Czy Lance Armstrong ma upaść?

Nie było w minionym roku większego skandalu niż ten. W poprzednich latach również trudno znaleźć podobną historię. Huk uderzenia o bruk w przypadku Lance'a Armstronga powinien być głośny nie tylko z powodu twardości spiżu z jakiego zbudowano mu pomnik, ale też z powodu wysokości z jakiej leci. Ale łatwo runąć nie chce i nie każdy chce, by runął.
Relacje na żywo w twoim smartfonie. Pobierz aplikację Sport.pl LIVE ?

Jedno z najbardziej niezwykłych zdjęć tego roku wzięło się z twittera samego Armstronga. W listopadzie kolarz wrzucił fotografię siebie samego, wyciągniętego leniwie na swojej kanapie w domu w Austin, spoglądającego na ścianę, na której wisi siedem oprawionych żółtych koszulek symbolizujących zwycięstwa w Tour de France. "Z powrotem w Austin, tak sobie leżę..." - napisał w komentarzu. To wiele mówi o człowieku, który uciekł przed śmiercią, więc nie boi się takich drobiazgów jak społeczny ostracyzm. Nawet wobec największego, być może, oszusta w historii sportu.

Osiem wygranych

Armstrong najgorsze przeżył szesnaście lat temu. W sierpniu 1996 r. z utalentowanym 25-letnim kolarzem dwuletni kontrakt wart 2 mln dol. podpisała nowo utworzona francuska grupa kolarska Cofidis. Armstrong nie był już wtedy anonimowy. Były triatlonista (na zawodowstwo przeszedł w wieku 16 lat), jako nastolatek wygrywał zawody w Teksasie, a potem w całym kraju. W 1992 r. postawił na karierę kolarską podpisując kontrakt z teamem Motorola. Rok później został mistrzem świata w wyścigu szosowym. W kolejnych latach wygrał kilka klasyków, a także dwa etapy podczas Tour de France.

Ale kilka miesięcy po umowie z Cofidisem u Armstronga wykryto zaawansowanego raka jąder z przerzutami do płuc i mózgu.

- Będzie mnie pan musiał przekonać, że to pan jest właściwym człowiekiem do operacji - miał powiedzieć kolarz do dr Scotta Shapiro, który operował jego mózg. - Zrobiłem takich operacji mnóstwo. Nikt mi nie umarł na stole, nikomu się nie pogorszyło. Biorąc pod uwagę jak dobry jesteś w jeździe na rowerze, ja jestem o wiele lepszy w operacjach mózgu - usłyszał odpowiedź. Wycięto mu guza, usunięto jedno z jąder całkowicie zniszczone przez chorobę. Nie zgodził się na standardową chemioterapię, leczono go więc eksperymentalnymi koktajlami, które miały oszczędzić jego płuca. Chciał wciąż jeździć na rowerze, choć w lutym 1997 r. Cofidis zerwał umowę.

Rękę wyciągnęli twórcy nowego, amerykańskiego teamu U.S. Postal. Armstrongowi zaproponowano kontrakt o wartości 200 tys. dol. rocznie, czyli pięciokrotnie niższy niż w Cofidisie. Zgodził się bez wahania. Dalszą historię każdy kibic kolarstwa zna doskonale. W pierwszym sezonie jazdy w U.S. Postal Armstrong był czwarty podczas Vuelty. W kolejnym wygrał Tour de France, choć bez nieobecnych Marco Pantaniego i Jana Urlicha jego sukces nieco lekceważono. W 2000 r. pokonał, drugiego na mecie Ulricha o ponad sześć minut. Potem wygrywał najsłynniejszy wyścig kolarski świata jeszcze przez pięć kolejnych lat. Stał się najlepszym kolarzem w historii dyscypliny, bezkonkurencyjnym w Tourze. "Wielka Pętla" przekształciła się w wyścig po drugie miejsce.

Część historii kibice kolarstwa poznali jednak dopiero w tym roku czytając raport amerykańskiej agencji antydopingowej, która nazwała Armstronga "notorycznym oszustem, który kierował najbardziej zaawansowanym naukowo, profesjonalnym i skutecznym programem dopingowym w historii sportu". - Dla niego nie ma miejsca w kolarstwie. Zasługuje na to, by o nim zapomnieć - stwierdził szef Międzynarodowej Unii Kolarskiej Pat McQuaid.

Z raportu wychodzi obraz człowieka zepsutego dążeniem do sukcesu za wszelką cenę, który w szaleństwo wciągnął każdego dookoła. Stworzył dopingowe przedsiębiorstwo, w którym żeby jeździć i zarabiać musiałeś brać. I nigdy z tego powodu nie wyraził żalu.

