Lech Piasecki: Kogel-mogel i fru na rower

Dla niego wiosną 1985 roku wyludniały się ulice, w piaskownicach na kapslowych torach najczęściej padało jego nazwisko. Lech Piasecki, jeden z kolarzy wszech czasów, opowiada, czemu tak rzadko wsiada teraz na rower i dlaczego podoba mu się akcja ?Polska na rowery?
Przemysław Iwańczyk: Zacznę od fundamentalnego pytania - jak to się u pana zaczęło?

Lech Piasecki: Banalnie. Mieszkaliśmy w małej miejscowości Lipiany między Gorzowem a Szczecinem. Przejeżdżał tamtędy Wyścig Pokoju, ojciec zabierał nas, chłopaków, na górkę za miasto. Ponieważ trasę blokowano dość wcześnie, po kilka godzin czekaliśmy tam na przejazd peletonu. No i kiedy już dojechali, słyszeliśmy ten specyficzny szum kilkuset gum, przerzutek, łańcuchów. Tak mi się spodobało, że zachciało mi się być kolarzem.

Miał pan chęci i co dalej?

- Znalazłem najbliższy klub, były to Orlęta Myślibórz. Pojechałem do trenera, zapisał mnie na zajęcia, miałem wtedy niespełna 14 lat.

Dość późno, jak na zawodowca, którym pan później został.

- Aż tak źle nie było, co ma powiedzieć Ryszard Szurkowski, który prawdziwe ściganie rozpoczynał w wieku 21 lat (śmiech)? Przez pół roku jeździłem w młodzikach, w premierowym wyścigu byłem piąty lub szósty. Tylko dlatego, że nie miałem jeszcze doświadczenia i złapała mnie kolka. A później już wygrywałem wszystko lub prawie wszystko. Pierwszy raz stanąłem na podium Memoriału Zygmunta Weissa, dziennikarza, który zajmował się kolarstwem. Do dziś mam puchar, który dostałem w nagrodę. Trzymam go, bo raz, że pierwszy, dwa - wygrałem z konkurentami, którzy byli obyci w takich zawodach.

I wtedy pan pomyślał: będę kolarzem, o którym usłyszy świat?

- O tym pomyślałem trochę później już jako junior. Do tego czasu chciałem wygrywać każdy kolejny wyścig. Do tego stopnia, że w kalendarzyku, jaki prowadzi każdy kolarz, już dzień przed zawodami wpisywałem "zwycięstwo", dodając do tego szczegóły. Na drugi dzień wstawałem i musiałem wygrać, żeby nie kreślić dzienniczka. No bo inaczej byłby przecież wstyd. Można powiedzieć, że sukcesy przepowiadałem sobie sam, była to taka automotywacja.

Traktował pan rower na luzie, czerpał pan z talentu czy jednak przykładał się do tego, np. narzucając sobie reżim dietetyczny?

- Te wszystkie reżimy wymyślono całkiem niedawno, my jeździliśmy na bigosie oraz jajecznicy i dawaliśmy radę. Gdyby teraz zaserwować któremuś z zawodowców takie menu, chyba umarłby na wyścigu. Musieliśmy jeść, co było pod ręką, dopiero później zaczęli przyglądać się nam lekarze, zalecali, co jeść, czego unikać. Ich rady były czasem dość kontrowersyjne. Np. przed startem etapu Wyścigu Pokoju masażysta ucierał jaja i każdy musiał zjeść kogel-mogel. Całą szklankę! Nie widzę obecnych gwiazd kolarstwa, które kręcą mocno przez cały etap na takim paliwie...

Zmierzam do tego, że w kolarstwie najważniejsza jest psychika. U mnie to 60 proc. sukcesu, dopiero dalej talent i przygotowanie, przecież sama chęć wygrywania nie wystarczy.

Wygrywając w 1985 roku Wyścig Pokoju, zdawał pan sobie sprawę, że to dla pana wyludniają się ulice, chłopaki grają w kapsle, wykrzykując pana nazwisko, że jest pan narodowym bohaterem?

