Tenis. Leyton Hewitt - on będzie rządził tenisem

Ten człowiek będzie rządził tenisem przez następnych dziesięć lat - twierdzi Pete Sampras. Będzie bajecznie bogaty - to wiedzą wszyscy. Nie ma natomiast pewności, czy najlepszy tenisista świata ukończy szkołę średnią, bowiem już sześć lat temu podporządkował się słynnej dyrektywie Huberta Wagnera - ?jeżeli nauka przeszkadza ci w sporcie, to rzuć naukę? - o Leytonie Hewitcie pisze Zdzisław Ambroziak

Tenis. Leyton Hewitt - on będzie rządził tenisem

Ten człowiek będzie rządził tenisem przez następnych dziesięć lat - twierdzi Pete Sampras. Będzie bajecznie bogaty - to wiedzą wszyscy. Nie ma natomiast pewności, czy najlepszy tenisista świata ukończy szkołę średnią, bowiem już sześć lat temu podporządkował się słynnej dyrektywie Huberta Wagnera - "jeżeli nauka przeszkadza ci w sporcie, to rzuć naukę" - o Leytonie Hewitcie pisze Zdzisław Ambroziak

Wiadomo od zawsze, że gospodarz finałowego meczu o Puchar Davisa ma prawo wyboru nawierzchni i korzysta z tego przywileju tak, by zwiększyć swoje szanse na zdobycie trofeum. Przestaliśmy się więc dziwić, że Francuzi w Grenoble czy Szwedzi w Göteborgu budowali przed laty korty ziemne w halach, byle tylko pokonać rywali. Jednakże to, na co zdecydowali się w tym roku Australijczycy, przekracza granice szaleństwa.

Właśnie rozpoczął się finał drużynowych mistrzostw świata w tenisie mężczyzn Australia - Francja. Miejscem konfrontacji jest słynny ośrodek Melbourne Park, a dokładnie Rod Laver Arena, na której już za kilka tygodni będą rozgrywane finały pierwszego w 2002 roku wielkoszlemowego Australian Open. Wszystkie korty w Melbourne Park mają nawierzchnię "Rebaund Ace II", pozwalającą na pokazanie pełni umiejętności graczom o rozmaitych stylach, taktyce i temperamentach. Tymczasem, i to jest szaleństwo, gospodarze finału Pucharu Davisa zdecydowali się na ten jeden mecz ułożyć na Rod Laver Arena naturalną nawierzchnię trawiastą! Wszystko to w sytuacji kiedy w zgodnej opinii ekspertów szanse Francuzów na zdobycie Pucharu Davisa byłyby znikome, nawet gdyby grano na Roland Garros, a najlepszy tenisista świata Australijczyk Lleyton Hewitt otwarcie deklaruje, że jego ulubioną nawierzchnią jest właśnie Rebaund Ace.

Być może więc gospodarze robią wszystko, by okazale wypadł występ uwielbianego na antypodach i na całym świecie Pata Raftera, którego kariera nieuchronnie zbliża się do końca. Być może, kładąc trawę na Rod Laver Arena, pragną podkreślić tradycję antypodów, gdzie naukę tenisa rozpoczyna się zazwyczaj od serwisu i woleja, a przez całe dziesięciolecia Australian Open rozgrywano właśnie na łące, podobnie jak w Wimbledonie. Nic jednak nie zmieni faktu, że tenisowym bohaterem roku 2001 pozostanie Lleyton Hewitt niezależnie od tego, jak potoczy się finał Pucharu Davisa na trawie Rod Laver Arena.

Szalony krezus

Nie ma żadnej wątpliwości, że będzie bajecznie bogaty. Już dziś, wobec gasnących gwiazd Samprasa i Agassiego to Hewitt, jest marketingową lokomotywą firmy Nike, a firm, z którymi Lleyton ma kontrakty, jest wiele. Do zwycięzcy US Open i Masters w Sydney sponsorzy ustawiają się w kolejce. Pewne jest też, że już zapisał się w annałach sportu jako najmłodszy lider rankingu ATP w całej jego historii. Nie ma natomiast pewności, czy najlepszy tenisista świata ukończy szkołę średnią, bowiem już sześć lat temu, całkowicie bezwiednie, podporządkował się słynnej dyrektywie Huberta Wagnera - "jeżeli nauka przeszkadza ci w sporcie, to rzuć naukę".

Wielu przypisuje fantastyczną karierę Hewitta rodzicom, którzy jak w przypadku Graf, Hingis, Beckera czy Capriati mieli pewną wizję i konsekwentnie ją realizowali. Owszem, ojciec Glynn był cenionym ligowym zawodnikiem australijskiego futbolu, zaś mama Cherilin reprezentacyjną siatkarką, lecz dobrzy rodzice to nie wszystko. Mamy tego dziesiątki przykładów, choćby w polskim tenisie, kiedy rodzicom nie brakuje ani ambicji, ani pieniędzy, by wykierować pociechę na tenisową gwiazdę i nic z tego nie wychodzi, bowiem do szczęścia konieczny jest jeszcze talent, upór i determinacja dziecka. Takim dzieckiem okazał się mały Hewitt.

Jeszcze do 13. roku życia dzielił swoje sportowe pasje, uprawiając z powodzeniem australijski futbol, ale później wszystko podporządkował tenisowi. Jeżeli miałbym wymienić najważniejszą cechę tego chłopaka powiedziałbym bez wahania

Zawziętość.

