"Wyścig Tajemnic" cz. I, kiedy Hamilton poznał Armstronga

- Wszystkie historie związane z Armstrongiem są do siebie bliźniaczo podobne: Lance był w nich po prostu Lance'em, upartym amerykańskim kowbojem szturmującym zamkowe mury europejskiego kolarstwa. Uwielbiałem słuchać tych anegdot, ponieważ sam marzyłem o ataku na tę twierdzę - pisze w swojej poruszającej książce "Wyścig Tajemnic" Tyler Hamilton, były znakomity kolarz. Polska premiera "Wyścigu Tajemnic" już 20 marca.
Książka pt. "Wyścig Tajemnic" to spisana przez Daniela Coyle'a spowiedź Tylera Hamiltona, niegdyś najbardziej zaufanego "porucznika" Lance'a Armstronga, byłego numeru jeden wśród kolarzy.

Kiedy Hamilton spotkał się z Coyle'em, uznał, że chce wyrzucić z siebie wszystko o dopingu, kłamstwach i latach spędzonych u boku Armstronga w zespole U.S. Postal. Przez następne 18 miesięcy ze wszystkimi szczegółami opisał historię swojej kariery. Wyjawienie prawdy stało się dla niego równie ważne, jak jeszcze kilka lat wcześniej wygrywanie Tour de France.

Rezultatem tej determinacji jest "Wyścig Tajemnic" - wybuchowa książka, która odsłania kurtynę i zabiera nas w podróż po nieznanym świecie zamieszkanym przez niewiarygodnie ambitne i niedoskonałe postaci, jak Lance Armstrong, Michele Ferrari, Ivan Basso i Bjarne Riis. Zabiera czytelnika za kulisy najbardziej skomplikowanego, profesjonalnego i dopracowanego programu dopingowego w dziejach, ukazuje szokujące praktyki przetaczania krwi w hotelach, fałszywe recepty i tajemnicze wizyty w laboratoriach. To brutalna prawda o kolarstwie, egoizmie, samotności, sile, kłamstwie i zdradzie. Jest poruszającym świadectwem miłości do sportu i rywalizacji.

Premiera książki wydanej przez Sine Qua Non już 20 marca. W Sport.pl - codziennie, aż do dnia premiery - będziemy publikować najciekawsze i najmroczniejsze fragmenty książki.

Rozdział I: Wchodząc do gry

Był maj 1994 roku. Deszczowe popołudnie w Wilmington w stanie Delaware. Wziąłem udział w wyścigu kolarskim Tour DuPont: dwanaście dni, tysiąc sześćset kilometrów, stu dwunastu zawodników na starcie, w tym pięć grup ze światowej czołówki. Ja i Lance byliśmy w podobnym wieku, nasze ambicje były jednak zgoła inne. On przyjechał tu, by wygrać, ja chciałem jedynie zobaczyć, czy zdołam nadążyć za poważnymi kolarzami.

On był już w tym czasie zawodnikiem dużego formatu. Jesienią 1993 roku zdobył w Norwegii mistrzostwo świata ze startu wspólnego. Zachowałem na pamiątkę numer magazynu "VeloNews" z jego zdjęciem, znałem na pamięć całą historię: osierocony Teksańczyk z nastoletniej ciąży, wyjątkowy talent triathlonowy, który przerzucił się na kolarstwo. W artykule używano takich słów jak "bezczelny", "cyniczny" i "zuchwały", by jak najlepiej opisać jego osobowość. Widziałem, w jaki sposób Armstrong się cieszył, gdy jako pierwszy przekroczył linię mety w Oslo. Wykonał taniec futbolisty po efektownym przyłożeniu: wysyłał całusy, przeszywał pięścią powietrze, pokazywał się publiczności. Niektórzy ludzie - no dobra, praktycznie większość z nich - uważali go za zarozumialca. Ja lubiłem jego energię, jego bezczelność. Gdy ludzie pytali go, czy jest drugim Gregiem LeMondem, odpowiadał: "Nie, jestem pierwszym Lance'em Armstrongiem".

