Polski dziennikarz o Armstrongu: Byłem z nim blisko, wierzyłem, że jest kryształowy

- Byliśmy z Armstrongiem blisko. Bywałem u niego w willi nad jeziorem Como, poznałem wiele faktów z życia osobistego. Otoczony był pięknymi kobietami, z których wybierał sobie jedną, natychmiast się w niej zakochiwał. Rozmawialiśmy na wiele tematów, np. o malarstwie, bo często wybierał się na wystawy, sporo mówił o literaturze. Wierzyłem, że jest kryształowy, ale po wygraniu przez niego drugiego Tour de France nie miałem wątpliwości, że jeździ na dopingu - opowiada Krzysztof Wyrzykowski, gość audycji Radia TOK FM ?Przy niedzieli o sporcie?.
Wyrzykowski mieszka na stałe w Paryżu, w Polsce komentuje Tour de France dla Eurosportu. Przez wiele lat był dziennikarzem L'Equipe, który opisywał karierę Lance'a Armstronga. W ubiegłym tygodniu amerykański kolarz w wywiadzie dla Oprah Winfrey przyznał się do stosowania dopingu.



Krzysztof Wyrzykowski: W trzech ostatnich dniach dostałem około stu telefonów. Dzwonią kibice, którzy zdobyli mój numer, dziennikarze, radio, telewizja, wszyscy chcą rozmawiać o Armstrongu. Szybko niesie się wieść gminna, że bardzo dobrze znałem Armstronga. Po 13 latach jego sukcesów, siedmiu triumfach w Tour de France Armstrong - ten wygląda teraz nieco inaczej, co nie oznacza, że spadło zainteresowanie nim. To ciekawe, prawda?

Przemysław Iwańczyk: Mam wrażenie, że Lance Armstrong przykrył już Armstronga, który spacerował po księżycu.

- To dobre nazwisko, zwłaszcza że był jeszcze znakomity trębacz. W moim przypadku najlepiej poznałem tego ostatniego - Lance'a.

Do sprawy jego dopingu, przyznania się do winy mam ambiwalentne podejście. Byłem w bardzo wąskim gronie Europejczyków, którzy mieli do niego dostęp. Poznałem go, kiedy przyjechał do Barcelony w 1992 r. na igrzyska olimpijskie. Amerykanie byli pewni, że wygra. Był 12. lub 13., a Europa wcale go nie odkryła, mimo że za oceanem mówili, jak genialnym jest kolarzem. Na marginesie, słynny polski trener Edward Borysewicz przyczynił się do odkrycia Armstronga, który zaczynał jako triathlonista.

Po igrzyskach Armstrong jakoś zaginął, później przeszedł na zawodowstwo i wystartował w wyścigu San Sebastian w Hiszpanii, zaliczanym do Pucharu Świata. Był ostatni, zelżony przez publiczność wracającą ze wzgórz i gór. Zobaczyli, że pół godziny po czołówce w stronę mety jedzie jeszcze jakiś kolarz, który chce tylko ukończyć wyścig. Śmiano się z niego, że to Amerykanin, niektórzy go popychali.

Amstrong dojechał, stanął na mecie i powiedział: Ja tu wrócę i wygram.

Po roku był drugi, a później wrócił raz jeszcze i wygrał. Wtedy ludzie interesujący się kolarstwem szybko doszli do wniosku, że to facet niesamowicie uparty. Dlaczego o tym mówię? Dla mnie też przez całą jego karierę najważniejszą jego cechą był ten jego upór. Nawet w pierwszej części wywiadu z Oprą Winfrey, z punktu widzenia dziennikarza najbardziej wartościowej, jego upór widoczny jest w każdym momencie. Zwłaszcza kiedy starał się coś wytłumaczyć.

Armstrong był mi bardzo bliski, ja jemu też. Kiedy pracowałem w dzienniku L'Equipe, a przez 16 lat byłem tam odpowiedzialny za kolarstwo, przydzielono mi Armstronga. Dlaczego? Francuzi nie lubią Amerykanów, Amerykanie nie lubią Francuzów. Szef mój ucieszył się, że zainteresowałem się Armstrongiem. Jeździłem do niego na reportaże, miałem pierwszeństwo, by zdobywać od niego informacje dla L'Equipe.

Zapałaliśmy do siebie sympatią, bywałem u niego w willi nad jeziorem Como. Zbliżyłem się do niego, poznałem wiele faktów z życia osobistego. Co mnie uderzyło, a Armstrong nie mierzył jeszcze w zwycięstwo w Tour de France, to niebywała chęć sięgania po kolejne cele. Otoczony był pięknymi kobietami, z których wybierał sobie jedną, natychmiast się w niej zakochiwał. Np. w holenderskiej piękności, kolarce, którą sprowadził do swojego domu. Armstrong zawsze fajnie o nich opowiadał. Podobnie jak o swojej matce, która urodziła go, mając zaledwie 19 lat.

Z tego okresu znajomości z Armstrongiem byłem bardzo zadowolony. Można było porozmawiać z nim na wiele tematów, np. o malarstwie, bo często wybierał się na wystawy, sporo mówił też o literaturze.

Jak zmieniał się, kiedy zaczął wygrywać?

