Polska bezradnych rodziców. Jak zmusić dziecko do ruchu, nie robiąc mu krzywdy

Radosław Leniarski Dariusz Wołowski
Fot. Grzegorz Dąbrowski / Agencja Wyborcza.pl

Co jest nie tak z naszymi dziećmi, że nie chce im się ćwiczyć, gdy w tym czasie rówieśnicy w Skandynawii robią dziesiąty kilometr na nartach?

  • Ponad połowa polskich dzieci w wieku 8–12 lat ma zbyt niski poziom tzw. alfabetyzacji ruchowej
  • 94 proc. uczniów polskich szkół posiada niewystarczający poziom kompetencji ruchowych
  • Czy szkoła powinna wyręczyć rodziców w zmuszeniu nastolatków do aktywności fizycznej?
  • Ilu rodziców mówi, że chcieliby, żeby ich dzieci ćwiczyły tylko dlatego, że to dobrze brzmi? 
  • Kto lub co odpowiada za zapaść fizyczną młodzieży w Polsce?
  • Kulturę fizyczną w Polsce czeka rewolucja, bo inaczej medali nie będzie, a społeczeństwo będzie coraz bardziej niedomagać
  • Czy bony na WF dla dzieci w klubach to dobry pomysł?

Radosław Leniarski, Dariusz Wołowski: Co jest z polskimi dziećmi, że tak bardzo boją się sportu?

Michał Lenartowicz, socjolog sportu, AWF Warszawa, prezydent Europejskiego Stowarzyszenia Socjologii Sportu: - Z nimi nic. Nie da się tego wyjaśnić jednym zdaniem, choć właśnie tego pewnie wszyscy byśmy chcieli. Niech punktem wyjścia do tej odpowiedzi będą badania, które od 2021 roku robimy z innymi AWF-ami. Niepokój o kondycję dzieci i młodzieży w pandemii COVID-19 sprawił, że rząd zwrócił się do nas z pytaniem, czy moglibyśmy przyjrzeć się sytuacji. Czując, że faktycznie dzieje się coś złego, zespoły z AWF-ów sięgnęły po wyniki dawnych badań sprawności fizycznej polskich dzieci, które przez lata prowadził m.in. profesor Ryszard Przewęda, a po nim kolejne pokolenie badaczy. Już porównanie wyników badań z 2021 r. z wynikami z 2011 r. pokazało, że sprawność fizyczna polskich uczniów w badaniu z roku 2021 jest wyraźnie niższa. Wstępna interpretacja była taka, że za zapaść sprawnościową odpowiada pandemia.

Zobacz wideo Interesują się sportem raz na 4 lata. "Nie mogę na to patrzeć"

Chce pan powiedzieć, że to jednak nie pandemia jest winna, albo że nie tylko ona?

- No właśnie, nie tylko ona była problemem. Zakończyliśmy edycję badań z roku 2025. Były na to pieniądze, gdyż sprawa okazała się poważna, wzrasta otyłość dzieci, spada sprawność, zmniejsza się zainteresowanie sportem i spada aktywność fizyczna. Jeśli ponad 50 proc. badanych dzieci ze szkół podstawowych nie potrafi przeskoczyć przez skakankę nawet jeden raz, to znaczy, że sytuacja staje się dramatyczna. A problemy na poziomie jednej trzeciej badanych dotyczą także prób rzutu i chwytu piłki, co może sygnalizować rozwojowe zaburzenia koordynacyjne.

Początkowo myśleliśmy, że może na uzyskiwane wyniki, na przykład wynik próby ze skakanką, wpływ miała sama przyjęta metodologia badań. Na przykład po II wojnie światowej do badania inteligencji dzieci wykorzystywano między innymi zdjęcia, na których pokazywano domki w zimowej scenerii i pytano, co się na rysunkach nie zgadza. Większość bystrych dzieci zauważała, że nie ma dymu nad kominem. A przecież w zimie budynek powinien być ogrzewany. Które dziecko wpadłby na to dziś? Skok przez skakankę może być podobnym błędem testu – tak sądziliśmy. Bo dziś na podwórkach dzieci nie bawią się już skakanką i nie rozwijają tej umiejętności. Kiedyś mogło im to w związku z tym przychodzić łatwiej, ze względu na posiadanie takich doświadczeń.

Zastosowaliśmy więc ocenę tzw. fundamentalnych umiejętności ruchowych w sporcie, tzw. FUS - bieg przez płotki, skoki przez skakankę, przewrót w przód, kozłowanie w ruchu, rzut i chwyt piłki oraz strzał i przyjęcie piłki. Kolejne wyniki były jednak tak samo złe i wykazywały konieczność podjęcia natychmiastowej interwencji. Badania w 2023 r. pokazały, że 94 proc. polskich uczniów ma niewystarczający poziom kompetencji ruchowych. Co gorsza, pojawiła się kolejna dramatyczna informacja: odsetek uczniów prezentujących niewystarczający poziom kompetencji ruchowych nawet w szkołach sportowych wyniósł 83 proc.

