Kolarstwo. Ciężkie upadki w Giro d'Italia

Domenico Pozzovivo, jeden z faworytów Giro d'Italia, w szpitalu, Maciejowi Paterskiemu i trzem innym uciekinierom zabrakło pięciu kilometrów do finiszu przed peletonem.
Przed trzecim etapem z Rapallo do Sestri Levante sporo mówiło się o niebezpiecznym 500-metrowym tunelu, którego wielkie okna na morze dawały światło, ale były w nim też odcinki niemal całkiem zaciemnione. Ponieważ po wyjeździe z niego do mety pozostaje tylko kilometr, w peletonie trwa walka o pozycję, właśnie to miejsce miało być najbardziej ryzykownym odcinkiem etapu dla sprinterów. Nie było.

30 km przed metą na zjeździe w Barbagelata (115 m npm), Pozzovivo (AG2R La Mondiale), dwukrotny uczestnik Tour de Pologne, piąty w poprzedniej edycji Giro d'Italia upadł głową naprzód i uderzył w asfalt. Leżał nieruchomo, aż został zabrany na noszach, w kołnierzu ochraniającym kręgosłup, i odwieziony do szpitala. Na Twitterze zespół Włocha napisał, że kolarz jest "przytomny i świadomy", a pozostałe zespoły wpisywały się z wyrazami wsparcia dla zawodnika, który był wymieniany obok Alberto Contadora (Tinkoff-Saxo), Richiego Porte (Sky), Fabio Aru (Astana) jako faworyt 98. edycji wyścigu. Od razu kibicom przypomniał się śmiertelny wypadek Belga Woutera Weylandta w 2011 roku, również na 3. etapie, z Rapallo, również na zjeździe.

W tym roku Pozzovivo leżał też dzień wcześniej, gdy 10 km przed metą - żadna barierka nie oddzielała trasy od zwykłego ruchu ulicznego - peleton wbił się w rowerzystę amatora, jakiegoś szaleńca, który wyobraził sobie, że może się ścigać z zawodowcami. Pozzovivo zaraz za metą zapowiadał walkę o odzyskanie straconego czasu. Wtedy wraz z nim i kilkudziesięcioma innymi leżał Sylwester Szmyd, nominalny lider grupy CCC Sprandi, pierwszego polskiego zespołu w Giro od 12 lat. 37-letni Szmyd doznał głębokiego rozcięcia ramienia. Dojechał - tak jak Pozzovivo i około 30 innych - ze startą 1,09 do zwycięzcy Elii Vivianiego (Sky). Za metą trzeba było założyć mu pięć szwów. Prawdopodobnie właśnie to spowodowało, że w poniedziałek przeżywał bardzo trudne chwile. Na mecie w Sestri Levante miał ponad 8 min straty.

W chwili gdy Pozzovivo rozbił się w Barbagelata, Maciej Paterski (CCC Sprandi) uciekał najpierw w dużej grupie, potem w mniejszej. Wraz z kolegą z zespołu Branislauem Samoilauem, który dzień wcześniej holował Szmyda po kraksie, nadawali tempo. Na 10 km przed metą Paterski był w czwórce kolarzy, którzy pędzili do mety z nadzieją, że peleton ich nie dogoni. Tak właśnie wygląda plan grupy CCC Sprandi na Giro - próbować ucieczek, być aktywnymi. W niedzielę uciekał debiutant w Wielkim Tourze Łukasz Owsian - nie udało się, został złapany na 10 km przed metą, już w Genui. Ucieczkę Paterskiego peleton złapał na 5 km do mety.

W zespole właśnie na niego liczą w etapach takich poniedziałkowy, jest najbardziej predystynowany do ostrego jeżdżenia, bo w tym roku było go widać w końcówce ważnych klasyków: Milan-San Remo - następnego dnia po blisko 300-kilometrowym klasyku wygrał etap w tygodniówce Volta Ciclista a Catalunya! - i Amstel Gold.

Jak się okazało z tunelu, tego, który miał być zmorą, peleton wyjechał w całości. Sprint w Sestri Levante wygrał lider Giro Australijczyk Michael Matthews (Orica GreenEdge) i umocnił się na czele klasyfikacji. Umocnił względem rywali z innych zespołów, bo po pierwszym etapie, drużynowej jeździe na czas, tuż za nim są rodacy i koledzy z drużyny Simon Clarke (uczestnik poniedziałkowej ucieczki, to jego peleton złapał jako ostatniego), Simon Gerrans, oraz Kolumbijczyk Esteban Chavez.