"Żeby zrealizować swój cel, uzależnił się od EPO, testosteronu i transfuzji krwi, ale także od tego, żeby w dopingowy proceder zaangażowane było całe jego otoczenie" - czytamy w raporcie. Amerykanin kontrolował proces brania dopingu przez innych kolarzy z US Postal, "pożyczał" im swoje EPO, tych, którzy mieli wątpliwości szantażował. Wśród 26 osób, które obciążyły go zeznaniami jest 11 byłych kolegów z teamu. Sam kolarz wiele razy powtarzał, że przeszedł w karierze 500-600 testów i ani razu nie przyłapano go na dopingu. Śledczy wyliczyli mu ich nieco ponad ćwierć tysiąca. Amerykańska agencja antydopingowa ma ponoć dowody, że kolarz przeprowadzał transfuzje krwi nawet w latach 2009-10, gdy po długiej przerwie wrócił do ścigania (w 2009 r. był trzeci na Tour de France), a także wcześniej, jeszcze w 1996 r.

Kto go znienawidzi?

Ale dla wielu Armstrong to wciąż człowiek, który wygrał walkę ze śmiertelną chorobą. A dzięki swoim sukcesom pomaga uporać się z nią innym. Istniejąca od 15 lat fundacja Liverstrong zebrała na walkę z rakiem już 500 mln dol. Największym donatorem jest sam kolarz, który do tej pory wpłacił na konto fundacji 7 mln dol. Tej jesieni zrezygnował z funkcji prezesa, ale sama instytucja zmieniła nazwę na "Lance Armstrong Foundation". Na październikowej imprezie z okazji piętnastolecia fundacji bawili się m.in. aktor Sean Penn i piosenkarka Norah Jones.

Austin, w którym Armstrong mieszka, jest jednym z najbardziej rowerowych amerykańskich miast. Władze chwalą się, że moda na jazdę na rowerze, która rozkwitła gdy kolarz zgarniał kolejne zwycięstwa we Francji, obejmuję m.in. ok. 50 tys. studentów tamtejszych uczelni. Przez centrum miasta biegnie trasa rowerowa im. Lance'a Armstronga i gdy pojawiły się pomysły by zmienić nazwę, burmistrz miasta stanowczo się od niej odciął. Fundacja nie zanotowała problemów finansowych podobnie jak mieszczący się kilka przecznic dalej sklep rowerowy "Mellow Johny", którego kolarz jest współwłaścicielem. Nazwa to przydomek Armstronga, który jest zamerykanizowanym francuskim "maillot jaune", czyli "żółta koszulka", w której jedzie prowadzący w wyścigu. Rowery kupili sobie w nim m.in. kierowcy F1, gdy w listopadzie na niedaleko położonym torze odbywało się Grand Prix.

Felietonistka "Washington Post" Sally Jenkins napisała niedawno artykuł pod tytułem "Dlaczego nie jestem zła na Lance'a Armstronga". Jenkins to znana dziennikarka sportowa, pracująca wcześniej m.in. w GQ i Sports Illustrated, autorka m.in. dwóch książek napisanych wspólnie z Armstrongiem, w tym "It's Not About a Bike" - bestselleru z listy New York Timesa. "Być może nie jestem na niego zła, bo człowiek którego znam czasem tracił głowę wśród celebrytów, ale zawsze trzymał ją podniesioną wysoko, gdy chodziło o walkę z rakiem. Mówił, że z chorobą się nie wygrywa, ma się po prostu masę szczęścia. (...) Nigdy nie widziałam by wstydził się pokazać prawo jazdy ze zdjęciem, na którym jest kompletnie łysy, bez brwi, za to z dwiema bliznami po operacji mózgu. (...) Za to go kocham" - napisała.

Na zabraniu mistrzowskich tytułów z Tour de France może się nie skończyć. W toczącym się przez ostatnie dwa lata śledztwie FBI zaprzeczał, że się szprycował. Jeśli zostanie oskarżony o krzywoprzysięstwo, grozi mu 30 lat więzienia. Ale FBI twardych dowodów na doping nie znalazło i kilka miesięcy przed ujawnieniem raportu USADA zamknęło dochodzenie. Armstrong być może będzie musiał zwrócić blisko 4 mln dol. nagród wypłaconych przez organizatorów Tour de France i prawie 8 mln dol. wypłaconych przez niektórych sponsorów po kolejnych wygranych. Ale w karierze zarobił blisko 125 mln dol. a większość sponsorów, nawet jeśli zerwała z nim współpracę, nie zaryzykuje długiego procesu. Tym bardziej, że przez lata współpracy z Armstrongiem zarobili krocie.

Co Armstrong musi

Przypadek Amerykanina wyraźnie różni się od historii poprzedników w dopingowym procederze, którzy z hukiem wpadali. Każdego z nich w większym lub mniejszym stopniu dotknęła infamia. Armstrong o sukcesy sportowe nie musi się martwić, bo karierę już zakończył. A o ludzki szacunek?

W październiku wystartował w zawodach triatlonowych. Organizatorzy, by go zaprosić, zorganizowali zawody poza amerykańską federacją. Gdy okazało się, że będzie startował Armstrong, spośród tysiąca uczestników wycofało się dwóch. Za to 300 kolejnych osób zapłaciło wpisowe (ok. 200 dol) za możliwość startu z bohaterem największej afery dopingowej ostatnich lat. Od wybuchu afery kolarz tylko raz pojawił się publicznie - na 15-leciu swojej fundacji. Powiedział kilka słów. Nie przeprosił.

Może nie musi?