Prof. Jerzy Smorawiński: Doping biorą wszyscy, nawet weterani. Chcą być supermenami

Po zażyciu niedozwolonych substancji nie odczuwa się zmęczenia. Dla przeciętnego człowieka już wypicie mocnej kawy dodaje pary, pozwala łatwiej pokonać zmęczenie. U sportowców, np. w kolarstwie, doping polega głównie na utrzymywaniu formy początkowej. Ktoś, kto ma początkowy poziom wydolności, posuwa się jak mercedes - opowiada prof. Jerzy Smorawiński.
Przewodniczący Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie był gościem Przemysława Iwańczyka w audycji "Przy niedzieli o sporcie" w Radiu TOK FM.



Przemysław Iwańczyk: Najpierw historia Lance'a Armstronga, później jamajscy sprinterzy i Tyson Gay, teraz znów kolarze. Czy naprawdę wszystko, co wiąże się ze sportem, skażone jest dopingiem?

Prof. Jerzy Smorawiński: Wydawało się, że stało się wszystko, co miało się stać, a tutaj kolejne rozczarowanie. Przyjąłem to z głębokim smutkiem, źle to odebrałem, wierzyłem bowiem, że w przypadku sprinterów Jamajczycy to faktycznie utalentowani ludzie z dodatkiem genowym wyspecjalizowanym w kierunku biegów. I nagle klapa. Okazuje się, że to wspomaganie, i to środkiem niedozwolonym.

Veronica Campbell-Brown, wielokrotna medalistka igrzysk, mistrzyni świata na dystansie 200 metrów, wpadła pierwsza, następnie Tyson Gay ujawnił, że brał. Natychmiast wypłynęło, że niedozwolonymi środkami wspomagało się pięcioro lekkoatletów jamajskich.

- Rzeczywiście, można stracić wiarę w sport. Patrzmy jednak na te rzesze sportowców, które nie są na samym szczycie, patrzmy na tych młodych ludzi, dla których sport jest pasją, czymś wymarzonym. To ludzie dążący do czegoś bez tych wszystkich substancji. Myślę, że nasze zadanie polega na umożliwieniu im tego, żeby byli czyści, żeby rywalizacja przebiegała z równymi możliwościami, aby tej chemii było mniej, a najlepiej, żeby nie było jej w ogóle.

Nie ma pan wrażenia, że ludzie ci stają się trybem w wielkiej marketingowej maszynie? Natychmiast wystąpili przedstawiciele grup. Na Jamajce są dwie czołowe, jedna ma w swoich szeregach Bolta, druga - Powella. Menedżer grupy Powella powiedział: "Nie chciał mnie słuchać do końca, zaufał, komu nie trzeba". Ta osoba, która porwała go do swojej sitwy, chciała błyskawicznie zarobić, pokazać, że Powell znów jest najlepszy. Zastanawiam się, czy nie zacząć wierzyć sportowcom, którzy przyłapani na dopingu twierdzą, że nie mieli o niczym pojęcia i zaufali nie tym osobom, co trzeba.

- Na pewno u podłoża wszystkiego leży gruby pieniądz, który trafia nie tylko do zawodników, ale i całego otoczenia: menedżerów, trenerów, kierowników itd. Mieliśmy przykład w kolarstwie, że jak coś zaczęło się w jednej grupie, następowały posądzenia i oskarżenia z drugiej. Jeśli chodzi o kwestię kolarstwa, byłem naiwny, długo wierzyłem w niewinność Armstronga, wydawało mi się, że to brzydka konkurencja, że próbują złamać karierę, dlatego przeżyłem tym większe rozczarowanie w tej całej sprawie. Tutaj można by rozpatrywać kwestię zaufania niewłaściwej osobie. Trzeba się zastanowić, czy jest to perfidna gra i próba linii obrony, czy też można przyjąć, że ci sportowcy cały swój los oddają w cudze ręce, głęboko wierząc, że nikt nie chce wsadzić ich na przysłowiową minę, i że działa w dobrej wierze, dając suplementy i inne substancje odżywcze. Taką linię obrony można by przyjąć, gdyby to było na niższym poziomie, z pewnością nie z zawodnikami tej klasy, z którymi mamy teraz do czynienia. Tam musi być ogromna dociekliwość i świadomość tego, co mi podają. To jest mój los, a nie tych, którzy chcą na mnie zarobić.

