Sport.pl

85 km na godzinę. Jak zginął Wouter Weylandt w Giro d'Italia

Belgijski kolarz Wouter Weylandt zginął na trasie trzeciego etapu Giro d'Italia na zjeździe z przełęczy Passo del Bocco. - Organizatorzy idą na całość. Czasem mam wrażenie, że nie jesteśmy ludźmi, a zwierzyną, która w spektakularny sposób ma dotrzeć do mety - denerwuje się polski uczestnik wyścigu Sylwester Szmyd
- O śmierci Weylandta dowiedziałem się od żony, która przysłała mi SMS-a. Belg jechał w grupce, do której traciłem kilkanaście sekund, zobaczyłem go kilkanaście sekund po wypadku. Leżał na środku drogi w kałuży krwi. Ten widok kazał mi się spodziewać najgorszego - opowiada "Gazecie" Szmyd, kolarz grupy Liquigas. - Trasa etapu była bardzo kręta, z wieloma niebezpiecznymi zjazdami. W sumie około 70 zakrętów, ale akurat w miejscu wypadku była najdłuższa, półkilometrowa, szeroka prosta. Nie wiem, co mogło być przyczyną tej tragedii. Czy zachwiało Belgiem tak, że otarł się o skałę i runął na jezdnię, czy może zahaczył o któregoś z rywali, czy może na szosie był kamień, który podbił koło i zrzucił mu ręce z kierownicy. Przy prędkości ponad 80 km/h wszystko jest możliwe, upadek może spowodować błaha z pozoru rzecz - dodaje.

Według agencji AFP Belg zahaczył pedałem o mur przylegający do drogi, jadąc 85 km na godzinę. Spadł z roweru i stracił przytomność, koziołkował przez około 20 metrów. Lekarze, którzy byli przy nim niemal natychmiast, musieli rozcinać kask, by zacząć reanimację. Ponad godzinę czekali na helikopter - w trudnym terenie nie mógł wylądować.

Szmyd twierdzi, że wypadek Belga wydarzył się na prostej drodze i najpewniej był zbiegiem nieszczęśliwych okoliczności, ale nie ukrywa, że najwyższy czas rozpocząć dyskusję o bezpieczeństwie kolarzy. - Wiem, że to nasz zawód, że jest obarczony ryzykiem, ale szczególnie w Giro organizatorzy idą na całość. Zjazdy na kolejnych etapach tegorocznego wyścigu prowadzą po szutrach nad przepaściami, w ogóle nie ma na nich barierek. Czasem mam wrażenie, że w oczach ludzi układających trasę nie jesteśmy ludźmi, a zwierzyną, która w spektakularny sposób ma dotrzeć do mety. Oby tylko lała się krew. Kiedy 220 ludzi pędzi około 90 km/h, wszyscy balansujemy na granicy wielkiego ryzyka. Nawet nie chcę myśleć, co byłoby na finiszach tak trudnych odcinków podczas deszczu - kończy Szmyd.

Weylandt miał 26 lat. W ubiegłym roku wygrał trzeci etap Giro, a trzy lata temu etap Vuelty. Przez cztery lata jeździł w drużynie Quick Step, w tym roku zadebiutował w drużynie Leopard, której gwiazdami są bracia Andy i Franck Schleckowie oraz Fabian Cancellara. Szwajcarowi pomagał w wiosennych klasykach. Miał groźny upadek podczas Grand Prix de l'Escaut, ale szybko się pozbierał i wrócił na Paris-Roubaix.

Po zakończeniu poniedziałkowego etapu, który wygrał Hiszpan Ángel Vicioso, organizatorzy zrezygnowali z tradycyjnej ceremonii wręczania koszulek. Menedżer grupy Leopard Brian Nygaard napisał na Twitterze, że grupa nie zdecydowała jeszcze, czy będzie kontynuować wyścig.

Kolarskie tragedie

2005 - Alessio Galletti (Włochy). Ofiara zawału serca na 15 km przed metą w Subida Naranco.

2003 - Andriej Kiwiliew (Kazachstan). Upadek podczas wyścigu Paryż - Nicea. Kolarz zmarł następnego dnia w szpitalu.

1999 - Manuel Sanroma (Hiszpania). Śmiertelny upadek podczas etapu wyścigu Dookoła Katalonii.

1995 - Fabio Casartelli (Włochy). Mistrz olimpijski z Barcelony uderzył głową w słupek podczas zjazdu z Portet d'Aspet w wyścigu Tour de France. Zmarł kilka godzin po wypadku

1986 - Emilio Ravasio (Włochy). Wypadek podczas pierwszego etapu Giro, zmarł dwa tygodnie później. To do poniedziałku ostatni śmiertelny wypadek w czasie Giro.

Coś takiego nie powinno się zdarzyć - kolarze o śmierci Weylandta »