Radosław Leniarski: Historia, której na pewno nie słyszeliście

W 2013 r. wszystkich atletów zagłuszali Usain Bolt, Andy Murray czy Lance Armstrong. Nic dziwnego, ale ja mam inną opowieść. Rozegrała się tam, gdzie polało się zbyt wiele krwi. I ludzie potrzebowali oczyszczenia
Miałem tutaj sporządzić ranking wydarzeń najważniejszych, a trzej wymienieni supergwiazdorzy zrobili najwięcej, by zaistnieć. Jamajczyk wygrał wszystkie swoje finały na mistrzostwach świata, Brytyjczyk triumfował w Wimbledonie jako pierwszy reprezentant organizatorów turnieju od 77 lat, Amerykanin bronił się i upadał pod dopingowymi dowodami przestępstwa, jakiego historia sportu nie znała.

Gdybym hierarchizował wyczyny nadzwyczaj spektakularne, musiałbym też poświęcić akapit Chrisowi Froome'owi. Jego historia jest rzeczywiście imponująca - ubogi biały chłopak z Kenii wsiadł na pierwszy rower obok baraku z blachy falistej na przedmieściach Nairobi, a dojechał - po drodze walcząc z bilharcjozą, naprawdę wrednym choróbskiem - do rundy honorowej na paryskich Polach Elizejskich. Wypadałoby też przywołać straszny incydent z RPA, gdzie Oscar Pistorius, bohater milionów niepełnosprawnych walczących o równe traktowanie ze zdrowymi lub marzących o tym, zastrzelił swoją piękną dziewczynę. Choć ze znalezieniem jego miejsca w sporcie zawsze były spore problemy. I teraz też są, niezależnie od tego, czy Pistorius myślał, że strzela do włamywacza, czy zamordował w afekcie.

Trzeba by też wspomnieć nasz sport, a ten wreszcie zaistniał na imprezach globalnych.

Kolarze w pięknym sezonie sprawili, że trzeba było sobie przypomnieć, jak to było 40 lat temu, kiedy MŚ amatorów wygrywał Ryszard Szurkowski, a tuż za nim przyjeżdżał zmarły we wrześniu Stanisław Szozda. Ich wyczyny też były imponujące, przyszły właściwie nie wiadomo skąd. Michał Gołaś jeździł w grupie Omega Pharma - Quick-Step - "kolarskiej Barcelonie" - jak określił ją bez słowa przesady Czesław Lang. Kontrakt z belgijską drużyną przedłużył Michał Kwiatkowski. W Tour de France na kilku etapach walczył o zwycięstwo, o mały włos nie został liderem wyścigu, w klasyfikacji młodzieżowej dał się wyprzedzić tylko Kolumbijczykowi Neiro Quintanie. W Tirreno-Adriatico był czwarty za Vincenzo Nibalim (zwycięzcą Giro), Chrisem Froome'em (pierwszym w Tour de France) i Alberto Contadorem (byłym triumfatorem obu wyścigów). Przemysław Niemiec z Lampre-Merida ukończył Giro na szóstym, a Rafał Majka z Saxo Bank na siódmym miejscu. W klasyfikacji młodzieżowców Majka przegrał tylko z Kolumbijczykiem Carlosem Betancurem. Na wrześniowych MŚ w brawurowej 240-kilometrowej ucieczce uczestniczył Bartosz Huzarski. Działo się.

To, co Polacy wyczyniali na korcie, nie ma precedensu. W Agnieszce Radwańskiej i Jerzym Janowiczu podziwialiśmy półfinalistów Wimbedonu, w Łukaszu Kubocie - ćwierćfinalistę. Nie ma precedensu też rozmach, z jakim nasi skaczą na nartach - już nie pojedynczo, lecz całą chmarą. Pisał o nich jednak nie będę. O Justynie Kowalczyk przygotowującej się do być może ostatniego sezonu w długiej karierze - też nie. Ani o skoczkach narciarskich z polskiej fabryki. O szalejących w MŚ piłkarkach ręcznych. O Robercie Kubicy, rajdowym mistrzu w klasie WRC 2 i osobowości roku Międzynarodowej Federacji Samochodowej.

Wolę opowiedzieć o wyczynie sportu jeszcze większym.

+++

Sport dzieje się na stadionie, to jasne. Ma w sobie szlachetność, to jasne. Ma też w sobie budującą moc, wie o tym każdy. Ale najbardziej wierzymy w jego wartość, gdy coś poruszającego dzieje się poza stadionem. Kiedy pisałem o olimpijce z Pekinu Samii Yusuf Omar, myślałem właśnie o tym. 21-letnia Somalijka miała marzenie, aby wystartować w igrzyskach w Londynie; utonęła w drodze do Wielkiej Brytanii - wraz z kilkunastoma nielegalnymi imigrantami kilka mil morskich od wybrzeży wymarzonej Europy, gdy poszedł na dno kuter szmuglujący ludzi z Libii.