Krążyło wtedy o nim wiele ciekawych historii. Pewnego razu, gdy mistrz świata Moreno Argentin przypadkowo pomylił Lance'a z jego kolegą z teamu Andym Bishopem, Armstrong wściekł się. "Pierdol się, Chiappucci!", wrzasnął, celowo myląc nazwisko Włocha z kolarzem z jego zespołu. Z kolei podczas Tour DuPont w 1993 roku pewien hiszpański kolarz próbował wypchnąć Amerykanina Scotta Merciera z trasy. Widząc to, Armstrong stanął w obronie rodaka, dogonił Hiszpana i kazał mu się wycofać. Ten oczywiście go posłuchał. Wszystkie historie związane z Armstrongiem są do siebie bliźniaczo podobne: Lance był w nich po prostu Lance'em, upartym amerykańskim kowbojem szturmującym zamkowe mury europejskiego kolarstwa. Uwielbiałem słuchać tych anegdot, ponieważ sam marzyłem o ataku na tę twierdzę.

Dzień przed startem łaziłem w kółko i gapiłem się na te wszystkie twarze, które wcześniej mogłem oglądać tylko w kolarskich magazynach. Oto przed moimi oczami stał rosyjski złoty medalista olimpijski Wiaczesław Jekimow ze swoją rockową fryzurą i sowieckim grymasem, a obok meksykański ekspert od jazdy w górach Raul Alcala - "cichy zabójca", który wygrał poprzednią edycję wyścigu. Także George Hincapie - chudy, zawsze zaspany nowojorczyk, mający być kolejnym wielkim amerykańskim kolarzem. A nawet trzykrotny triumfator Tour de France Greg LeMond, dla którego był to ostatni sezon przed odejściem na emeryturę. Mimo to nadal miał ten błysk w oku, wyglądał młodzieńczo. Sprawność kolarza można ocenić, patrząc na kształt jego tyłka i żył na nogach. Ich dupy były wręcz bioniczne, mniejsze i mocniejsze od wszystkich, jakie do tej pory widziałem. Układ żył na nogach przypominał mapę autostrad. Ramiona wyglądały jak wykałaczki. Jadąc na rowerze, z rękoma na kierownicy mogli na pełnej szybkości prześliznąć się przez najciaśniejszą kolumnę kolarzy.

Obserwowanie ich było inspirujące. Wyglądali jak konie wyścigowe. Odnośnie do siebie miałem zupełnie inne odczucia. Jeżeli oni byli końmi pełnej krwi, to ja byłem jedynie kucykiem. Mój zad był ogromny, nogi nie ujawniały ani jednej żyłki. Miałem wąskie barki, uda narciarza i grube ramiona, które w koszulce wyścigowej wyglądały jak parówki w osłonce. Poza tym pedałowałem z gracją tłuczka do ziemniaków, a ponieważ byłem niski, miałem tendencję do odchylania głowy lekko do tyłu, by móc obserwować zawodników przed sobą, przez co wciąż miałem zabawnie zdziwioną minę, jakbym nie był do końca pewny, gdzie jestem.

Miałem jednak jedną szansę, by się pokazać - prologiem była bowiem czasówka. Samotna jazda, walka z czasem na krótkim dystansie czterech kilometrów ośmiuset metrów, po pagórkowatym terenie, z kilkoma odcinkami bruku, na którym nietrudno o upadek. Prolog ten był przedstawiany jako ważny i prawdziwy miernik kolarskich umiejętności. Każdy z nas musiał się tu wznieść na wyżyny swoich umiejętności. Dzień przed startem pokonałem tę trasę sześciokrotnie. Zbadałem każdy zakręt, zapamiętując optymalny tor jazdy. Zamykając oczy, wyobrażałem sobie, że to już wyścig.

Rano, tuż przed rozpoczęciem prologu, zaczęło padać. Stałem niedaleko rampy startowej, rozmawiając z moim trenerem, selekcjonerem drużyny narodowej, zawsze uśmiechniętym trzydziestodwuletnim Chrisem Carmichaelem. Był w porządku, ale bardziej przypominał cheerleadera niż trenera. Lubił powtarzać niektóre wyświechtane zwroty, które brzmiały jak wycięte z popowej piosenki.

