Giro d'Italia. Wadecki: Zdarzyło się coś, co nie powinno się zdarzyć

- Kolarze są zszywani, ich kości są składane nieraz wiele razy, często łamią obojczyki, nasza skóra jest oszlifowana przez asfalt. To jeden ze sportów z górnej granicy ryzyka - mówi Piotr Wadecki, były kolarz, a obecnie dyrektor grupy CCC Polsat Polkowice. W poniedziałek 26-letni Wouter Weylandt miał śmiertelny wypadek na trasie Giro d'Italia.
Weylandt upadł na zjeździe na trasie trzeciego etapu Giro d'Italia. Przy prędkości 70-80 km kilka razy uderzył głową o asfalt. Mimo reanimacji zmarł. Wczoraj kolarze uczcili pamięć Belga, nie ścigali się, przejechali etap powoli.

Olgierd Kwiatkowski: Czy kolarstwo jest bardziej niebezpiecznym sportem niż na przykład Formuła 1, czy rajdy samochodowe. Wypadków śmiertelnych jest więcej na trasach kolarskich.

Piotr Wadecki: Każdego roku dochodzi do wielu upadków. Kolarze są zszywani, ich kości są składane nieraz wiele razy, często łamią obojczyki, nasza skóra jest oszlifowana przez asfalt. To jeden ze sportów z górnej granicy ryzyka. Ale paradoksalnie, i mówi to wielu z nas, tam gdzie jest bardzo niebezpiecznie, dochodzi do niewielu wypadków. Poważne skutki niosą za sobą upadki przy małych prędkościach, kiedy kolarz jest rozluźniony, peleton jedzie spokojnie. Przypomnę śmierć Kiwiliewa podczas wyścigu Paryż - Nicea. Jechał najwyżej 30 km na godzinie, droga była prosta. Upadł jednak tak nieszczęśliwie, że na drugi dzień zmarł. Inna sprawa, że wtedy nie było obowiązkowej jazdy w kaskach.

Poniedziałkowy wypadek miał miejsce na prostym odcinku, ale przy dużej prędkości.

- Może Weylandt wyciągał akurat bidon, może zahaczył o kogoś, o coś. Był sprinterem, każdy sprinter jeździ dobrze technicznie.

W 2002 r. uległ pan groźnemu upadkowi na trasie Tirreno - Adiratico. Wtedy wiadomo było, kto zawinił?

- To był wypadek na finiszu. Prawdopodobnie któryś z kibiców wysunął się za barierkę. Jeden z nas go zahaczył i potem wszystko się posypało. Ja odniosłem największe obrażenia. Szybko zostałem przetransportowany helikopterem do szpitala. Byłem nieprzytomny dwa dni. Przeszedłem trepanacji czaszki. Po kilku miesiącach wsiadłem na rower.

Ten wypadek zostawił trwałe ślady w pana psychice?

- Jesteśmy przyzwyczajeni do upadków. Najgorsze, że uderzyłem głową o asfalt. Mimo że miałem kask, do tej pory mam bliznę na czole. Ale nie bałem się potem ścigać. Największy problem miała rodzina, gdy dowiedziała się z mediów, że mój stan jest krytyczny.

Sylwester Szmyd powiedział, że organizatorzy rzucają kolarzy na pożarcie, specjalnie utrudniają trasy.

- Sylwek wraca do wyścigu z ubiegłego roku, w którym były odcinki szutrowe, dużo błota. Nie wiem, czy ten zjazd był aż tak bardzo niebezpieczny. Lekarz był od razu, Belga reanimowano. Upadł tak pechowo, że chyba to była śmierć na miejscu.

Jeżeli to sport, w którym traci się zdrowie i życie, to za kolarzy musi się płacić ogromne składki ubezpieczeniowe?

- W grupach UCI Pro Tour odgórnie przydziela firmę i rodzaj ubezpieczenia. W CCC każdy kolarzy jest ubezpieczony na milion 250 tys. euro. Składki są bardzo wysokie, ale wszystko pokrywa grupa.

Giro jest kontynuowane. Niektórych to może szokować.

- To są bardzo trudne decyzje dla organizatora, dla drużyny. Kolarz chciałby, żeby koledzy pojechali, uczcili jego pamięć. Wszyscy go teraz wspominają.

Specjalny dział Sport.pl - wszystko o kolarstwie ?