Giro d'Italia. "El Pistolero" rozpoczął odstrzał rywali

Hiszpański mistrz Alberto Contador na trasie jazdy indywidualnej na czas dystansuje rywali i odzyskuje prowadzenie w Giro d'Italia.
W kolarstwie przedstartowe typowania mają to do siebie, że zaraz po starcie wyścigu zwykle biorą w łeb. Niby wiedzą o tym wszyscy, ale i tak dominuje układanie według klucza idealnego, wybieranie do czołowych pozycji zawodników najlepszych "na papierze". Trzy tygodnie ścigania to jednak nie pestka i zwykle sporo przedstartowych pewniaków do mety w ogóle nie dojeżdża, nie trafia z formą albo w skutek innych, jeszcze mniej spodziewanych okoliczności, nie zajmuje takiego miejsca, na jakie liczyła.

Tegoroczne Giro d'Italia miało czterech faworytów - Alberto Contadora, Fabio Aru, Rigoberto Urana i Richiego Porte'a. Po 14 dniach wyścig wciąż ma przed sobą decydującą fazę i najtrudniejsze górskie odcinki, a ilością zwrotów akcji mógłby podzielić się z kilkoma innymi dużymi imprezami.

Contador tylko w ostatnich 10 dniach zdążył dwa razy wybić bark i dwukrotnie poczuć na skórze włoski asfalt, mimo tych przygód broniąc koszulki lidera przed zakusami młodego Fabio Aru. Koszulkę stracił wprawdzie wczoraj, ale w wyniku kraksy i było pewne, że młody Włoch róż przejął jedynie na jeden dzień.

24-letni Sardyńczyk zdążył kilkanaście razy zaatakować i mocno nadwyrężyć siły swoich pomocników, nie odnosząc jednak spektakularnych sukcesów, przeciwnie, w ostatnich dniach sprawiając wrażenie nieco zmęczonego, a dziś na czasówce notując straty.

Porte z kolei za pan brat jest już z pojęciem notorycznego pecha - tylko na dwóch płaskich etapach zdążył stracić 5 minut i mocno się poobijać, a na sobotnim odcinku, którego był faworytem, zaliczyć występ znacznie poniżej swoich możliwości.

Rigoberto Urana zdążono trzy razy spisać na straty, spisałem go i ja, po tym jak Kolumbijczyk w skutek zapalenia oskrzeli nie dawał rady na podjazdach, a ostatnio wyłożył się na torze samochodowym w końcówce 11. etapu. 28-latek po słabszym pierwszym tygodniu przesuwa się do góry i obecnie jest czwartym zawodnikiem wyścigu, choć jego gwiazda nie błyszczy jak w poprzednich sezonach.

Chłodny cyngiel

Sobotnia jazda indywidualna na czas miała ustawić klasyfikację generalną i jej trasa stała się areną poważnych przetasowań. 59,4 kilometra to dystans najdłuższy w ostatnich latach, najdłuższy w trzytygodniowym wyścigu od 2009 roku. 30 kilometrów po płaskim, a potem drugie tyle na dwóch podjazdach, a jakby tego było mało, padający rzęsiście deszcz i kręcący faworytom przed nosem wiatr dodatkowo utrudniły rywalizację.

W tej niesprzyjającej aurze, na trudnej trasie niektórym startującym zamókł proch, niektórym nie odpaliły silniki. Niektórym, ale nie Alberto Contadorowi. "El Pistolero" zachował chłodną głowę i mimo wiejącego w pierwszej części trasy przedniego wiatru, zmienionej przez kontuzję aerodynamicznej pozycji i lejącego deszczu przemknął przez trudną trasę niczym pospieszny dyliżans przez prerię. Pierwsze strzały oddał jeszcze przed półmetkiem - Hiszpan jechał najszybciej z faworytów, po drodze połykając startującego trzy minuty wcześniej Mikela Landę (Astana).

Podjazdy w drugiej części odcinka nie pomogły Aru, który wyglądał słabiej z kilometra na kilometr. Contador opróżniał magazynek i nadrabiał, jadąc jak za najlepszych lat, jak w Annecy w 2009 roku, gdy na czasówce podczas Tour de France pokonał samego Fabiana Cancellarę i wygrał cały wyścig.

Na mecie Hiszpan zapisał czwarty czas i o dwie minuty i 47 sekund wyprzedził potwornie zmęczonego Aru, w klasyfikacji generalnej wysuwając się na prowadzenie z przewagą 2 minut i 28 sekund.