(...) Wystartowałem z rampy jak pocisk i w pierwszy zakręt wszedłem na pełnej prędkości. Za mną, w samochodzie drużyny, jechał Carmichael. Dawałem z siebie wszystko, rozpędziłem się do granic możliwości i starałem się utrzymać wysokie tempo. Czułem krew w ustach, co było dowodem na to, że byłem na krawędzi wytrzymałości. Takie momenty sprawiły, że zakochałem się w kolarstwie i kocham je do dziś. Te nieodgadnione niespodzianki, które dzieją się z twoim organizmem, gdy pchasz go do absolutnego limitu, jakby twoje mięśnie krzyczały, a serce miało za chwilę eksplodować, gdy czujesz, jak kwas mlekowy dostaje się nawet do twarzy i rąk - wtedy potrafisz dać z siebie więcej i więcej. Czasami aż cię rozsadza, ale są też momenty, gdy nie da się wznieść powyżej pewnego pułapu, i wtedy ból nasila się tak bardzo, że znikasz.

Wiem, że to brzmi jak zen, ale tak właśnie jest. Chris zawsze mówił mi, bym dał z siebie wszystko, ale nigdy nie potrafiłem zrozumieć sensu tego przekazu. Według mnie sekret tkwi w tym, by umieć dać z siebie jeszcze więcej, aż wskoczysz na nowy poziom, osiągniesz stan, o którym wcześniej mogłeś tylko pomarzyć. Pokonywałem zakręty jak wyścigówka, ślizgałem się na bruku, ale w jakiś sposób utrzymywałem się i jechałem z dala od okalających trasę beli siana. Szaleńczo pokonywałem podjazdy, mocno skulony przejeżdżałem przez płaskie odcinki. Czułem, jak kwas mlekowy wypełnia moje nogi, ramiona, ręce, nawet miejsca pod paznokciami. To był dobry, świeży ból. Do końca pozostał mi jeszcze tylko jeden ostry dziewięćdziesięciostopniowy zakręt, gdzie kończył się bruk, a zaczynał chodnik. Dałem radę, wyprostowany i nakręcony minąłem linię mety. Zegar zatrzymał się i wskazał wynik: sześć minut i trzydzieści dwie sekundy. Trzecie miejsce. Mrugnąłem ze zdumienia, spojrzałem jeszcze raz. Trzecie miejsce. Nie sto trzecie, nie trzydzieste - trzecie!

Carmichael był oszołomiony, w kompletnym szoku. Wyściskał mnie, powiedział: "Jesteś szalonym skurwysynem!". Potem staliśmy i czekaliśmy na resztę kolarzy, zakładając, że stopniowo będę spadał w klasyfikacji, a mój wynik zostanie przyćmiony przez inne. Gdy jednak kolejni zawodnicy przekroczyli linię mety, mój rezultat okazał się wyśmienity. Jekimow - gorszy o trzy sekundy, Hincapie - również o trzy sekundy wolniejszy, LeMond - gorszy o sekundę, Armstrong - o jedenaście. Gdy ostatni kolarz osiągnął metę, byłem na szóstym miejscu.

Następnego dnia, gdy peleton dotarł do Wilmington, gdzie rozpoczynał się pierwszy etap wyścigu, zastanawiałem się, czy któryś z zawodowców do mnie zagada, powie chociaż "cześć" albo jakieś życzliwe słowo. Żaden z nich tego nie zrobił, ani Alcala, ani Jekimow, ani LeMond. Byłem zawiedziony, ale też poczułem pewną ulgę. Odpowiadało mi bycie anonimowym. Przypomniałem sobie, że jestem amatorem, kucykiem, nikim. Jednak gdy ruszyliśmy w trasę, jakieś szesnaście kilometrów po starcie poczułem przyjazne stuknięcie w plecy. Odwróciłem się i zobaczyłem twarz Lance'a. Zaledwie pół metra od mojej. Popatrzył mi w oczy. "Cześć, Tyler, świetnie ci wczoraj poszło", powiedział. Nie powinienem mówić takich rzeczy, ale muszę przyznać, że Lance miał zniewalający głos. Przede wszystkim robi około półsekundowe pauzy, zanim zacznie mówić. Po prostu patrzy na ciebie, sprawdza cię i pozwala, abyś ty sprawdził jego.

"Dziękuję", odpowiedziałem.