On po prostu nie znosi przegrywać. By uniknąć porażki, gotów jest bluźnić, kląć jak szewc, obrażać sędziów, prowokować widzów i rywali. Podczas walki na korcie zachowywał się wielokrotnie jak ostatni chuligan. Jego wulgarne słowa i gesty budzą sprzeciw, ale ja teraz nie mówię o eleganckich manierach, tylko o temperamencie. Najlepszym tego świadectwem była postawa Hewitta w ubiegłorocznym, przegranym przez Australijczyków finale Pucharu Davisa przeciwko Hiszpanii. Swój wielki dramat przeżywał tam nękany przez kontuzje i skrajne wyczerpania Patrick Rafter. Nieporozumieniem było też wystawienie do debla Sandona Stolle. Wiadomo było, że Lleyton nie będzie w stanie w pojedynkę pokonać Hiszpanów, ale do każdego meczu wychodził tak, jakby to był najważniejszy mecz w życiu, nie kryjąc, że walka w narodowych barwach jest dla niego najwyższym honorem i zaszczytem. Nie inaczej będzie z pewnością i teraz na trawie Rod Laver Arena.

Sam Hewitt przyznaje zresztą, że sukcesy zawdzięcza przede wszystkim twardości i uporowi, słowem - psychice. Wspomina, że na swój pierwszy turniej do Bangkoku pojechał, mając 13 lat i nocował w jakimś schronisku w Singapurze. Dumnie podkreślał też w wywiadach, że nawet w turniejach juniorskich nigdy nie grał z rówieśnikami, bo to go po prostu nie interesowało. Zawsze mierzył wysoko.

Wielu ekspertów, w tym Wojciech Fibak, przyznając, że nowy lider światowego tenisa miejsce na szczycie zajął całkowicie zasłużenie, wytyka jednocześnie, iż nie ma on wyrazistych atutów, poza niewiarygodną szybkością i umiejętnością znakomitego czytania gry. Brak mu, jak twierdzą, firmowego uderzenia, jak kiedyś forhend Lendla, serwis Samprasa czy wolej McEnroe. Jest w tym wiele słuszności, ale nie do końca. Sam Lleyton uważa za najlepszy punkt swojego tenisowego repertuaru topspin lob, natomiast Sampras - wielki przegrany upływającego roku - po porażce w finale US Open powiedział otwarcie: "To Hewitt a nie Agassi ma najlepszy return na świecie". Return, czyli odpowiedź na serwis we współczesnym tenisie, jest uderzeniem kluczowym zarówno w singlu, jak i w deblu. Przez całe dekady mistrzem returnu był Jimmy Connors, później Agassi, teraz Hewitt. Z tym firmowym uderzeniem Australijczyka nie jest więc chyba najgorzej.

W ogóle przy wszelkich zachwytach nad dokonaniami i zarobkami Lleytona Hewitta w ocenach jego perspektyw wśród ekspertów i dziennikarzy pojawia się często osobliwy

Klimat zatroskania.

Najtęższe autorytety martwią się, że Lleytona może spotkać los podobny do Martiny Hingis, cudownie utalentowanej i fantastycznie ustawiającej się na korcie, która jednak musiała ustąpić miejsca rywalkom wyższym, silniejszym, uderzającym mocniej i celniej. Podobny los, zdaniem wielu, może spotkać też Hewitta. Sceptycy, których nigdy nie brakuje, podkreślają też, że grając z tak ogromnym fizycznym zaangażowaniem, hołdując stylowi, który wymaga niezwykłych rezerw atletycznych, motorycznych i wydolnościowych, Hewittowi trudno będzie przez długo dominować na kortach.

Obawy te jako żywo przypominają zagrożenia, na jakie wskazywano, gdy na światowych kortach pojawił się młodziutki Bjoern Borg. Przy jego stylu, opartym na piekielnych topspinach z obu stron i niestrudzonym bieganiu przy końcowej linii kortu, wydawało się, że łokieć, bark, kolana i stawy skokowe Borga nie mogą wytrzymać długo. Tymczasem Szwed, jakby na przekór fizjologii, ustanowił kilka tenisowych rekordów, do dziś nie pobitych.

Podobnie może być z Lleytonem Hewittem, który wbrew pozorom jest graczem bardzo wszechstronnym. Pamiętajmy, że już w sezonie 2000 zdobył w parze z Maksem Mirnym mistrzowski tytuł US Open w deblu. Jest szczuplutki, to prawda, niespełna 70kg, ale wzrost 180 cm jest w sam raz na mistrza świata.

Zresztą przypomnijmy raz jeszcze opinię Samprasa, który wprawdzie nie składa broni, ale w Nowym Jorku powiedział o Lleytonie wprost: "Ten człowiek będzie rządził tenisem przez następnych dziesięć lat". Słynny Australijczyk John Newcombe prognozuje natomiast, że w najbliższych latach Hewitt może wygrać nawet dziesięć turniejów wielkoszlemowych.

Jak więc widzimy, Sampras i Newcombe nie podzielają zatroskania sceptyków, tylko podziwiają klasę i umiejętności mistrza. Teraz do szczęścia brakuje mu jedynie zdobycia w Melbourne Pucharu Davisa. Gdyby miało stać się inaczej, byłby to rzeczywiście najbardziej szalony finał ostatnich dekad.