Kolarstwo. Tu jest Belgia. Tu się żyje na rowerze

Najsłynniejsze klasyki, największa miłość do kolarstwa, najwięcej mistrzów świata i zwycięzców jednodniówek. I najostrzejsi dopingowicze z ?belgijskiego kociołka?, najzmyślniejsi soigneurzy, czyli opiekunowie, którzy zrobią wszystko dla swojego kolarza i zabiorą ze sobą jego tajemnice na zawsze. Czyli kolarska Belgia. Relacja na żywo z wyścigu Walońska Strzała w Sport.pl o godz. 14.15. Transmisja w Eurosporcie.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas



W 2010 roku Szwajcar Fabian Cancellara wygrał Tour de Flandres, supertrudny wyścig. Była to wspaniała akcja, godna wielkiego kolarza. Na Mur de Grammont zaczął wjeżdżać z Tomem Boonenem, ale w pewnym momencie po prostu przyspieszył i w kilka sekund zdobył olbrzymią przewagę. Przy kościele na szczycie była już kilkudziesięciometrowa. Następnego dnia we Flandrii powstawały kluby kibica Szwajcara, liczba członków stowarzyszeń szła w tysiące, była kilkakrotnie większa niż w podobnych klubach w Szwajcarii. Wkrótce potem wyszła biografia Cancellary. Większą sprzedaż miała we Flandrii niż w ojczyźnie kolarza. Tak właśnie wygląda to w Belgii.

Belgijskie pięć Pomników

Tylko trzech kolarzy wygrało wszystkie pięć Pomników, czyli najsłynniejszych wyścigów jednodniowych - Milan - San Remo, Tour de Flandres, Paryż - Roubaix, Liege - Bastogne - Liege i Il Lombardię. Wszyscy trzej są Belgami, przy czym tylko Eddy Merckx, Kanibal, zwyciężył w każdym co najmniej dwukrotnie. Belgowie wygrali największą liczbę tych Pomników - o 64 więcej niż następna nacja. Gdyby policzyć wszystkie wyścigi - z dokładnością do tych najmniejszych, dookoła miasteczek, byłoby ich z pewnością najwięcej właśnie tutaj.

O ile ostatnie dwa lata nie są łaskawe dla Belgów w kolarstwie - żaden nie wygrał Pomnika od Toma Boonena w Paryż-Roubaix w 2012 r., ludzie się, broń Boże, od kolarzy nie odwracają.

Wszystko bierze się prawdopodobnie z kultury, z historii i z życia małych, lokalnych społeczności - te związki są najsilniejsze. W niedzielę przy okazji targów organizowano wyścigi kolarskie, bo ludzie chcieli się ścigać, bo z rowerem byli mocno zżyci, jeżdżąc do roboty, do fabryki, do kopalni. Wyścigi zaczynały się na rynkach, kółko za miastem, powrót na rynek i znów. Pięć, sześć kółek po 10-12 km, kibice to sąsiedzi.

To nie tylko sprawa przełomu wieków XIX i XX, kiedy powstawały pierwsze klasyki, bo przecież ten rodzaj związków ciągnie się aż do dziś. I dziś przecież ludzie jeżdżą tu czasem do pracy na rowerze, choć częściej po to, aby się zrelaksować. Jeden ze zwycięzców Paryż-Roubaix, Belg Dirk Demol wspominał, że wziął się za kolarstwo, aby uciec z zakładu budowlanego, w którym pracował ojciec, gdzie rodzina już go przypisała, gdy miał 14 lat. Bo musiał pomagać w utrzymaniu pięciorga rodzeństwa. I uciec od nudy. A rodzina nie chciała się na to zgodzić. Musiał w sekrecie uprawiać sport, a potem zapewniać, że nic mu się nie stanie. To nie jest wzruszająca historia z czasów rewolucji przemysłowej - Demol był pierwszy na mecie welodromu w Roubaix w 1988 r.

Wyścigi organizowały gazety, aby zdobyć czytelników, bo wszyscy wokoło byli żywotnie zainteresowani kolarstwem. Środowy Fleche Wallonne też zorganizowała lokalna gazeta, i najstarszy klasyk Liege-Bastogne-Liege również. Jest tego mnóstwo, bo przecież belgijskie Pomniki, ardeńskie klasyki to wierzchołek góry - są przecież mniejsze, Scheldeprijs, Gent-Vevelgem, Trzy dni De Panne, Omloop Het Nieuwsblad, Kuurne-Brussels-Kuurne, Brabantse Pijl. W części z nich startują też amatorzy. Są i jeszcze mniejsze, rozrzucone po całym kraju, czasem dwa, trzy tego samego dnia w promieniu kilku kilometrów. A we wrześniu jest de Gordel, rodzinna impreza, głównie kolarska, we Flandrii, w której bierze udział często 100 tysięcy ludzi, którzy jazdą na rowerach chcą potwierdzić, że są Flamandami i że wioski wokół Brukseli powinny pozostać flamandzkie.

Kociołek Belgijski

Miłość jest czasem zdradliwa, jest też czasem tak silna, że przysłania świat. Kociołek Belgijski to mieszanka heroiny, kokainy, kortykoidów, amfetaminy, może morfiny i diabli wiedzą jeszcze czego, która pomagała kolarzom znieść wysiłek jeszcze w późnych latach 90. Philippe Gaumont - zwycięzca Gent-Vevelgem w 1997 roku, który w wieku 40 lat zmarł z przyczyn, które można łączyć z dopingiem - w swoich pamiętnikach "Więzień dopingu" pisał, że starzy kolarze mówili mu, że Pot Belge najlepiej stosować w przygotowaniach do sezonu, jako, powiedzmy, wyzwalacz formy.

Pamiętajmy - początek wojny z dopingiem to afera Festiny w 1998 roku, która zaczęła się od zatrzymania belgijskiego lekarza Erika Rijkaerta, belgijskiego masażysty Willi Voeta. Tu powstała funkcja soigneur, czyli opiekuna, mówi się nawet belgijski soigneur. Voet, soigneur od lat 60., Jef d'Hont - soigneur od 20. roku życia, czyli od 1962 roku - to byli ludzie, którzy stali za dopingiem Festiny, Telekomu. Johann Bruyneel? Czy bez niego Lance Armstrong byłby największym oszustem sportowego świata?

Żaden inny kraj nie był tak ściśle związany z dopingiem jak Belgia.

Ale to wszystko stanie się nieważne, jeśli Philippe Gilbert, Walończyk, ostatni, który wygrał trzy ardeńskie klasyki w jednym sezonie, wygra w środę w Strzale Walońskiej.

Czy surferki są najpiękniejszymi sportsmenkami na świecie? [ZDJĘCIA]