- Barierą, jaka zapanowała nie tylko między mną a nim, ale także pozostałymi bliskimi, była jego choroba. Po nowotworze w ogóle nie starał się odtworzyć znajomości z tymi, których znał wcześniej. Ja też, przechodząc w L'Equipe do działu olimpijskiego, niespecjalnie o to zabiegałem. Siłą rzeczy oddaliłem się od Armstronga.

Wywiad z Oprą Winfrey był reżyserowany?

- Niestety, mam takie wrażenie. Mówię niestety, bo spodziewałem się czegoś innego, wielu ludzi spodziewało się czegoś innego. Najbardziej w tej rozmowie przeszkadza mi to, że była ona transakcją wiązaną.



Słyszę opinie, że Amstrong dużo powiedział, bo się przyznał. A przecież to nie miało polegać na tym, że on się przyzna. On już został skazany, udowodniono mu, że brał niedozwolone środki. Nikt nie pozwoliłby sobie na odebranie siedmiu tytułów w Tour de France ot, tak. Zwłaszcza że prowadzący śledztwo przez policję federalną Jeff Nowitzki, którego uznano za jedynego zdolnego do przyszpilenia Armstronga, zrezygnował. Nie czuł się na siłach poprowadzenia tego oskarżenia do końca, bo czegoś mu zabrakło. Mimo wszystko postawiono Armstronga w stan oskarżenia.

Idźmy dalej: od momentu informacji, że będzie taki wywiad, do przeprowadzenia go mija niewiele czasu. Parokrotnie rozmowa między prowadzącą a nim wyglądała tak: jak pamiętasz, w zeszłym tygodniu rozmawialiśmy o...

To nie jest rozmowa: siadamy i przeprowadzamy wywiad. To jest rozmowa wyreżyserowana, na sto procent. Strasznie mi to nie pasuje, czuję, że to wszystko jest nieautentyczne i nieszczere. Zastanawiałem się przy tym, co by było, gdybyśmy podesłali Armstronga paniom Olejnik i Pochanke. We dwie wzięłyby go w obroty, biedny wychodziłby ze studia jak befsztyk.

Proszę zauważyć, w wywiadzie dla Winfrey prowadząca nie robi mu krzywdy, nie padły pytania, po których Armstrong by się zwijał. Co więcej, on sam nie mówi na temat innych, tego, co robili. A przecież on to musi powiedzieć.

We Francji usłyszałem wersję, że Armstrong występuje jako świadek koronny. A przecież w takiej roli musi "sypać". Bo to przecież był nie sam Armstrong, a cały system.

Komentując Tour de France, łudził się pan, że Armstrong jest kryształowy?

- Nigdy w to nie wierzyłem, może poza czasem, kiedy go dobrze znałem, bywałem u niego, choć jako młody chłopak był już wtedy zawodowym mistrzem świata. Widziałem jego triumf w Oslo, rozmawiałem z nim zaraz po, ale przez głowę nie przeszło mi, że może się wspomagać. Siedzę w kolarstwie blisko 50 lat, znam je nie tylko z komentowania, ale i przebogatej literatury, głównie w języku francuskim. Sam nie zadawałem sobie wtedy pytania, czy kolarze są czyści, czy jadą na dopingu, ale kilka lat temu w wywiadzie ze mną dla "Rzeczpospolitej" był wielki tytuł "Wszyscy biorą". Ja się z tego tytułu nie wycofam. Po wygraniu przez Armstronga drugiego Tour de France byłem już przekonany, że są nieczyste siły, które rządzą kolarstwem. Nie miałem wątpliwości, że jeździ na dopingu, ale nie mogłem tego powiedzieć na antenie, bo nie miałem żadnych dowodów.

Armstrong jest na tyle przebiegły, że niemal w każdym kraju w Europie miał kogoś, kto śledził prasę, radio, telewizję, szukając krytycznych uwag związanych z dopingiem. Jego prawnicy natychmiast wszczynali akcję prawną ścigającą ludzi, którzy zagrażali jego dobremu imieniu.

Pana też dopadli?

- Nie, ale mam kolegę z Paryża, który jest jednym z dwóch europejskich autorów obok walijskiego dziennikarza książki o Armstrongu. Piszą w niej, że jeździł na dopingu, a dowody na to utknęły w światowej federacji kolarskiej. Napisali to czarno na białym. Mój kolega stracił pracę, więc wśród wielu finansowych żądań wobec Armstronga będą i wspomniani dziennikarze. Stali się bowiem banitami tylko dlatego, że napisali prawdę wcześniej niż inni.

Wszyscy biorą?

- Nie całe środowisko, ale wszyscy ci, którzy wygrywają, jeżdżą na dopingu. Nie bójmy się tego powiedzieć. Szukając zwycięzców Tour de France po odebraniu tytułów Armstrongowi, dochodziliśmy niekiedy do dziesiątego miejsca, bo wszyscy wcześniej byli już zdyskwalifikowani.

Niedobrze byłoby zalegalizować doping, szczególnie dla młodzieży, która nie powinna tego doświadczać. Ale jeśli ktoś ma 35 lat i chce wygrać Tour de France, biorąc doping, niech bierze i jedzie. Rywal też pewnie wziął, będziecie się ścigać, ktoś pewnie wygra.

* * *

Audycji "Przy niedzieli o sporcie" można słuchać co tydzień od godz. 17 w Radiu TOK FM.