- Odczułem to dopiero później, już po zwycięstwie. Nawet treningu nie mogłem wtedy zrealizować, bo drogę zajeżdżały mi autokary, wysiadali z niego fani, otaczali mnie i żądali autografu. Czasami było to uciążliwe, ale w ogólnym rozrachunku dość miłe. Dzięki temu miałem w życiu swoje pięć minut.

Czym jest dla pana rower?

- Daje wolność, radość, pozwala nie tylko się przemieścić, ale i uciec od codzienności. Zakładam, że jest ładna pogoda, wiatr owiewa twarz, po takiej przejażdżce człowiek jest naładowany jak nie wiem. Rower to lekarstwo, ilekroć wsiadam przeziębiony, jadę, wracam, biorę prysznic i jestem jak nowo narodzony. Mówię poważnie, to naprawdę działa.

Tyle że mało kto chce to sprawdzać - każdego roku w Polsce jest coraz mniej kolarzy.

- Świat się zmienia, niestety. Młodym ludziom wysilać się nie chce, nie widzą w tym interesu, a kolarstwo to trudny, ciężki sport wymagający poświęceń. A i szansy młodym nikt dać nie chce, bo ja znalazłem klub nieopodal mojego miasteczka bez problemów, teraz nie jest to już takie łatwe. Sieć LZS-ów, która dawała kolarstwu masę talentów, przestała istnieć.

O tym mówiło już wielu, zbyt dużo atrakcji młodzież ma teraz pod ręką, by zadawać sobie trud jazdy na rowerze. No ale skoro można przenieść się do wirtualnego świata i kliknięciem myszki wygrywać wyścig kolarski, to wybierają łatwiejszą drogę.

Jak w takim razie taki mistrz jak pan zachęci młodzież, by wsiadła na rower?

- Znam wiele osób, także dorosłych, które rzadko wsiadały na rower. Gdzieś go jednak w piwnicy miały, wydobyły po latach i znów się zakochały. Wystarczyła jedna przejażdżka, przyszedł zachwyt, zaraziły się na dobre. Świetną drogą do pokochania roweru jest maraton rowerowy, choćby jeden z tych, jakie organizujemy z Czesławem Langiem. Na dowolnym dystansie wśród zawodowców, półzawodowców lub zwyczajnych amatorów można spróbować powalczyć, choć na chwilę poczuć się kolarzem, uzyskać wolność, jakiej nie daje żaden inny sport. Kto ma ambitniejsze plany, może nawet dotknąć zawodowstwa, startując w amatorskim etapie Tour de Pologne, oglądając z bliska największe gwiazdy kolarstwa.

O akcji "Polska na rowery" pan słyszał?

- Oczywiście. Podobają mi się takie akcje, jak już mówiłem, sam organizuję wyścigi dla każdego, bo przez nie zaraża się najwięcej ludzi. Wystarczy rower, jakikolwiek, i kask. O to w tym wszystkim chodzi. Jeśli czas mi pozwoli, będę na finale waszej akcji w Kielcach.

Muszę się do czegoś przyznać - mam mnóstwo zajęć, trudno mi znaleźć czas, by wsiąść na rower, poza małą przejażdżką nie zacząłem jeszcze sezonu rowerowego. Ciągle tylko samochód, samochód, ale uwielbiam wsiąść na rower, pojechać gdzieś z synem i opowiadać mu o kolarstwie, o tym, jak to kiedyś sam robiłem. Warto też edukować młodych, jak jeździć bezpiecznie, że trzeba zakładać kask. Zachęcam wszystkich, to naprawdę fajne, każdy rodzic tak może.

Lech Piasecki

Ma 50 lat, jest mistrzem świata amatorów i torowym mistrzem świata zawodowców, zwycięzcą Wyścigu Pokoju w 1985 roku, dzięki czemu został najlepszym polskim sportowcem. Wygrał pięć etapów w Giro d'Italia, był również liderem Tour de France.

Polska na rowery ?