A ja myślę zgoła odwrotnie: im wyższy poziom, tym większe zaufanie do ludzi, którzy mnie otaczają. Ufam trenerowi, nie mam narzędzi, aby sprawdzić, co mi podaje mój fizjoterapeuta w bidonie. Jeśli podaje mi coś, mówiąc: "Masz, pij to", a ja od dłuższego czasu z nim współpracuję, to jestem przekonany, że podaje mi coś dobrego.

- Mówiąc o niższym poziomie, miałem na myśli tzw. nieświadome przyjmowanie dopingu, przyjmowanie odżywek, które coraz częściej skażone są substancjami z listy zakazanych. W pewnym sensie można by zgodzić się z pana koncepcją, że ci wybitni ludzie kładą swój los w cudze ręce, ale jednak po tych wszystkich aferach, z którymi mieliśmy do czynienia, wydaje mi się, że ich zaufanie nie powinno być bezgraniczne. Powinni przewidywać, że w świecie wokół nich są tacy, którzy chcą ich wspaniałych wyników, wydaje się, że bezpiecznie zdobytych... Okazuje się, że przeliczyli się w swoich rozumowaniach i zastosowali to świadomie. Nie chcę być znowu naiwny. Oksylofryna, o której mówimy w kontekście zawodników jamajskich, środek od dawna królujący na liście substancji zakazanych, ale patrząc na nasze wyniki, nie przypominam sobie, aby ktoś wpadł na tym wcześniej, aby takich przypadków było więcej. Jestem zaskoczony, dlaczego akurat ten środek. Być może zostało gdzieś sprawdzone, że działa skutecznie. Z drugiej strony mamy sygnały, że niektóre odżywki zostają zanieczyszczone w sposób świadomy, często w sposób marketingowy dodaje się te substancje, żeby wykazać większą efektywność działania tych odżywek.

Nie wiemy, co kupujemy, takich stoisk z odżywkami jest naprawdę wiele. Kiedyś w swojej audycji poruszyłem temat zażywania przyspieszaczy spalania tłuszczu: Polka zażyła taką ilość termogeniku, że się ugotowała, lekarze nie byli w stanie jej odratować.

- Tak, to jest znana sprawa sprzed kilku tygodni. Ja bym jednak wrócił do sprawy naszego piłkarza, gdzie po raz pierwszy metylhexanaminę znaleziono w odżywce i uznano, że jest to substancja zakazana. I wydano wyrok skazujący. To było około 3 lata temu. Na tym przykładzie przećwiczyliśmy kwestię odżywek spalających tłuszcze, broniłem Wawrzyniaka, będąc do końca przekonanym, iż użył tej substancji nieświadomie. Formalnie nie znajdowała się ona wówczas na listach. Zmierzam do tego, że, pomimo nagłaśniania tej sprawy, w roku ubiegłym i dwa lata temu najwięcej wpadek dopingowych było na metylhexanaminie. Należy postawić pytanie, czy to było świadome przyjmowanie tych odżywek, z myślą, że zawierają środek amfetaminopodobny, czy też zaliczyć te przypadki do nieświadomego zastosowania dopingu.

Ta substancja nie działa dopingująco w sposób bezpośredni. Wawrzyniak nie biegał od tego szybciej. Miał mniej tkanki tłuszczowej, dzięki czemu mógł szybciej biegać.

- Nie tylko. Okazuje się, że jeśli ta substancja jest jeszcze w organizmie, to oprócz działania przyspieszającego spalanie tłuszczów ma działanie pobudzające, nieco podobne do amfetaminy, usuwające zmęczenie. Podobnie jest z tą jamajską substancją - oksylofryną będącą czymś pośrednim pomiędzy efedryną a amfetaminą, czyli oddziałującą na układ nerwowy i układ krążenia, a która również dodawana jest do różnych odżywek.

Nie ma pan dość tego, że zwykle zapraszany jest do mediów, gdy wykryta zostaje jakaś spektakularna wpadka dopingowa?

