Sport.pl

Kolarstwo. W Giro jak w szpitalu

- Przejechałem 19 wielkich tourów i wiem, że zawsze może zdarzyć się szansa na etapowe zwycięstwo - mówi najlepszy polski kolarz Sylwester Szmyd, od soboty ścigający się w Giro d'Italia.
Kacper Merk: To pana jedenaste Giro d'Italia. Start wzbudza jeszcze jakieś emocje?

Sylwester Szmyd: Śmieję się, że to mój sposób na maj, bo z 34 lat życia niemal jedną trzecią majów spędziłem na Giro. Zawsze we włoskiej ekipie, zawsze z kolarzem mającym szanse wygrać klasyfikację generalną. W zespole mamy 30 zawodników, a w Giro jedzie tylko dziewięciu, więc już znalezienie się w tym gronie jest wyróżnieniem. Poza tym wszyscy nasi sponsorzy to włoskie firmy i choć największym wyścigiem jest Tour de France, to bardziej zależy im na pokazaniu się przed własną publicznością. Dlatego Giro jest najważniejsze.

To doskonale się składa, bo pan ma za sobą znakomity początek sezonu.

- Chyba najlepszy w karierze. Pierwszy raz stałem na podium w wyścigu etapowym (Giro del Trentino), a w Katalonii na dwóch etapach byłem trzeci. Ale nie mogę myśleć, że w Giro będę jechał po zwycięstwo etapowe, bo to byłoby nieprofesjonalne. Naszym liderem będzie triumfator dwóch wyścigów Dookoła Włoch Ivan Basso i na niego będziemy pracować. Przejechałem 19 wielkich tourów i wiem, że zawsze może zdarzyć się szansa na etapowe zwycięstwo.

Giro to trzy tygodnie ścigania. Zdarza się, że dopada pana kryzys?

- Mentalny nie, bo to moja praca i potrafię się skoncentrować. Czasem mam kryzys fizyczny: wsiadam na rower i czuję, że noga nie kręci. W takich momentach przypomina mi się Vuelta a Espana z 2006 roku. Wówczas na jednym z etapów też mi nie szło, a mimo to zająłem 14. miejsce w klasyfikacji generalnej. To mój najlepszy wynik w wielkich tourach.

Jak wygląda życie na wielkim wyścigu?

- Najważniejszy, poza jazdą, jest odpoczynek. 200 kilometrów każdego dnia to dla organizmu mordęga. Musimy jak najwięcej spać. Kładziemy się około 22, a wstajemy o 8. Nasz lekarz podkreśla, że nawet godzina snu więcej niż zazwyczaj daje 20 godzin dodatkowego odpoczynku. 20 godzin są jak dwie dodatkowe noce na odpoczynek - to jest klucz do sukcesu. Do tego masaże i okładanie nóg lodem po każdym etapie. Nie mniej istotne jest odżywianie się - na wiele wyścigów bierzemy kucharza, ale we Włoszech jedzenie jest w porządku, więc menu ustala lekarz. Nie ma jednak mowy o lasagne czy innych pysznościach - jemy jak w szpitalu, na diecie lekkostrawnej. Przeważnie biały makaron z delikatnym sosem pomidorowym. Unikamy ryb, bo bywają nieświeże. Odpadają też surowe warzywa, które mogą spowodować rozstrój żołądka, co jest równoznaczne z wycofaniem się.

Co po Giro d'Italia? W tym roku Tour de Pologne pokrywa się z Tour de France. Gdzie zatem pan wystartuje?

- Wystartuję w Dauphine Libére (3-10 czerwca), potem planuję krótki urlop i przez tydzień nie wsiądę na rower. Następnie przyjadę na Tour de Pologne (10-16 lipca), ale kalendarz nie jest sprzyjający. Nie przygotuję się więc odpowiednio i już wiem, że nie powalczę o zwycięstwo.

Dziesięć dni po wyścigu dookoła Polski rozpoczynają się igrzyska olimpijskie. Ale panu z kadrą nie jest po drodze...

- Chciałbym pojechać na igrzyska i uważam, że na to zasługuję. Od lat utrzymuję w miarę równy poziom, a takich kolarzy nie ma w kraju wielu. Ale dla mnie reprezentowanie Polski to nie reprezentowanie prezesa, trenera czy działacza Polskiego Związku Kolarskiego, gdzie od lat panuje krętactwo. Moje problemy z kadrą zaczęły się za czasów juniorskich, gdy miałem jechać na mistrzostwa świata. Nie pojechałem, mimo że jako jedyny osiągałem wtedy sukcesy na Zachodzie. Chcę jechać na igrzyska, ale pytanie, czy pojadę, nie powinno być kierowane do mnie.

Czuje się pan najlepszym polskim kolarzem?

- Czytałem takie opinie, ale sam nigdy tak nie powiem. Kolarstwo to sport, w którym trudno wskazać jednego najlepszego. Popatrzmy: Cavendish to najszybszy sprinter, Cancellara dominuje w jeździe na czas, na wielkich tourach najlepszy jest Contador. Ja ciężką pracą doszedłem do poziomu, za który jestem doceniany. Co roku mam kilka propozycji z innych zespołów, ale w polskim peletonie są zawodnicy z większym potencjałem i talentem, którzy w najbliższych latach mogą zajść wysoko.

Wkurza pana, że jest bardziej popularny we Włoszech niż w Polsce?

- Po każdym wywiadzie dostaję maile z Polski, że mam grono wiernych kibiców. I wiem o tym. Ale we Włoszech kibicują mi także miejscowi. Podczas Giro del Trentino co chwilę słyszałem: "Dawaj, zaraz go dogonisz!". A przecież ścigałem się z ich rodakiem! We Włoszech kolarstwo jest pokazywane w TV non stop, w Polsce - poza Tour de Pologne - nie ma go w ogólnodostępnej telewizji. Dlatego większość kibiców żyje czasami Ryszarda Szurkowskiego, a nie dostrzega obecnych kolarzy.

Polskie Giro

W tegorocznym, 95. Giro d'Italia wystartowało siedmiu polskich kolarzy. Tak wielu Polaków włoski tour jeszcze nie gościł. Najbardziej doświadczony jest 34-letni Szmyd jadący w barwach Liquigas. Choć głównym zadaniem Szmyda jest pomoc liderowi grupy, to właśnie on ma największe szanse na zwycięstwo etapowe. Największy sukces odniósł w 2006 roku - był 19. Oprócz niego w Giro jadą jeszcze: Maciej Bodnar (Liquigas), Michał Gołaś (Omega Pharma), Bartosz Huzarski (Team NetApp), Michał Kwiatkowski (Omega Pharma), Tomasz Marczyński (Vacansoleil) i Przemysław Niemiec (Lampre).