Giro Donne jest odpowiednikiem męskiego Tour de France. Kapusta-Szydłak jechała w nim po raz drugi, ale rok temu imprezy nie ukończyła.

Łukasz Cegliński: Wydawało się, że w Polsce wśród pań na dobrym poziomie ścigają się na rowerach tylko Maja Włoszczowska, Anna Szafraniec i ich koleżanki z górskiej grupy CCC Polkowice, a tymczasem w najważniejszym wyścigu sezonu na świecie błyszczy pani. Skąd wzięła się Sylwia Kapusta- Szydłak?

Sylwia Kapusta - Szydłak: Poważne starty zaczęłam dopiero rok temu, kiedy podpisałam kontrakt z zagraniczną grupą zawodową - pierwszy sezon był trudny, ale w obecnym mogłam się skupić, oddać pracy i ścigać z czołówką. W Polsce mi tego brakowało, bo nie ma tu grupy zawodowej, ani wyjazdów czy zgrupowań kadry.

Jak udało się pani podpisać zawodowy kontrakt?

- Na początku 2010 roku powiedziałam sobie, że chcę się dalej rozwijać, ścigać z najlepszymi i zobaczyć, dokąd dojdę. Rozesłałam maile ze swoim CV do wielu zagranicznych grup i okazało się, że litewska grupa startująca we Włoszech jest mną zainteresowana.

Czym ich pani zaintrygowała?

- Tym, że oprócz CV napisałam parę słów od siebie. Że dobrze jeżdżę po górach, że się rozwijam i wierzę w to, że jeśli ktoś da mi szansę, znacznie podniosę swój poziom. Spektakularnymi wynikami nie mogłam się pochwalić, ale miałam kilka występów w wyścigach drugiej kategorii we Francji, kiedy zajmowałam miejsca w czołówce górskich etapów i byłam w miarę wysoko w klasyfikacji generalnej. Dyrektor sportowy, który podpisał ze mną kontrakt, powiedział, że to zdecydowało.

Ale to w kolarstwie górskim osiągnęła pani pierwszy sukces, czyli brązowy medal mistrzostw Polski w 2004 roku, za Włoszczowską i Szafraniec.

- To było spore osiągnięcie, bo wcześniej ścigałam się bez licencji, amatorsko. W sierpniu wstąpiłam do Resovii, klubu z mojego miasta, pod skrzydła Eugeniusza Korbeckiego, a we wrześniu zdobyłam brąz na mistrzostwach Polski. Nikt mnie nie znał, sprawiłam wielką niespodziankę.

Dlaczego nie trafiła pani do grupy górskiej, w której były inne medalistki?

- Bo ekipa była skompletowana z zawodniczek już doświadczonych, choć młodszych ode mnie. One ścigały się od młodziczek i miały wyniki, a ja, choć miałam 22 lata, w gruncie rzeczy byłam początkująca. Nie dostałam propozycji wejścia do ekipy trenera Andrzeja Piątka i musiałam rozwijać się na własną rękę i przy pomocy Resovii oraz sponsora SZiK z Tyczyna.

Dlaczego wybrała pani szosę, a nie góry?

- W 2006 roku trenowałam w Resovii z nieco młodszymi chłopakami, a potem, tym razem jako nieznana zawodniczka w środowisko szosowym, w swoich pierwszych górskich mistrzostwach Polski na szosie niespodziewanie "wykręciłam" medal. Trener mi wtedy powiedział, że może powinnam spróbować ścigać się na szosie, bo tu noga mi dobrze "kręci" i jest większa możliwość przebicia się. W 2007 roku powstały w Polsce dwie grupy zawodowe, a w kolejnym sezonie zaliczyłam wreszcie solidne przygotowania i starty w niezłych wyścigach. To jednak był jedyny taki rok, bo sponsor się wycofał. W 2009 roku wróciłam do kolarstwa górskiego, bo szosowych wyścigów w Polsce jest tylko kilka, są one krótkie, a na dodatek wszystkie mają płaskie trasy, co mi zupełnie nie odpowiada. Aż w 2010 roku postawiłam wszystko na jedną kartę...

Teraz startuje pani w całej Europie, ale na mistrzostwach Polski pani nie było.

