Rusza tenisowy turniej US Open

Najlepsi tenisiści, najwięcej miejsc na trybunach, najwyższe ceny - w ten sposób witają Amerykanie gości przybywających na zaczynający się w poniedziałek US Open.

Rusza tenisowy turniej US Open

Najlepsi tenisiści, najwięcej miejsc na trybunach, najwyższe ceny - w ten sposób witają Amerykanie gości przybywających na zaczynający się w poniedziałek US Open.

Ostatni tegoroczny turniej wielkoszlemowy ma zakończyć się wielkim triumfem tenisa amerykańskiego. Takie wrażenie ma się, czytając nowojorskie gazety, słuchając kibiców napływających na korty Flushing Meadows. O Jennifer Capriati, siostrach Williams, Lindsay Davenport, Monice Seles, Andre Agassim, Pete Samprasie czy wreszcie Andy Roddicku mówi się w każdym zakątku rozległego kompleksu tenisowego amerykańskiej federacji.

Amerykanki mają szansę na skompletowanie "narodowego" wielkiego szlema. Po zwycięstwach Capriati w Melbourne i Paryżu oraz triumfie Venus Williams na Wimbledonie zwycięstwo w ich własnych mistrzostwach wydaje się formalnością. W pierwszej dziesiątce rozstawionych jest aż pięć Amerykanek i każdej z nich (Capriati, siostry Williams, Davenport, Seles) daje się spore szanse.

Ulubienicą amerykańskich mediów jest pochodząca z Florydy Capriati. Amerykanie kochają ją jak bohaterów z Hollywood, którzy po życiowych zakrętach i filmowych perypetiach wracają na należne im miejsce na szczycie. Jest kwestią czasu, kiedy historia upadku i powrotu Capriati do tenisa zostanie wykorzystana na scenariusz.

W ciągu ostatnich sześciu lat przynajmniej jedna Amerykanka zawsze była na Flushing Meadows w finale, a ostatnie trzy zwycięstwa odnosiły Davenport, Serena Williams i jej siostra Venus. Czyżby przyszedł czas na Capriati?

Europejczykom pozostaje liczyć na odrodzenie się Martiny Hingis, która od dwóch lat nie wygrała turnieju wielkoszlemowego, oraz rewelacyjne w tym roku Belgijki Justine Henin i Kim Clijsters. Trudno jednak przypuszczać, by dały one radę Amerykankom.

Starzy mistrzowie, młode wilki

Nieco tylko lepsza sytuacja "reszty świata" jest w męskim turnieju. Tu dwóch wielkich mistrzów - Andre Agassiego i Pete'a Samprasa - wspiera cała grupa młodych zawodników, którzy na betonowych nawierzchniach czują się wyśmienicie. O 18-letnim Andy Roddicku jest już głośno, a jemu podobnych jest jeszcze kilku (James Blacke, Mardy Fish, Taylor Dent) i każdy z nich może sprawić niespodziankę.

Na korzyść młodych, mniej znanych tenisistów przemawia losowanie, które nie było dobre dla starych mistrzów. W jednej "ćwiartce" drabinki spotkali się obok Agassiego (rozstawiony z nr. 2) i Samprasa (10), ich rodak Jean-Michael Gambill (20), dwukrotny zwycięzca US Open (1997 i 1998) Patrick Rafter (6), młody Szwajcar Roger Federer (13) i będący w wysokiej formie Holender Sjeng Schalken (24). Tylko jeden z nich trafi do półfinału. Będący w innych "ćwiartkach" młodzi Amerykanie drogę na szczyt US Open traktują jako łatwiejszą.

Organizatorzy chwalą się na lewo i prawo, że US Open 2000 było najbardziej dochodową imprezą sportowa w Stanach Zjednoczonych od czasu igrzysk olimpijskich w Atlancie. W ciągu dwóch tygodni zeszłego roku kibice, którzy stawili się w Nowym Jorku, wydali tutaj 420 mln dolarów. To 3 proc. rocznych wpływów miasta z turystyki. Przez 14 dni korty w centrum dzielnicy Queens odwiedziło łącznie ponad 606 tys. kibiców. Amerykanie kochają rekordy i to na pewno nie było w tym względzie ich ostatnie słowo.

Adam Romer, Magda Rejniak, Nowy Jork