Kwiatkowski bez podium, ale z zadatkami na rekina

Słowak Peter Sagan i Michał Kwiatkowski na 2 km przed metą 11. etapu Tour de France jechali z przodu, oglądając się na siebie i czekając, kto pierwszy zaatakuje. I przez to przegrali, bo puścili ucieczkę Francuza Tony'ego Gallopina.
Jedno trzeba Kwiatkowskiemu oddać - nawet na moment nie daje o sobie zapomnieć. Na 10. etapie kolarz z belgijskiej grupy Omega Pharma-Quick Step uciekał przez ponad 100 km, w środę znów w kluczowym momencie pojawił się przed peletonem.

Na kilka kilometrów przed metą pagórkowatego etapu z Besançon do Oyonnax (187,5 km) Polak wysunął się na czoło z grupką innych kolarzy liczących na etapowe zwycięstwo. Wśród nich był m.in. Słowak Peter Sagan z ekipy Cannondale, dobry znajomy 24-letniego Polaka z juniorskich czasów, ciężko nawet zliczyć wyścigi, w których wspólnie się ścigali.

Sagan, lider klasyfikacji punktowej, uwielbia takie etapy - pagórkowate, ale z płaską końcówką, idealne do ucieczki na ostatnich kilometrach. W takich warunkach lubi się też ścigać Kwiatkowski. A jeśli dołożyć jeszcze do tego, że znają się doskonale, a każdy wiele razy przegrał z tym drugim, łatwiej zrozumieć ich zachowanie w końcówce.

Zamiast ruszyć do przodu, Polak i Słowak oglądali się na siebie, wyczekiwali na atak, bo zawsze łatwiej zacząć z tyłu, jadąc na kole rywala. Gdy Kwiatkowski z Saganem byli zajęci sobą, zza ich pleców wyskoczył Francuz Tony Gallopin, który w poniedziałek przez dzień jechał w żółtej koszulce lidera. Nie kalkulował, nie zastanawiał się, po prostu kręcił pedałami z całą mocą.

- Jeśli Sagan chciał wygrać, powinien sam ruszyć do przodu, nie da się w kolarstwie wygrywać, czekając tylko, co zrobią rywale, to samo tyczy się Kwiatkowskiego, choć trzeba też przyznać, że Gallopin miał szczęście, peletonowi zabrakło pięciu metrów, by go doścignąć - mówił Greg LeMond, trzykrotny amerykański zwycięzca Tour de France, ekspert Eurosportu.

Kwiatkowski awansował z 13. na 12. miejsce w klasyfikacji generalnej - to efekt strat na etapie mistrza świata Portugalczyka Rui Costy (Lampre).

Spore zamieszanie wywołało wycofanie się z wyścigu Alberto Contadora (Tinkoff-Saxo). Hiszpan przewrócił się i złamał nogę. Wiele mediów informowało, że przyczyną kraksy Contadora był defekt roweru, w którym rzekomo miała pęknąć rama. Informację taką podawała m.in. amerykańska stacja NBC. Okazało się, że to nieporozumienie - dziennikarze widzieli w bagażniku na dachu samochodu ekipy Tinkoff-Saxo rozbity rower, ale nie wiedzieli, że został on uszkodzony, gdy auto duńskiej grupy zderzyło się z innym autem. Był to nieużywany rower rezerwowy Contadora, a przyczyna jego wywrotki była prozaiczna - sięgał ręką po batonik energetyczny, a rower w tym czasie wjechał w dziurę w drodze.

Liderem i głównym faworytem wyścigu jest teraz Włoch Vincenzo Nibali z Astany. Pochodzący z Sycylii 29-latek, przezywany "Lo Squalo", czyli "Rekin", ma szansę zostać pierwszym włoskim triumfatorem od czasów Marco Pantaniego (1998). Obiecał zresztą matce nieżyjącego od dziesięciu lat "Pirata", że jeśli zwycięży, odda jej żółtą koszulkę. Nibali wygrywał już Vueltę (2010) i Giro (2013), w kolekcji brakuje tylko "Wielkiej Pętli". Dobra jazda Nibalego to też jakaś nadzieja, być może nawet zwiastun sukcesów dla Michała Kwiatkowskiego. Są bowiem podobni: Nibali nie umie jechać spokojnie, wszędzie go pełno, atakuje i nie zraża się porażkami. - Vincenzo to kolarz w starym stylu, który nie kalkuluje, ryzykuje, walczy - mówił szef grupy Sky Dave Brailsford.

W czwartek ostatni (względnie) płaski etap, w piątek kolarze wjeżdżają w Alpy.

Ból de France. Kraksy kolarzy w "Wielkiej Pętli" [ZDJĘCIA]