- Była taka sytuacja, że zacząłem unikać mediów, to było po ujawnieniu afery z udziałem Lance'a Armstronga. Uważałem, że jako system antydopingowy powinniśmy się wstydzić, że tak zagrano nam na nosie, że tak owijano wokół palca. Odświeżyłem się, jadąc na sympozjum organizowane przez Światową Agencję Antydopingową, gdzie w sposób bardzo przekonujący pokazano nam , jak bardzo do przodu poszły metody detekcyjne, przede wszystkim w kwestii kontroli krwi, czyli tego paszportu biologicznego ukierunkowanego wyraźnie na układ krwinek czerwonych, także kwestia wprowadzanego już paszportu hormonalnego tzw. profilu steroidowego. To są informacje, które pokazują, że coś zostało podane dodatkowo, co zmienia układ relacji poszczególnych hormonów. Ogniwa tego całego systemu zawężają się. Odzyskałem wiarę, a skoro znowu pojawiło się to zaufanie, pozwalam się nim dzielić z mediami i ze społeczeństwem.

Ma pan tak wyostrzoną intuicję, że widzi sportowca, mam na myśli tych krajowych, i czuje: "To niemożliwe, żeby on czysto to przejechał".

- Myślę, że coś w tym jest, wystarczy popatrzeć na pracę mięśni, szczególne wyraziste podejrzenie nasuwa się w przypadku pań, aczkolwiek u mężczyzn też czasem widać rzeźbę mięśniową, sposób poruszania się. Coś w tym jest, że możemy powiedzieć na nosa, że coś tam jest nie tak, jak powinno.

Zastanawiam się, czy należy podawać w wątpliwość wyczyn kolarski Chrisa Froome'a, który wjechał na Mont Ventoux tak samo jak Lance Armstrong. Najpierw spotkał się z gratulacjami, a nazajutrz na konferencji prasowej padały podejrzliwe pytania.

- Zawsze to podejrzenie istnieje, ale ja jestem realistą i dopóki nie stwierdzę, że coś było zafałszowane, to jednak wierzę. Możliwości ludzkie nie są do końca znane, nie zgadzam się z wyliczeniami, że organizm nie może przekroczyć pewnej granicy, np. czasowej, tak jak podaje się w wątpliwość wyczyn Anglika.

Wybitni sportowcy muszą mieć w świadomości fakt, że jeśli nie stwierdzimy czegoś w pierwszych badaniach, to być może zrobimy to za tydzień albo trzy. Medale odbierano nawet po trzech latach. Próbki są przechowywane do ośmiu lat, można po nie sięgnąć w każdej chwili, a metody detekcyjne idą do przodu. Za rok, dwa lub trzy stracić można całą sławę.

Jestem zaniepokojony jeszcze jedną sprawą: zjawisko dopingu dotyczy nie tylko gwiazd, ale i coraz częściej dotyczy amatorów, którzy choć przez chwilę chcą poczuć się zawodowcami. W czołówce jednego z maratonów wykryto dopingowiczów, a przecież ludzie ci twierdzą, że biegają dla frajdy.

- Doleję oliwy do ognia, bo nie wiem, czy wiecie państwo, że podczas ME weteranów kilka lat temu mieliśmy przypadki pozytywne, znane są mi inne przypadki także z MŚ weteranów. Pokusa bycia lepszym mobilizuje nie tylko wybitnych profesjonalistów, za których sukcesami stoją ogromne pieniądze, ale również amatorów pragnących pokazać otoczeniu, na co ich stać. Mam 45 lat i jestem supermenem.

Nie chcę relatywizować zjawiska dopingu, ale w przypadku weterana reaguję na to półuśmieszkiem, bo przypomina to syndrom 40-latka chcącego pokazać, jak wiele może. Weźmy pod uwagę reklamy telewizyjne - królują środki na potencję. Gdyby wziąć takich środków garście, to na kontroli antydopingowej wyjdzie, że szprycowałem się, ile wlezie.

- Ta kontrola musiałaby być przeprowadzana w inny sposób. Tutaj oczywiście żartujemy. Uspokoję mężczyzn w pewnym wieku, jeśli te substancje działają na to, na co mają działać, to na wydolność fizyczną innego rodzaju nie mają wpływu. Najczęściej stosowana viagra nie ma wpływu na poprawę wydolności fizycznej. Viagra pomaga, ale na bardzo dużych wysokościach, poprawia przepływ krwi przez płuca, dzięki temu łatwiej pokonać zmniejszone parcie parcjalne tlenu.

