Tour de France. Nowy lider wygwizdany, koniec Entente cordiale

Alberto Contador przejął od Andy'ego Schlecka żółtą koszulkę lidera. Są wątpliwości, czy zrobił to honorowo. "Entente cordiale (serdeczne przymierze), które panowało między Schleckiem i Contadorem, w brutalny sposób zakończyło się na Port de Bales" - pisze komentator francuskiego "L'Equipe". Kolejny etap Tour de France już we wtorek - na relację na żywo zapraszamy do Sport.pl od godziny 12.
- Ja w ten sposób nie wykorzystałbym tej sytuacji. Ci ludzie na pewno nie zasłużyli dziś na nagrodę fair play - mówił na mecie Schleck.

- Kiedy zaatakowałem, nie widziałem, że on ma problemy mechaniczne. Usłyszałem o tym później. Miałem już przewagę - tłumaczył się Contador.

Hiszpan odrobił w poniedziałek 31-sekundową stratę do Luksemburczyka i zyskał przy tym 8 s. Jest liderem, pierwszy raz w tegorocznym Tourze. Gdyby nie pech rywala, do zmiany miejsc w ścisłej czołówce pewnie by nie doszło, możliwe nawet, że to Schleck powiększyłby przewagę.

Właśnie on rozpoczął kluczowy atak na etapie. Cztery kilometry przed szczytem Port de Bales śmiało i pewnie wyskoczył z grupki czołowych kolarzy zupełnie niezauważony przez Contadora. Akcja mogła się powieść. Schleck ruszył do przodu z przyśpieszeniem bolidu Formuły 1, pognał za nim tylko Aleksander Winokurow, kolega z drużyny hiszpańskiego kolarza. - Czułem się bardzo dobrze - mówił dotychczasowy lider.

Ale zawiódł jego rower. Z zębatki spadł łańcuch. Schleck musiał się zatrzymać. Sam poprawił zepsuty mechanizm, a w tym czasie Contador i cała czołówka wyścigu była już daleko przed nim. Na premii górskiej różnica między dwójką prowadzących wynosiła 27 sekund, świetnie zjeżdżający Hiszpan w drodze do mety w ekskluzywnej pirenejskiej miejscowości Bagneres-de-Luchon dołożył jeszcze 12. Etap wygrał - już drugi raz z rzędu - francuski kolarz, mistrz kraju Thomas Voeckler.

Postawa Contadora nie spodobała się kibicom. Podczas dekoracji, kiedy zakładał żółtą koszulkę, został wygwizdany. - Te gwizdy nie są normalne, to wstyd - powiedział były francuski kolarz Laurent Jalabert.

Dyrektor sportowy grupy Saxo Bank, w której jeździ Schleck, całe wydarzenie przyjął ze spokojem, wstrzymał się z komentarzem na temat postawy rywala swojego kolarza. - Nie mogę tego oceniać, takie są po prostu okoliczności wyścigu. To był zwykły pech. Oczywiście nie jest fajnie stracić w ten sposób koszulkę lidera, to smutne, nic się jednak nie skończyło - mówił Bjarne Riis.

Francuscy komentatorzy porównywali to wydarzenie z sytuacją na drugim etapie. Wtedy - w okolicy belgijskiego Spa - kiedy co chwila dochodziło do kraks, w których jak muchy padali wielcy wyścigu, wszyscy na siebie czekali. W poniedziałek po defekcie Schlecka jechali w najlepsze.

- Naprawdę nie miało to porównania z tym, co się stało w Spa. Tak się zdarza. Są ludzie, którzy to zrozumieją, a inni nie - tłumaczył się Contador na konferencji prasowej. - Powtarzam, atakowałem, kiedy mu się to przydarzyło. Zresztą sądzę, że to nie te 30 sekund zdecyduje o zwycięstwie w Tourze.

Po tych wydarzeniach można liczyć, że między Hiszpanem i Luksemburczykiem nie będzie już walki na niby, jak w niedzielę, kiedy obaj wzajemnie się szachowali. "Entente cordiale (serdeczne przymierze), które panowało między Schleckiem i Contadorem, w brutalny sposób zakończyło się na Port de Bales" - pisze komentator francuskiego "L'Equipe". Pokonany Schleck jest żądny rewanżu. - Ta sytuacja tylko mnie zmobilizuje w następnych dniach - zapowiada.