- Nie przyjechałam, bo impreza wypadała akurat między ciężkimi etapowymi wyścigami w Hiszpanii i we Włoszech, a ja chciałam całkowicie oddać się przygotowaniom do Giro i podleczyć urazy.

Mistrzostwa Polski na szosie zdominowały góralki - wygrałaby pani z nimi?

- Trudno powiedzieć, bo trasa była płaska. Na dodatek, jeśli dziewczyny z ekipy górskiej jadą w piątkę zespołowo, to w pojedynkę trudno je pokonać. Czułam się silna i w formie, ale nie chciałam tracić czasu na podróże.

Przebiła się za to pani w Giro d'Italia.

- Każda poważna grupa i wszystkie najlepsze kolarki przygotowują się co roku właśnie na Giro, który jest najważniejszą imprezą sezonu. Debiutowałam w nim rok temu, ale już na drugim etapie się wywróciłam i ostatecznie go nie ukończyłam.

Jaka była pani pozycja w zespole przed tegorocznym startem?

- Nie byłam przewidziana do roli liderki - z trzech góralek w ośmioosobowym składzie wyżej oceniano szanse Rosjanki i Francuzki, ale pierwsza czuła się przed wyścigiem źle, a ja już na drugim etapie zajęłam wysokie trzecie miejsce. Było widać, że "noga mi podaje", i zespół postawił na mnie. Na siódmym etapie przeszarżowałam jednak na jednym ze zjazdów, wywróciłam się, straciłam kilka minut, a potem nie byłam już jechać na maksimum możliwości.

Czy to bardzo dobre ósme miejsce to dla pani zaskoczenie, czy też spodziewała się pani takiego wyniku?

- Jestem miło zaskoczona, oceniam to jako świetny wynik. Nie spodziewałam się, że będę w dziesiątce, chciałam po prostu pokazać się na jednym etapie i przyjechać w czołówce. Przed Giro miałam świadomość, że zrobiłam ogromny krok do przodu, ale wiedziałam też, że konkurencja na świecie jest silna, a ja na poważnie startuję dopiero drugi sezon. Z wyniku jestem zadowolona ja, dyrektor, trener, cała grupa - większość spodziewała się, że mogę być w dwudziestce, ale nie w dziesiątce.

Dobry występ przełożył się na propozycje z lepszych grup?

- Kilka ofert się pojawiło, moja obecna grupa też chce przedłużyć kontrakt. Z odpowiedzią na razie się wstrzymuję, niektóre oferty są lepsze m.in. finansowo, ale pochodzą spoza Włoch, a ja polubiłam ten kraj i lubię tu mieszkać.

A Włosi lubią panią - nie dość, że chwaliły panią gazety, to jeszcze wspierali kibice.

- Kiedy na podjeździe na Mortirolo zobaczyłam swoje nazwisko wypisane dużymi literami, zrobiło mi się bardzo miło, byłam w szoku. Kibice krzyczeli mi: "Vai, vai Sylwia! Forza Kapusta!", wspierali mnie także na płaskich etapach, chcieli sobie robić ze mną zdjęcia. Nie spodziewałam się takiego przyjęcia.

Z racji osiągnięć Włoszczowskiej i koleżanek w Polsce jest przekonanie, że w kobiecym kolarstwie wyścigi górskie znaczą więcej niż szosowe. Jak jest na świecie?

- Z mojego punktu widzenia zdecydowanie bardziej popularne jest kolarstwo szosowe. O tym się mówi i pisze w prasie i w internecie. W Polsce tak nie jest, bo nie ma wyników i grup zawodowych, więc powstaje błędne koło. W kolarstwie górskim jest jedna ekipa z ogromnymi pieniędzmi, dobrym zapleczem i świetnymi zawodniczkami. W drużynie CCC jest wszystko, nic tylko trenować i robić wyniki. Przy dobrej organizacji można góry przenosić. Myślę, że gdybym została w Polsce, to mimo wszystko jeździłabym po górach. Większość dziewczyn ścigających się na szosie zdecydowanie się marnuje, bo jeśli coś się nie zmieni, to nie mają szans na rozwój.

Z jazdy w zawodowej grupie kobiecej da się wyżyć?

- Da się. Nie można tego porównywać z mężczyznami, ale pamiętając to, co trzy lata temu było w polskiej grupie zawodowej, we Włoszech mam o wiele lepiej.