Na Giro d'Italia na razie rozpoznanie walką

Było też naprężanie mięśni i próba ustalenia, kto w tym stadzie może być dominującym samcem. Dziś test znacznie bardziej drastyczny.
Wczoraj miała być chwila na odsapnięcie dla faworytów klasyfikacji generalnej, ale akurat ostatnie 15 km było nerwowe dla Rafała Majki (Tinkoff). Rower Polaka miał defekt, do pomocy zostali Rosjanie Jewgienij Pietrow i Iwan Rowny. Dogonili grupę i razem skończyli 5. etap z Praia a Mare do Beneventu (233 km). Etap dla sprinterów z inklinacją do automasakry, bo z ostatnim kilometrem po kostce, pod górę. Wygrał nadzwyczaj łatwo Andre Greipel (Lotto-Soudal), zwany Gorillą. Majka był 21.

Liderem pozostaje Tom Dumoulin (Giant-Alpecin). Majka jest na 13. miejscu ze stratą 45 s do Holendra, 19 s do Vincenzo Nibalego (Astana), 18 s do Alejandro Valverde (Movistar), 10 s do Ilnura Zakarina (Katiusza), 5 s do Rigoberto Urana (Connondale) oraz z przewagą 2 s nad Mikelem Landą (Sky). To kolarze uważani za kandydatów do zwycięstwa w Giro.

W peletonie wciąż głośno o wtorkowym etapie. Z pozoru nie był najtrudniejszy, okazał się w końcówce chaotyczny i miał bardzo trudny moment, który dał do myślenia.

Kto śledzi kolarstwo, ten wie, że ostatnie kilometry trochę przypominały pierwszy klasyk sezonu z najważniejszej kategorii "pomników", czyli Mediolan - San Remo. Też dość ostry, ale krótki podjazd kilka kilometrów przed metą, a potem w dół wzdłuż wybrzeża i na sam koniec płasko w nadmorskim kurorcie. Zwykle taki podjazd jak w Poggio jest doskonałym miejscem do ataku, choć ostatnio trudno uciekinierom o sukces i w San Remo wygrywają na ogół sprinterzy. Po prostu są oni coraz bardziej wytrzymali i górki nie odsiewają ich z peletonu tak jak góry. Ale jak się uda oderwać od grupy na podjeździe, pozostaje utrzymać dystans na zjazdach - w San Remo nie powiodło się Michałowi Kwiatkowskiemu, który zdecydował się na akcję na Poggio. A we wtorek w Giro Włoch Diego Ulissi (Lampre-Merida) zaatakował na Fortino, ostatnim podjeździe, a potem wygrał etap - po raz piąty w karierze.

Jednak w takich wyścigach jak Giro ataki odbywają się nie tylko na czele. Odbywają się one też ciut dalej od czoła, gdzie trwają rozgrywki między największymi kandydatami do ostatecznego zwycięstwa w Turynie, czyli kolarzami mniej zainteresowanymi sukcesem etapowym.

Gdy Giuseppe Martinelli, dyrektor zespołu Astana, a co za tym idzie - lider grupy Nibalego, zauważył, że brakuje w czołówce jego głównego rywala, kazał docisnąć tempo. Wyglądało to tak, jakby dyrektor Martinelli w samochodzie oglądał na Eurosport Playerze relację z etapu, bowiem kiedy komentatorzy - zawsze są to fachowcy - w kilku transmisjach i językach niemal jednocześnie zauważyli brak Landy (można sprawdzić na powtórkach, np. na stronie Steephill.tv), wystrzelił Jacob Fulgsang, domestique Nibalego. A za nim sam Lo Squalo, Rekin z Messyny, zwycięzca Giro sprzed trzech lat.

- Powiedzieli mi chłopcy z Astany, że brakuje Landy, ale sam tego nie zauważyłem - powiedział trzeci z największych faworytów bukmacherów Valverde, uczestnik 19. wielkiego touru w karierze, ale pierwszego Giro. Pognał z kolegami Nibalego, nie zważając, że próbuje pognębić rodaka Landę.

Landa dogonił na zjazdach grupkę i na metę wpadł razem z innymi, w tym z Majką zaliczanym do nieśmiałych kandydatów do podium, takich z drugiego szeregu.

A co działo się z Polakiem, trzecim na ubiegłorocznej Vuelcie Espana, gdy kłopoty przeżywał Landa?

Jego również nie było z przodu, kiedy zaatakował Fulgsang. Jechał około 150 metrów z tyłu, gdy rozwinęła się dynamiczna akcja Astany. Blisko czołówki był kolega Polaka z zespołu, Australijczyk Jay McCarthy. I to on na szczycie obejrzał się i został, aby wraz z innymi partnerami z grupy Tinkoff pomóc Majce dołączyć do peletoniku faworytów.

Czy z tego można coś wywnioskować o formie Polaka?

Szef sportowy Tinkoff na Giro Tristan Hoffman powiedział, że Majka nie miał żadnych problemów z dotrzymaniem tempa czołówce. Powtórzył też słowa kolarza, że czuje się dobrze. W piątkowym wywiadzie dla "Wyborczej" sam Majka mówił, że pierwsze dni wyścigu będą dla niego trudne, bo musi się rozkręcić. Sugerował, że mierzy z formą w trzeci tydzień rywalizacji, w najcięższe etapy Giro d'Italia. Poza tym zupełnie inaczej radzą sobie ze stromymi górkami kolarze wyspecjalizowani w długich alpejskich podjazdach, tacy jak on. To całkowicie inne kolarstwo, są to fachowcy zupełnie inaczej nazywani w tradycyjnej terminologii kolarskiej tworzącej się przez ostatnie 120 lat we Francji - grimpeurs, czyli górale, i puncheurs, które to słowo nie ma odpowiednika w językach polskim i angielskim. Rzadkie są przypadki łączenia talentu, ale jeśli już, to Valverde jest doskonałym przykładem, a Nibali nie gorszym. Więc właściwie utrzymanie się w szarżującej grupie bez żadnej straty do faworytów można uznać za sukces Polaka. I tak to zostało przedstawione przez zespół Tinkoff. O tym, co się działo, mówi tylko - ale między słowami - tytuł tekstu na stronie grupy: "Mocny wspólny wysiłek zespołu pomógł Majce awansować".

Na bardziej drastyczny test, a właściwie może już nie test, ale pierwsze ustawienie faworytów w klasyfikacji generalnej, czas przychodzi właśnie dziś. Meta po 157 km na szczycie w Roccaraso (1572 m n.p.m., premia górska 2. kategorii, a więc nie supertrudna) w Apeninach Środkowych. f

Transmisja w Eurosporcie