Kolarstwo. Komisja do spraw kręcenia

Jeden tropił więzienia CIA w Polsce, drugi zabójców libańskiego premiera, trzeci wymierzał kary koksującym się sportowcom. Teraz razem mają pomóc kolarstwu wyznać dopingowe grzechy i zacząć od nowa
Nazwy nie wybrano im najszczęśliwiej: niezależna komisja do spraw reformy kolarstwa. W angielskim skrócie: CIRC, jeszcze gorzej.

Ale wszyscy i tak będą tę trójkę nazywać komisją prawdy i pojednania. Albo komisją Marty'ego, bo to on ma dowodzić. Dick Marty, były szwajcarski prokurator, potem polityk budujący przez lata swój wizerunek szeryfa rozbijającego przestępczość zorganizowaną i handel narkotykami. A jeśli trzeba, dobierającego się do skóry samej CIA, bo to Marty na zlecenie Rady Europy prowadził dochodzenie i spisał po nim słynny raport z 2006 r. o tajnych więzieniach CIA w Europie. Potem tropił też handlarzy ludzkimi organami z Kosowa. Pomagać mu będą Australijczyk Peter Nicholson i Niemiec Ulrich Haas. Nicholson to były australijski wojskowy, śledczy, który na zlecenie ONZ badał zbrodnie wojenne i m.in. sprawę zabójstwa premiera Libanu Rafika Haririego. Haas jako jedyny z nich jest ze świata sportu. A raczej - ze świata prawa sportowego i walki z dopingiem. Kiedyś był szefem niemieckiej komisji antydopingowej. Ostatnio - arbitrem Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu z Lozanny. Orzekał m.in. w sprawie dopingu kolarzy Alberta Contadora i Riccarda Ricco złapanych podczas Tour de France. Teraz będzie razem z Martym i Nicholsonem grzebać w niedawnej przeszłości kolarstwa, próbując ustalić, kto jest winny tego, że doping rozrósł się w nim do takich rozmiarów, że stał się normą, a nie marginesem.

Mają na to około roku. Taki jest zamysł Międzynarodowej Unii Kolarskiej (UCI), która komisję powołała, będzie ją finansować i da jej dostęp do wszystkich swoich archiwów. UCI właśnie kończy negocjowanie ze Światową Agencją Antydopingową (WADA), jak może zachęcić kolarzy do zgłaszania się, wyznawania win, wskazywania wspólników w dopingu. Nie wiadomo jeszcze, czy WADA się zgodzi, by kusić ich pełną amnestią, czy przystanie tylko na złagodzenie kary. Ci, których już złapano i ukarano, też są zaproszeni do składania zeznań, ale na ułaskawienie raczej nie mają szans. Mimo to dożywotnio zdyskwalifikowany za doping Lance Armstrong zapowiedział już, że będzie z komisją współpracować. Ten sam Armstrong, który obsesyjnie wystrzega się jakichkolwiek sądów, woli nawet zawierać niekorzystne dla siebie ugody, byle tylko nie trafić na salę, w której będzie musiał zeznawać pod przysięgą. Bo takie zeznanie mogłoby go kosztować kolejne, dużo bardziej kosztowne procesy, może nawet zostawić go z niczym.

Przed komisją UCI nie będzie takiego ryzyka. UCI nie chce karać. Wystarczy jej przyznanie się do winy, pomoc w odkryciu tajemnic z przeszłości, skrucha, tak żeby wreszcie wyprać wszystkie brudy: kolarzy i własne. Bo UCI też będzie przed komisją wyznawać winy. Taką przynajmniej ma nadzieję Brian Cookson, nowy szef światowego kolarstwa. Komisja była jedną z jego głównych obietnic wyborczych. CIRC ma zbadać, po której właściwie stronie barykady była UCI za wieloletnich rządów Holendra Heina Verbruggena i jego irlandzkiego następcy Pata McQuaida. Czy po stronie dopingowiczów, po stronie walczących z dopingiem, czy może próbowała siedzieć okrakiem. I kto bardziej kręcił w kolarstwie: kolarze czy działacze, którzy dopuścili do tego, że ten sport stał się symbolem dopingu (czy zasłużenie, to już inna sprawa) i że nie ma komu przyznać siedmiu zwycięstw w Tour de France odebranych Armstrongowi, bo dla wszystkich jest jasne, że pokonani też się szprycowali. To pod rządami Verbruggena i McQuaida wybuchała afera Festiny i powstawał dopingowy system US Postal i Armstronga. A Lance niedawno oskarżył Verbruggena o to, że nie tylko tuszował jego dopingową wpadkę z Tour de France 1999 (chodziło o kortykoid, Armstrong wymigał się od kary antydatowaną receptą), ale sam poinformował go o wyniku testu, i wręcz zachęcał, by tuszować. "To jest dla mnie prawdziwy kłopot, cios nokautujący dla kolarstwa, rok po Festinie. Musimy coś wymyślić" - miał mówić wówczas Verbruggen. Holender - rządził kolarstwem od 1991 do 2005, potem namaścił na następcę McQuaida - oskarżenia Lance'a wyśmiał jako element kampanii mającej odbudować wizerunek upadłej gwiazdy i pozwolić jej jeszcze trochę zarobić na szokowaniu opowieściami z przeszłości. Ale nie tylko Armstrong oskarża Verbruggena. Wcześniej Floyd Landis, inny upadły zwycięzca Touru, zarzucił kierowanej przez Holendra UCI przyjęcie łapówki za wyciszenie innej wpadki Lance'a, z 2001 r. A holenderski kolarz Peter Stevenhaagen przypomniał sobie, jak Verbruggen mówił mu, że "to on tu decyduje, kto ma pozytywny wynik". Może przed komisją będzie okazja do konfrontacji. Verbruggen nie wyklucza, że przyjmie zaproszenie.

Niezależność komisji mają zapewnić autorytety arbitrów, oczekiwania są ogromne, choć przykłady z innych federacji nie działają zachęcająco. FIFA przygnieciona korupcyjnymi oskarżeniami zatrudniła do pomocy w robieniu porządków m.in. nowojorskiego prokuratora Michaela Garcię, znanego szwajcarskiego karnistę Marka Pietha, moralnej odnowy miała pilnować rada mędrców z m.in. Plácido Domingo i byłym szefem FBI Louisem Freehem. Ale młyny sprawiedliwości mielą tam bardzo powoli i na razie winnych znajdują głównie wśród przeciwników szefa FIFA Seppa Blattera. W UCI ma być o tyle inaczej, że to nie wieloletnia władza chce pokazać, że się oczyszcza, tylko opozycja, która właśnie odbiła federację z rąk McQuaida i honorowego prezesa Verbruggena. Brytyjczyk Brian Cookson dostał poparcie wszystkich, którzy przez lata pokazywali, że zależy im na demaskowaniu dopingowych kłamstw. Ale również tych, którzy wyczuli zmianę wiatru i teraz płyną z nowym szefem, choć z poprzednikami też im było dobrze. Pierwszą próbą ognia dla Cooksona będą właśnie prace komisji: czy rzeczywiście będzie niezależna, czy nie będzie tam świętych krów i czy prawda nie będzie przegrywać z pojednaniem.