Była to historia wzruszająca i tragiczna, dziś mam inną. O kolarstwie w Rwandzie.

Rwanda jest pięknym krajem tysiąca wzgórz w samym środku Afryki. Przez 100 dni 1994 roku sąsiedzi mordowali tam sąsiadów, zginęło od 500 tysięcy do 1 miliona osób, czyli około 10 procent populacji. Rzeź ludu Tutsi przez Hutu wstrząsnęła światem, była inspiracją do powołania Międzynarodowego Trybunału Karnego i do przekonania, że nie można Rwandy zostawiać własnemu losowi.

Pojawili się w niej ludzie, którzy zaczęli działać na swoją małą skalę. Kilku postanowiło pomóc Rwandyjczykom poprzez sport. Tom Ritchey, konstruktor rowerów z Kalifornii, zorganizował w 2006 roku pierwszy Klasyk Drewnianych Rowerów. W Rwandzie nie było wówczas górali, szosówek, crossówek. Ludzie strugali rowery z drewnianych bali, dokładnie tak jak małe łodzie. Ritchey doprowadził do tego, że powstał doroczny wyścig.

Właśnie w 2006 roku na swoim drewniaku (mimo że miał od jednego z wujów stalowy, pancerny dwukołowiec z samochodowymi sprężynami pod siedzeniem) pierwszy raz wystartował 19-letni Adrien Niyonshuti, który 12 lat wcześniej stracił w rzezi sześciu braci i kilkudziesięciu członków dalszej rodziny.

Wtedy powstał też program rozwoju talentów, które wypatrywał na trasie wśród drewniaków Jock Boyer, były zawodowy kolarz, pierwszy Amerykanin startujący w Tour de France (1981). Boyer do drużyny wziął Adriena i kilku innych chłopców. Jego koledzy byli poharatani wspomnieniami ludobójstwa nie mniej głęboko niż Adrien.

Ale nie tylko oni szukali jakiegoś oczyszczenia. Ritchey był po rozpadzie rodziny, który ciężko przeżył, Boyer nie mógł znaleźć sobie miejsca w Ameryce po dziewięciu miesiącach więzienia za molestowanie nieletniego.

W każdym razie kilka miesięcy po wyścigu na drewnianych rowerach Team Rwanda znalazł się w RPA na Cape Epic, Tour de France kolarstwa górskiego. Wszyscy członkowie ekipy pierwszy raz w życiu wsiedli do samolotu, większość pierwszy raz wsiadła do samochodu osobowego, wszyscy pierwszy raz widzieli morze. Rok później Niyonshuti wystartował w wyścigu Dookoła Irlandii. Poznał samego Armstronga.

Afrykanie strasznie się bali, że Ritchey i Boyer zostawią ich po pierwszych latach pracy, ale oni wciąż propagowali swój pomysł na świecie. Pomagali darczyńcy z USA, pomogła też Międzynarodowa Unia Kolarska. Rwandyjczycy otrzymywali zawodowe rowery i zaczęli przygotowywać się do igrzysk w Londynie. W olimpijskich kwalifikacjach wystartował również Adrien. Awaria łańcucha spowodowała, że w wyścigu indywidualnym w Kigali, choć był jego stuprocentowym faworytem, przepadł. Postanowił przekwalifikować się na rower górski.

Znów pomógł mu Boyer. Dzięki niemu przez kilka tygodni Adrien jeździł pod okiem Thomasa Frischknechta, wielokrotnego medalisty mistrzostw świata, wicemistrza olimpijskiego w Atlancie w 1996 r. Kolegą treningowym był Nino Schurter, późniejszy srebrny medalista na londyńskiej trasie.

Adrien był w Londynie 39. Stracił ponad 4 minuty do zwycięzcy z Czech.

+++

Rower jest wyjątkowy. Potrafi przenieść ciężar aż 15 razy większy, niż sam waży, i jest w tym analogia do człowieka. W filmie dokumentalnym "Rise from Ashes" zbierającym od kilku miesięcy mnóstwo festiwalowych nagród Boyer mówi: - Kolarstwo uczy, że trzeba pokonywać trudności, bo nie można osiągnąć sukcesu bez przełamania bólu.

Adrien niósł flagę Rwandy podczas otwarcia igrzysk. Dziś jest zawodowym kolarzem, tak jak kilku jego kolegów z ich pierwszego Klasyka Drewnianych Rowerów w 2006 roku. W listopadzie zakończył się ośmiodniowy wyścig kolarski Dookoła Rwandy, w którym brało udział 70 kolarzy z 14 krajów. Adrien Niyonshuti był w nim dziewiąty.