Wstrząśnięci, ale nie zmieszani

Klasyfikacja generalna została mocno wstrząśnięta, ale na czele powrócił porządek. Nikt nie oczekiwał, że Aru zyska na czasówce, strata blisko trzech minut do Contadora na 60 kilometrach to bolesna, acz smutna i oczekiwana rzeczywistość, której w trudnych warunkach nie zdołały zmienić nawet żmudne treningi w tunelu aerodynamicznym, w którym Włoch spędził część zimy.

Contador ma przed sobą najtrudniejszą część wyścigu i blisko dwie i pół minuty zapasu nad Aru, a do tego osobiste wyzwanie - wygranie etapu. Hiszpan nie będzie chciał po raz drugi triumfować w Giro bez etapowego skalpu i choć mógłby skupić się na pilnowaniu rywali, to z pewnością zobaczymy go w ataku - "El Pistolero" pasywnie nie jeździ i jak wyjaśnia jego kolega Michael Rogers - gdy czuje się dobrze, po prostu atakuje.

Contador musi pamiętać jednak o celu sezonu - wygranej zarówno w Giro, jak i w lipcowym Tour de France. Etapowy triumf i utrzymanie prowadzenia to jedno, ale oszczędzanie sił i niezajechanie organizmu to drugie, równie ważne. Jeśli nie ważniejsze. W pojedynku z Aru Hiszpan ma sporo atutów - jest bardziej doświadczony, świetnie przygotowany, potrafi dynamicznie zareagować, a także niespodziewanie skontrować. Biorąc pod uwagę, że wściekle atakujący Aru nie był jak dotąd w stanie urwać z koła jadącego z wybitym barkiem kolarza Tinkoff-Saxo, Włochowi w bezpośrednim pojedynku ciężko przyjdzie wykrzesać z siebie coś jeszcze.

Niespodzianką po czasówce jest z pewnością obecność na trzecim miejscu generalki Kostarykańczyka Andrey'a Amadora. Kolarz Movistaru dotychczas umiejętności jazdy w górach i walki z czasem z sukcesami prezentował na trasach wyścigów tygodniowych, a tegoroczne Giro to jego pierwsza tak duża impreza, w której jedzie na swoje konto. I pierwsza, w której sprawdzi swój organizm w starciu z tuzami peletonu.

Zagadki u Amadora, bez rewelacji za to u Rigoberto Urana. Kolarz Etixx-Quick Step wprawdzie podskoczył w klasyfikacji generalnej, ale 2:45 straty na etapie jazdy na czas to nie jego marzenie. W górach jego forma to niewiadoma - ciężko określić, jak wielki wpływ ma upadek na wcześniejszych etapach i dające się we znaki zapalenie oskrzeli, z którym zmagał się w pierwszym tygodniu.

Odrodzenie przeżywa za to Jurgen van den Broeck, którego po niepowodzeniach we Francji, belgijska ekipa Lotto Soudal odesłała na front włoski. 32-latek pozbierał się fizycznie (po licznych kontuzjach), ale także psychicznie, bo z etapu na etapu wygląda coraz lepiej. Dziś skończył z szóstym czasem - wynik jak na niego fantastyczny, dający mu obecnie piątą pozycję. Biorąc pod uwagę, że to góry są tradycyjnie jego najmocniejszą stroną, Belg może z optymizmem spoglądać na trzeci tydzień.

Roszady za to w brytyjskiej ekipie Sky. W obliczu kryzysu poobijanego Richiego Porte'a rolę lidera przejął Czech Leopold König. 27-latek w dwóch poprzednich latach udowodnił, że trzytygodniowe wyścigi to coś, co lubi - 9. miejsce w Vuelta a Espana 2013 i 7. w Tour de France 2014 to "papiery" na jak najlepszy wynik w Italii. Obecnie zajmujący 10. miejsce czeski góral pukał będzie do czołowej piątki, gdyż znajdujący się przed nim kolarze tacy jak Dario Cataldo i Mikel Landa (Astana) czy Roman Kreuziger (Tinkoff-Saxo) pracowali będą na odpowiednio Aru i Contadora i ponieść powinni większe straty.

Drugi tydzień zmagań dobiega końca - w niedzielę wyścig wjeżdża w Dolomity, a w końcówce potwornie ciężkie Passo Daone i finisz na Madonna di Campiglio, gdzie niegdyś wygrywał Marco Pantani. W poniedziałek za to zasłużony dzień przerwy, po którym do pokonania zostaną jeszcze trzy górskie etapy zakończone wspinaczką.