Giro d'Italia. Rafał Majka: dobrze, że dojechałem do mety

:
-
- Tak ciężkiego dnia nie pamiętam. Myślałem, że strzelę już na pierwszym podjeździe. Z przodu liderzy, a mnie tam nie było - mówił Sport.pl wykończony Rafał Majka w Andalo. Szaleńczy etap wygrał Alejandro Valverde, Polak był dziewiąty i spadł na szóste miejsce w Giro d'Italia
Po dwóch koszmarnie ciężkich dniach weekendu Majka mówił w hotelu grupy Tinkoff niedaleko Ortisei, że będzie musiał podjąć ryzyko i zaatakować. Ale jeszcze nie we wtorek. On nie przepada za jazdą na maksa po dniu przerwy, wygrywał etapy w Tour de France na drugi dzień po przerwie, nigdy następnego dnia po labie. Musi się rozkręcić. I to, jak się okazało było kluczowe zdanie we wczorajszym wywiadzie dla "Wyborczej". Bo inni wcale nie zamierzali się powoli rozkręcać w krótkim, 132-kilometrowym wyścigu. Przez pierwszą godzinę przejechali - uwaga! - 54 km.

- Musi zaatakować Vincenzo Nibali [Astana] i Alejandro Valverde [Movistar], im nie wystarczy to, co mają. Chcą wygrać. A ja mogę na tym skorzystać - przewidywał Polak.

I tradycyjnie nie padło tu nazwisko Rosjanina Inura Zakarina (Katiusza), a właśnie on - po chaotycznych, prowadzonych z furią atakach z grupy - pierwszy uderzył mocno na pierwszym podjeździe i rozwalił system. Bo potem swoje dołożyli Valverde i Nibali, załapał się w ucieczkę mocarzy mocarz największy tego wyścigu - lider Steven Kruijswijk (Lotto-Jumbo). A Majka został z tyłu, podobnie jak wicelider po niedzielnej czasówce, Kolumbijczyk Esteban Chaves (Orica-GreenEdge). - Taki był gaz po dniu przerwy... - Majka kręcił z niedowierzaniem głową. - A ja czułem się naprawdę źle, męczyłem się. Myślałem, że strzelę [czyli przestanę walczyć po kolarsku] już wtedy, na pierwszym podjeździe. Tak ciężkiego dnia nie pamiętam - mówił Majka niemal szeptem, gdy tylko zszedł z rolek, na których odparowywał po harówce i schładzał się.

Majka nie zareagował wtedy, a potem szybko się okazało, że nie ma wokół siebie partnerów z grupy, którzy mogliby zaharować się na śmierć, aby dogonić dla niego uciekinierów. Wszyscy poszkodowani ich akcją - Majka, Chaves, Rigoberto Uran (Cannondale), Domenico Pozzovivo (AG2R) - ruszyli do walki na ostatnim podjeździe, do Andalo.

Okazało się, że atak dał efekt. To znaczy połowiczny, ale jednak. Ponieważ Nibali - jak już to ma w zwyczaju w tegorocznym Giro - zaatakował na wyrost, Polak z innymi rywalami go dopadł i zostawił za sobą. Ale na najmocniejszych w Giro - Kruijswijka, Valverde i Zakarina - zabrakło sił. - Trzymałem się jakoś po dopadnięciu Nibalego, nawet dawałem zmiany Chavesowi, choć naprawdę nie mogłem oddychać - mówił Majka.

Chodziło już mu tylko o to, aby straty były jak najmniejsze. Puścił koło po kolejnym ataku Chavesa i innego głodnego kolarza, byłego lidera młodego Boba Jungelsa (Etixx-QuickStep).

- Czasem są takie dni, że chciałbyś jechać, ale nie możesz. Ja chciałem pojechać, ale nogi mi się rozjechały. Nic nie poradzę, potracili też inni, jak Nibali. Straciłem 50 sekund i uważam, że nie jest wcale tak źle. Dobrze, że w ogóle dojechałem do mety - powiedział Majka.

Teraz dwa dni, w których teoretycznie powinno być łatwiej. Płasko. Ale w tym wyścigu nie ma dni łatwych i Majka już to doskonale wie. A potem następują dwa ciężkie etapy - do Risoul, gdzie kiedyś wygrał jadąc w Tour de France, i w sobotę do Sant'Ana di Vinadio. - Nic się jeszcze nie skończyło - powiedział Majka wchodząc z kolegami z zespołu do hotelowej windy.

Lewandowski po strzeleniu czterech goli Realowi: Szkoda, że nie było piątej [CYTATY Z "NIENASYCONEGO"]


Czy Majka będzie w pierwszej piątce wyścigu?