Kolarstwo. Kwiatkowski ciągnie za sobą tłumy. Nadchodzi kwiatkomania?

Na wykładach dla studentów opowiada o kolarstwie z wnikliwością naukowca. Internautom pytającym o toasty wznoszone na mecie szampanem żartobliwie odpisuje: "A od kiedy Polak pije takie słabe trunki?". Michał Kwiatkowski ciągnie za sobą tłumy.
Kolarska akademia mistrza świata w Toruniu - Copernicus, ku chwale Mikołaja Kopernika - działa ledwie od roku. Jeden sezon wystarczył, by stała się popularna. Szkoła opiekuje się ponad setką kolarskich talentów w wieku od sześciu do 15 lat, chętnych jest dużo więcej niż miejsc. W założeniach miała być szkołą dla młodzieży z regionu, ale już działa jak ośrodek centralny, do którego zgłaszają się kolarze z całej Polski.

Kwiatkowski nie chce na przedsięwzięciu zarabiać. Rodzice dzieci płacą symboliczne 25 zł miesięcznie, resztą dają sponsorzy i sam kolarz.

Akademia, która zmienia obraz polskiego kolarstwa, jest schowana za szkolnymi budynkami na ul. Targowej w Toruniu. Tuż obok - szkoła mistrzostwa sportowego i tartanowe boisko; częściej zajmowane przez 30- i 40-latków grających w koszykówkę niż młodzież. Copernicusa trudno byłoby znaleźć, gdyby nie widoczne z daleka niebieskie logo, które jest w akademii wszechobecne. Budynek - zwykły betonowy klocek od lat wykorzystywany przez sportowców innych dyscyplin - przechodzi właśnie remont.

Klubowy gabinet to kilka metrów kwadratowych, dwa nie pierwszej młodości fotele, biurko niczym z sali nauczycielskiej i kilka plakatów na ścianach. Minimum treści. - Nie jesteśmy tu od tego, żeby siedzieć na kanapie - mówi Marcin Mientki, prawa ręka Kwiatkowskiego w Copernicusie.

Koszula sygnowana logo modnego producenta, idealne kanty - bardziej wygląda na biznesmena niż trenera kolarstwa. Kwiatkowski ma podobny image. Kiedy spotyka się z najmłodszymi, rzadko jest w kolarskim stroju. Obowiązuje styl elegancko-sportowy: marynarki, modne koszule, dobre markowe okulary przeciwsłoneczne. Tylko na otwarciu akademii - prezentację zorganizowano przed rokiem w popularnej restauracji - był w bluzie sportowej i z medalem na szyi.

W skromnym gabinecie Copernicusa pieniędzy nie widać. W salach treningowych - już tak. Rok po otwarciu kolarska akademia Kwiatkowskiego oferuje warunki, o jakich większość klubów może marzyć. Rowery szosowe zawieszone na precyzyjnie zamontowanych hakach. Ściany pomalowane w barwach akademii. Trzy koszulki zawodowych grup kolarskich wiszą na ścianie za szybą niczym relikwie. Obok - kilka motywujących zdjęć mistrza świata. - Jego postać napędza teraz ludzi do kolarstwa. Musi być go widać - uśmiecha się Mientki.

Na jednym ze starych zdjęć widać Kwiatkowskiego, jak po jednym z młodzieżowych wyścigów wznosi toast coca-colą. W szkole, którą firmuje, to dziś nie do zaakceptowania. Młodzież jest uczona dbałości o dietę. Konsultacje z dietetykiem to norma. - Uczymy szacunku. Dużo dajemy od siebie, ale oczekujemy, że nie zostanie to zmarnowane niewłaściwym podejściem do sportu - mówi Mientki.

Uczniowie sami dbają o sprzęt. Treningowe rowery stacjonarne lśnią, a sala ćwiczeń wygląda jak porządna fitnessowa sieciówka.

Mientki: - Choć Michał ma 24 lata, widział już wiele. Przeszedł szkołę w Polsce, teraz jest w jednej z najlepszych grup kolarskich świata [Omega Pharma-Quick Step]. Patrzy, obserwuje i przekłada to na swój projekt. Tam, gdzie jest na co dzień, jest czysto i schludnie, więc tak samo ma być u nas.

- Mam plan na siebie i na to, co robię - mówi Kwiatkowski. W Toruniu precyzyjnie rozdzielił zadania. Ma sztab oddelegowany do organizacji treningów, zajmowania się szkołą, spraw public relations. Sam ogranicza się do nadzoru, doradztwa. Czasem wpada na jakiś pomysł, jak można usprawnić działanie szkoły. Niedawno uznał, że trzeba wyremontować część budynku, w której powstał internat.

Akademia szuka talentów tam, gdzie kolarstwa uczył się Kwiatkowski - na wsi, w małych miejscowościach. Grzegorz Tułodziecki, wójt Zbójna - gminy, w której jest Działyń i z którego pochodzi mistrz świata: - Może to zabrzmi banalnie, ale on naprawdę ciągnie za sobą młodzież. Może dlatego, że nie robi wokół siebie żadnego szumu. Można go traktować jak swojego człowieka. Odkąd ma sukcesy, widać w okolicy sporo dzieciaków, które jeżdżą na rowerach tak, jakby organizowały jakieś wyścigi.

Kwiatkowski, wspominając dzieciństwo, mówi, że zaczął treningi, bo w mającym kilkaset mieszkańców Działyniu działo się niewiele. - Bywało nudno - opowiadał. Treningi na wsi doceniało się bardziej niż w mieście. - Gdzieś daleko od centrum jest mnóstwo utalentowanych chłopaków, którzy mają do tego sportu i kondycję, i głowę - mówi Kwiatkowski.

Niezależnie od tego, gdzie walczą zawodnicy akademii - nawet w maleńkich wsiach - wystawiane są tzw. roll-upy, czyli tablice reklamowe z logo sponsorów. Stroje dzieci już teraz są pełne logotypów firm współpracujących z mistrzem świata.

- Kiedy polskie kolarstwo miało sukcesy Lecha Piaseckiego czy Zenona Jaskuły, zmarnowano je rozwojowo. Nie wykorzystano. Związek nie ma pieniędzy, ale też brak mu wizji, którą ma chociażby Kwiatkowski - mówi anonimowo jeden z najbardziej doświadczonych trenerów polskiego kolarstwa. - Może to kwestia ludzi, może tego, że sami zwycięzcy nie byli medialni? Nikt nie miał pomysłu, jak ich sukcesy przekuć w następne. To, że mamy teraz sukcesy Michała czy Rafała Majki, to efekt kontaktów z zagranicą. Kwiatkowski w Polsce zaczyna oferować to, co od dawna jest na Zachodzie. Te dzieciaki, którymi teraz się opiekuje, dadzą Polsce sporo radości za parę lat, bo będą nauczone zachodniego kolarstwa jeszcze bardziej niż dzisiejsze pokolenie - ocenia trener.

Mientki się zastanawia: - Był czas małyszomanii, może teraz będzie kwiatkomania? Są warunki, a na rowerze jeździć łatwiej, niż skakać na nartach.