Giro d'Italia. Czekając na wybuch pomarańczowej rewolucji

Tego Giro jeszcze nie podbili, ale grupa CCC Sprandi Polkowice jest coraz bliżej kolarskiej elity. - Pokazujemy się na etapach, zbieramy doświadczenie, nawet jeśli w tym roku nie wygramy etapu, walczymy dalej - mówi dyrektor sportowy Piotr Wadecki.
Mają budżet 4 mln euro, w tym roku wygrali etap w Volta a Catalunya i kilka innych w mniej znaczących wyścigach. Na razie jednak tym, co sprawia, że wyglądają na zawodową grupę z prawdziwego zdarzenia, jest ich autobus. Wielki, pomarańczowy, wart 600 tys. euro, z lotniczymi siedzeniami. - Każdy z dziewięciu kolarzy ma swój fotel, jest też miejsce na odnowę biologiczną, lodówki, prysznice, cztery telewizory, pralkę i suszarkę. Kolarze, wracając po wyścigu do hotelu, odbierają już wysuszone stroje - opowiadał nam Wadecki podczas dnia przerwy w wyścigu.

Autobus widać z daleka, bo jest najwyższy i najdłuższy w peletonie - ma aż 15,5 m. Ten bus pokazuje jak daleko sięgają ambicje Dariusza Miłka, prężnego biznesmena, piątego na liście najbogatszych Polaków (majątek 3,86 mld dol.). Miłek, były kolarz, pasjonat sportu, właściciel sieci sklepów z butami, mierzy w sam szczyt. - Za dwa-trzy lata chciałby, żeby CCC przeniosło się do elity, czyli do World Touru, i z Polakiem w roli lidera walczyło w największych wyścigach świata - opowiadał Wadecki. Miłek w kolarstwo inwestuje już ponad 15 lat, ale tak blisko szczytu nie był nigdy.

Tegoroczne Giro to pierwszy wielki wyścig od 12 lat, w którym z dziką kartą startuje polska grupa - w 2003 r. też było to CCC. I pierwszy tak poważny test dla kolarzy Miłka.

Liderem został Sylwester Szmyd, 38-letni weteran, który przejechał w karierze 22 największe wyścigi, w tym 11 razy Giro. Szmyd latami był pomocnikiem w zachodnich grupach, pomógł wygrać Giro Ivanowi Basso i Damiano Cunego, w Movistarze jeździł z Alejandro Valverde. W CCC po raz pierwszy ma wolną rękę. - Odpowiedzialność jest większa, czuję, że koledzy na mnie patrzą, oczekują walki. Kiedy byłem pomocnikiem, robiłem swoje i odpadałem 20 km przed metą - mówił "Wyborczej" Szmyd, który po dwóch tygodniach zajmuje 57. miejsce ze stratą ponad półtorej godziny do Alberto Contadora.

Szmyd na miesiąc przed wyścigiem przyjechał do Włoch i robił rekonesans najważniejszych górskich etapów. - Myślałem wtedy, że będę walczył o dziesiątkę, ale upadłem na drugim etapie. Kibic wjechał rowerem na drogę i padliśmy jak klocki domina. Straciłem kilka minut, a po upadku zawsze mam parę dni sztywne uda, noga nie kręciła, łapały skurcze, po kilku dniach miałem 25 min w plecy. Odpuściłem generalkę, teraz próbuję walczyć na etapach w górach. W niedzielę się nie udało, ale będzie jeszcze kilka szans - dodał Szmyd.

We wtorek aż pięć górskich premii, w tym słynne Mortirolo i Aprica. - Niby krótszy podjazd, ale liczy się kumulacja przewyższenia, to będzie najtrudniejszy etap Giro - powiedział Szmyd.

- Apetyty były większe, ale jestem zadowolony. Nasi kolarze pokazują się w ucieczkach, widać ich w telewizji - dodaje Wadecki. - Szefowie wyścigu powiedzieli, że nie spodziewali się takiego debiutu, myśleli, iż po 14 dniach połowa chłopaków będzie już w domu. A my walczymy, mimo że dla większości chłopaków to pierwszy taki wyścig - zakończył Wadecki.

Prezes Miłek ponoć z występu swojej pomarańczowej brygady też jest zadowolony. We wtorek lub środę ma dołączyć do drużyny. Być może jego obecność dodatkowo zmobilizuje kolarzy do walki.

To system sprawdzony dobrze w oddalonym o 20 km Pinzolo, gdzie w hotelu odwiedziliśmy grupę Tinkoff-Saxo. Właściciel Oleg Tinkow, rosyjski miliarder, jest przy drużynie cały czas. - Nie jeździ na treningi jak w poprzednich latach, bo właśnie przeszedł operację kolana, ale wszystkiego dogląda. Z Miłkiem mają wiele cech wspólnych, obaj są pasjonatami, wizjonerami - opowiadał nam Arkadiusz Wojtas, polski masażysta z Tinkoff-Saxo.

Tam autobus mają nieco krótszy, ale wszystko inne jest na kosmicznym poziomie. W sumie na Giro przyjechało 35 osób z obsługi i własna kuchnia na kołach, która przez cały wyścig dostarcza jedzenie dla kolarzy. Na samą energię idzie dziennie 600 euro. - Było piwo i pizza, wieczór przed dniem wolnym to jedyny moment, gdy zawodnicy mogą napić się nieco alkoholu - powiedziała Hannah Grant, duńska szefowa kuchni, która codziennie szykuje po pięć dań do wyboru na lunch i kolacje. Co najbardziej lubi jeść Rafał Majka? - Nie wolno mi mówić o upodobaniach zawodników - odparła Grant.

Bardziej rozmowny był Contador, który zapytany przez nas o polskiego kolegę, odparł: - Rafał to kolarz o niezwykłej sile. Na początku sezonu byliśmy na zgrupowaniu na Teneryfie i bardzo dobrze nam się pracowało. Wierzę w niego i jestem pewien, że na Tour de France będziemy obaj mieli powody do zadowolenia.

Zadowolony jest też cały region Trentino, który gościł ostatnie etapy. Szefowie lokalnego biura odpowiedzialnego za promocję opowiadali, że etap Giro ściągnął w dolinę kilkanaście tysięcy kibiców. W telewizji kilka milionów oglądało niedzielny etap, co ma się przełożyć na większy ruch turystyczny. - W Madonnie specjalnie wymieniliśmy asfalt, żeby żaden kolarz nie mógł przypadkiem ponarzekać w telewizji na jakość drogi - powiedział Maurizio Rossini, szef marketingu Trentino. Zimą najwięcej turystów z zagranicy dociera tam z Niemiec, ale numer dwa to Polacy. - Dlatego najbardziej żałujemy, że w Madonnie nie wygrał Polak, to dopiero byłaby reklama! - śmiali się Włosi. Relacje w Eurosporcie.

Najwięcej warci reklamowo sportowcy świata - na szczycie megazaskoczenie! [LISTA]