Kolarstwo. Lance, dopingowy boss?

Obowiązywała zasada ?Wszyscy biorą?. 11 kolegów zeznało, że zgoda na doping była warunkiem pracy u Lance'a Armstronga.
Upubliczniony w środę wstrząsający, kilkusetstronicowy raport Amerykańskiej Agencji Antydopingowej (USADA) zawiera m.in. opis wyjazdu Armstronga z kolegami do Walencji w 2000 r.

W hotelowym pokoju dwójka lekarzy i menedżer zespołu US Postal Johan Bruyneel przyglądała się, jak ich świeża, "wypoczęta" krew skapuje do plastikowych woreczków. Miesiąc później została z powrotem wpompowana do żył zmęczonych kolarzy w trakcie Tour de France. Według opisu jednego ze świadków zawodnicy drżeli, gdy zimny płyn zaczynał pulsować ponownie w żyłach. Następnego dnia Armstrong, naładowany większą ilością czerwonych krwinek z nielegalnej transfuzji, pruł pod Mont Ventoux z taką szybkością, że na górskim etapie przegrał tylko z Włochem Marco Pantanim, prawodpodobnie też naszprycowanym po uszy. Armstrong powiększył przewagę nad Janem Ullrichem do 4 minut, praktycznie zapewnił sobie końcowe zwycięstwo, choć Niemiec - co okazało się kilka lat temu - też był na wspomagaczach.

Koledzy Armstronga z US Postal zeznali, że Amerykanin często ordynował kto i jaki doping ma dostawać. Jeden z nich wspomina, że w 2002 r. w pokoju hotelowym w Gironie usłyszał, że jeśli nie weźmie EPO według zaleceń lekarza wskazanego przez Armstronga, pożegna się z drużyną. Obowiązywała zasada: "Wszyscy biorą". "Armstrong, żeby zrealizować swój cel, uzależnił się od EPO, testosteronu i transfuzji krwi, ale także od tego, żeby w dopingowy proceder zaangażowane było całe jego otoczenie" - napisano w raporcie.

EPO, czyli syntetyczny doping krwi, był według zeznań czymś powszechnym. Kolarze pożyczali go sobie, tak jak pożycza się bidony. - Masz jakieś EPO na zbyciu? - pytał George Hincapie Armstronga w 2005 r. Teksańczyk bez słowa odstąpił mu porcję. Hincapie zeznał też, że w 2003 r. Armstrong osobiście przyjechał do jego mieszkania w Hiszpanii, żeby przypilnować pobrania krwi na nielegalne transfuzje.

Dla kamuflażu EPO nie było przechowywane we fiolkach czy strzykawkach, ale w butelkach po wodzie. Jonathan Vaughters opowiadał, że gdy dostawał butelkę z napisem "Jonathan - 5x2", oznaczało to, że w środku jest pięć fiolek EPO po 2000 jednostek międzynarodowych każda [w farmakologii tak mierzy się wielkość dawek leku].

Vaughters wspominał, że gdy kiedyś w pokoju hotelowym pożyczał od Armstronga laptop, Amerykanin robił sobie zastrzyk i zażartował: - Pamiętaj, ty też bierzesz EPO, więc nie możesz napisać o tym książki.

Floyd Landis opowiadał, że gdy pomieszkiwał w apartamencie Armstronga, ten przypominał mu, że musi koniecznie pilnować lodówki, bo są niej schłodzone worki z krwią. - Awaria prądu byłaby dla nas zabójcza - podkreślał Landis.

Niesamowicie brzmi zeznanie Davida Zabriskiego, który zeznał, że Bruyneel, belgijski szef teamu US Postal, dla żartu wymyślił nowe słowa do piosenki Jimiego Hendrixa "Purple Haze". Utwór, uchodzący za narkotykowy hymn lat 60., w ustach kolarzy zaczynał się od słów: "EPO płynie w moich żyłach/ Świat wygląda nieco inaczej/ Jest niezła zabawa/ Przepraszam, że wyprzedzam tego faceta".

