Ogień w płucach. Kolarstwo się globalizuje

Mistrz świata w jeździe na czas Niemiec Tony Martin wygrał pierwszy w historii Wyścig Dookoła Pekinu nazwany przez organizatorów azjatyckim Tour de France.
Mają do tego pełne prawo. Wyścigiem zarządza firma Amaury Sport Organisation (ASO), ta sama, która jest właścicielem "Wielkiej Pętli". Dyrektorem został Jean-François Peschaux, dyrektor Tour de France.

Podobieństw między imprezami jest sporo, choć o wiernej kopii mówić trudno. Miasteczko startowe, namioty dla VIP, podium, hostessy całujące zwycięzców - to wszystko wzięto z TDF, ale są też istotne różnice. Martin po pierwszym etapie, a potem po kolejnych i ostatecznie jako zwycięzca wyścigu ubierany był w czerwoną koszulkę - jak flaga Chin - a nie żółtą. Mimo że wyścig kończył się w samym centrum Pekinu na placu Tiananmen, Niemiec nie mógł liczyć na gorące owacje - cały wyścig toczył się w ciszy przy nikłym zainteresowaniu.

UCI postawiło jednak na swoim. To część głębszej strategii. Od kilku lat wysyła kolarzy poza Europę. - Odkąd zostałem wybrany, marzyłem o tym, by zglobalizować kolarstwo - mówił w Pekinie Pat McQuaid, szef UCI. W Australii odbywa się więc Tour Down Under, w USA Tour of California, w Kanadzie Grand Prix Quebecu, w Afryce Tour de Burkina Faso, w Azji Tour of Katar (oba organizowane przez ASO). Te imprezy mają jednak charakter regionalny, grzeszą również sportową egzotyką.

Tour of Pekin został zaliczony do World Tour, cyklu najpoważniejszych wyścigów świata. Ma podobną rangę co Paryż - Nicea czy Criterium du Dauphiné. Wystartowali w nim kolarze 18 najlepszych drużyn świata, choć niektórzy z musu. - To wyścig, który nie ma historii, wolelibyśmy pojechać włoskie klasyki, ale naszej drużynie brakuje punktów do rankingu i to jest najważniejsze - powiedział dyrektor francuskiej grupy AG2R Jean-Christophe Péraud. Start w Pekinie był częścią paktu, jaki federacja zawarła z szefami ekip profesjonalnych. Kolarze pojechali do Chin w zamian za obietnicę, że w przyszłym roku w World Tour nadal będą mogli korzystać z łączności radiowej z wozami technicznymi.

Kontrakt na organizację imprezy zawarto na cztery lata. Cel UCI i Chińczyków był jasny. Światowa federacja chce rozreklamować dyscyplinę w coraz bogatszym dla kolarstwa zakątku. Pozyskać tam pieniądze, ale też nowych zawodników. W elicie peletonu kolarzy spoza Europy jest już dużo, ale Azjatów niewielu. - Kiedy zaczynałem startować, jeździłem z Włochami, Hiszpanami, Francuzami, Australijczykami, było paru Niemców. Dziś są Argentyńczycy, jest Fischer z Brazylii, nawet kolarz z Erytrei - mówi Nicolas Roche jeden ze zwycięzców etapu w Pekinie.

Chińczycy z chęcią podchwycili pomysł UCI. Dla nich organizacja wyścigu kolarskiego to również sposób na rozładowanie korków w mieście, gdzie zarejestrowanych jest pięć milionów samochodów. Można się z tego argumentu śmiać, ale wyścigi kolarskie oddziałują w ten sposób na ludzi. Badania wykazały, że dzięki etapom Tour de France w Londynie o 15 proc. wzrosła liczba cyklistów w stolicy Anglii. Zamiarem gospodarzy było również - obok pokazania światu Wielkiego Muru czy grobów cesarskich - przywrócenie do życia i przypomnienie obumarłych od 2008 roku pomników igrzysk w Pekinie. Tour of Pekin ruszył spod stadionu olimpijskiego - słynnego Ptasiego Gniazda, kolarze przejeżdżali obok pływalni zwanej Kostką Wodną, toru kajakowego, parku olimpijskiego.

Zawodnicy tych miejsc nie ożywili, kibice też nie. Na trasie było ich dziesiątki, a nie setki, i nie ma pewności, czy to nie uczestnicy zorganizowanych wycieczek. - Trudno było odróżnić prawdziwych kibiców od fałszywych - przyznał Péraud. Może przestraszyli się smogu, jak kolarze? - Pierwszego dnia wybraliśmy się na czterogodzinny trening, ale dzień później skończyliśmy po trzech. W płucach poczuliśmy ogień - opowiadał francuski kolarz Sébastien Hinault. Przeżywające kryzys w Europie kolarstwo musi więc poświęcić zdrowie zawodników, by odbić się od dna.