Nie dość, że inwestuję w viagrę, to muszę jeszcze zainwestować w schronisko wysokogórskie.

- Gdybyśmy zorganizowali wyścig na 4 tys. metrów, wtedy wchodziłoby w grę włączenie tego do systemowych badań antydopingowych.

W jaki sposób działa doping? Odnoszę wrażenie, że w rywalizacji na szczeblu światowym decyduje o milisekundach, np. w przypadku sprinterów, zaś na amatora nie wpłynie zasadniczo.

- Po zażyciu tej substancji nie odczuwa się aż tak dużego zmęczenia. Wszyscy wykonujemy wysiłki fizyczne i wiadomo, że raz człowiek znajduje się w lepszej formie, jest mniej zmęczony. Często wypicie mocnej kawy, co mieści się w dozwolonych granicach, dodaje pary i usuwa zmęczenie, pozwala zmęczenie łatwiej wykonać. Natomiast jeśli chodzi o sportowców, to w kolarstwie doping polegał głównie na utrzymywaniu formy początkowej. W efekcie zmęczenia układ endokrynologiczny zaczyna gorzej funkcjonować, spada poziom testosteronu, hematokryt, czyli poziom czerwonych krwinek, także spada, w związku z czym chodzi o zwiększenie za pomocą tych substancji poziomu czerwonokrwinkowego albo hormonalnego, by utrzymywać swe pierwotne możliwości wysiłkowe. Ktoś, kto jest zmęczony w wyniku wieloetapowych wysiłków, musi jechać słabiej. Ktoś, kto ma początkowy poziom wydolności, posuwa się jak przysłowiowy mercedes.

Nie wiem, jakie prawo obowiązuje na Jamajce, ale Marion Jones z USA musiała odpowiadać przed sądem powszechnym. Tyson Gay złożył deklarację o pełnej współpracy. Jeśli on wyskakuje z taką deklaracją, to znaczy, że za chwilę sypnie się cały układ.

- Teraz w grę wchodzi inny sposób podejścia do ścigania dopingu. Kiedyś za doping uznawano sytuację, w której w ciele lub płynach zawodnika stwierdzano obecność substancji zakazanej. W tej chwili mamy do czynienia z tzw. non analytical cases, czyli z przypadkami nieanalitycznymi, w których zaczyna się od doniesienia, potem zaczyna działać system ścigania, zaczyna się kontrolować korespondencję, obserwować kontakty zawodnika. Na przykładzie dr. Fuentesa wyszło coś takiego, że starał się zmieniać hotelowe adresy, ale przez to, że spływali do niego zawodnicy, na podstawie dowodów pośrednich wykazano, że zawodnicy stołowali się z jego menu. Tutaj też możemy być świadkami kolejnej afery, gdzie okaże się, że na zapleczu funkcjonowała cała grupa. Pojawi się kolejny uzdrowiciel, który próbował tak dawkować substancje, żebyśmy ich nie rozpoznawali.

Myśli pan, że w związku z dyskwalifikacjami może dojść na MŚ w Moskwie do sytuacji, że pod nieobecność wykluczonych faworytów po złoto sięgnie biały sprinter Christophe Lemaitre?

- To będzie bardzo ciekawe, bo może okazać się, że dotychczasowe rekordy były zawyżone. Ośmiu na dziesięciu liderów list światowych miało bądź ma do czynienia z dopingiem.

Może wyniki będą słabsze, ale uczciwe.

A czy jest możliwe, aby biały sprinter wygrał rywalizację z czarnoskórym?

- Teraz wierzę we wszystko. Może się okazać, że oprócz genów były jakieś elementy wspomagające.

Zielone banany jako dozwolony doping. Co pan na to?

- To jest fajny chwyt, bo zwłaszcza będąc młodym chłopcem, trzeba w coś wierzyć. Ja kiedyś wprowadziłem teorię, że rodzynki dobrze działają i rozdawałem je zawodnikom, którymi się opiekowałem, wmawiając im, że fruktoza jest lepsza od glukozy. To jest dobry doping mobilizujący, każący nam wierzyć, że to pomaga. A jeśli w to wierzymy, tak się dzieje.