Raport stwierdza, że doping pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku był nonszalancki. Kolarze nie bali się, bo mieli świadomość, że nie ma jeszcze w pełni skutecznych testów na EPO czy transfuzje. A Armstronga otaczała zawsze siatka współpracujących profesjonalistów - lekarzy, szmuglerów, doradców. Kolarzom z US Postal pomagała m.in. była żona ich lidera Kristin Armstrong - już w 1998 r. roznosiła tabletki ze sterydami zawinięte w aluminiową folię na MŚ.

Raport zawiera zeznania świadków, ale też mnóstwo innych dowodów: e-maili, wyciągów bankowych, wyników badań z laboratorium. Wstrząsające są zwłaszcza dokumenty bankowe potwierdzające, że w latach 1996-2006 Armstrong przelał na konto Michele Ferrariego, lekarza dotkniętego dopingową skazą, ponad milion dolarów w kwotach od kilkudziesięciu po kilkaset tysięcy. W tej sprawie USADA pomogła włoska policja.

Hincapie twierdził, że Ferrari nie tylko dostarczał doping, ale był też mistrzem trików pozwalających na maskowanie zakazanych substancji. Przygotowywał specjalne procedury, jak nie dać się złapać. Np. mówił, że EPO najlepiej podawać bezpośrednio do żył, a nie podskórnie. - Dzięki niemu w 2000 r. byłem całkowicie spokojny, że nie zostanę przyłapany - zeznał Hincapie, nazywany pierwszym adiutantem Armstronga.

Według słów kolarzy kluczową rolę w dopingowym procederze odgrywał też Bruyneel, szef zespołu, przyjaciel Armstronga, który m.in. przekonywał młodych, że bez wspomagaczy nie da się osiągnąć sukcesu. Christian Vande Velde opowiadał, że Bruyneel w 1998 r. sprowadził do zespołu nowego lekarza - Luisa Garcię del Morala. Robił młodym lekarzom zastrzyki. - Wbiegał do pokoi i zanim się zorientowałeś, już miałeś igłę w ręce. Zawsze odpowiadał, że to odżywki lub witaminy - wspomina. Ale tak traktowano wyłącznie nowicjuszy. Vande Velde mówi, że w pewnym momencie lekarz otwartym tekstem zaordynował, że najwyższy czas, żeby zaczął brać testosteron.

Vande Velde opowiadał, że Armstrong podchodził nieufnie wobec kolarzy, którzy kręcili nosem na doping. Uważał, że mogą storpedować jego misterny plan, osłabić drużynę. Kolarze zeznali, że uczestnictwo w dopingu było warunkiem pracy w jego zespole.

Zabrieskie zeznał, że też miał obiekcje. Poszedł do Bruyneela i pytał: Czy będę mógł mieć dzieci? Czy nie ucierpi moja psychika? - Wszyscy biorą - miał odpowiedzieć Belg.

Lekarze byli zaangażowani do tego stopnia, że często wypisywali recepty ze wsteczna datą. Gdy np. ktoś wpadał na kortyzonie, doktor wypisywał zaświadczenie, że lek zaordynował dwa tygodnie temu - tak było m.in. z samym Armstrongiem w 1999 r. podczas Tour de France.

Armstrong, a wraz z nim m.in. Bruyneel, wciąż twierdzą, że są niewinni, a raport opiera się wyłącznie na niewiarygodnych ich zdaniem zeznaniach skruszonych dopingowiczów. Ale zaczyna brakować im argumentów - liczba świadków obciążających Armstronga urosła już do 26, w tym 11 kolarzy, są dziesiątki innych dowodów. W USA raport wywołał gigantyczny szok. Widać powoli, że legenda Armstronga chwieje się w posadach. Pod tekstem w "New York Timesie" streszczającym raport jest ponad tysiąc komentarzy. "Jeśli to prawda, jestem zdruzgotany. Lance, dlaczego oszukiwałeś nas wszystkich przez tyle lat?" - napisał jeden z internautów.