Korzystając z wzorów kanadyjskich wprowadziliśmy koncepcję kształtowania alfabetu ruchowego dla dzieci 8-12 lat. Alfabetyzacja to przeniesienie umiejętność czytania, pisania, podstaw liczenia na umiejętności ruchowe. Okazało się, że tylko 50 proc. polskich dzieci w wieku 8-12 lat osiąga prawidłowy poziom alfabetyzacji ruchowej. To baza, na podstawie której w kolejnych dekadach życia można rozwijać różnorodne umiejętności sportowe i rekreacyjne, bez których trudno wyobrazić sobie prawidłowe uczestnictwo w kulturze fizycznej. Kruchość tych podstaw może wywoływać efekt błędnego koła: nie potrafię czegoś zrobić, więc nawet nie próbuję. Nie próbuję, więc nie mogę osiągnąć poprawy i tak dalej. Skutkiem może być trwała rezygnacja z uczestnictwa w sporcie i rekreacji ruchowej.

Trzeba było przeprowadzić szkolenia dla nauczycieli wychowania fizycznego, żeby im pokazać skalę problemu, ale też nowe metody nauczania i testy, które powinni stosować. W jednym roku w szkoleniach projektu WF z AWF brało udział 36 tys. nauczycieli WF-u i wychowania przedszkolnego. To bardzo dobry bodziec rozwojowy dla nauczycieli i szansa na wprowadzanie realnych zmian.

Panika, można powiedzieć...

- Tak, trochę się przestraszyliśmy. W pierwszych latach badań administracja państwowa przeznaczyła sporo środków na działania interwencyjne. I należy to bardzo docenić. Ponad pół miliona dzieci wzięło udział w dodatkowych sportowych zajęciach aktywizujących. Wtedy powstał pomysł sport klubów, czyli otwarcia szkół po lekcjach z dofinansowaniem pracy nauczycieli wychowania fizycznego oraz nauczycieli wychowania wczesnoszkolnego w tych klubach. Zajęcia były wizytowane i monitorowane.

Efekty?

- Badania pokazały natychmiastową poprawę wyników i fundamentalnych umiejętności alfabetu ruchowego. Był to bardzo pozytywny bodziec: jeżeli rzeczywiście wprowadzi się coś innowacyjnego, to u dzieci jest poprawa. Ale po pewnym czasie ministerstwa zredukowały aspekt interwencyjny projektu na rzecz rozwoju jego części naukowej i aplikacyjnej. W 2025 roku kluby sportowe dostały z tego źródła dofinansowanie po raz ostatni.

Wtedy pojawił się jako pozytywny bohater ówczesny podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego Maciej Gdula, którego jako socjologa zainteresował wymiar społeczny problemów: dlaczego się pojawiły i czy przyczyną są złe lekcje wychowania fizycznego i systemu sportu, czy jest jakiś szerszy kontekst społeczny, który ma wpływ na te negatywne tendencje. Między innymi dzięki niemu pracę rozpoczął mój zespół socjologiczny i w roku 2025 zbadaliśmy bariery uczestnictwa dzieci i młodzieży w sporcie. Okazało się, że przyczyny mają wieloletnią historię i faktycznie są złożone.

Zawsze tak się mówi, gdy brakuje odpowiedzi...

- Tym razem naprawdę przyczyny mają długą brodę. Można postawić tezę, że generalnie winny jest model rozwoju kultury fizycznej przyjęty w Polsce po 1989 roku. Zakładał on, podobnie jak w całej gospodarce, liberalizację rynku. Kultura fizyczna w Polsce, a zwłaszcza rekreacja ruchowa, została zupełnie skomercjalizowana. Ciężar opłacania udziału dzieci i młodzieży w zajęciach sportowych i rekreacyjnych spadł w dużym stopniu na rodziców. Nie ma w tym nic złego, bo to się wszędzie na świecie zdarza. Chodzi jednak o proporcje i to, na ile system się sprawdza.

W Polsce się nie sprawdził?

- Po analizie badań własnych, po rozmowach, konferencjach, mam bardzo silne przekonanie, że formuła rozwoju kultury fizycznej i sportu powszechnego przyjęta w Polsce po 1989 roku się wyczerpuje i konieczna jest zmiana, jeśli mamy odwrócić katastrofalne trendy w sprawności i zdrowiu naszych dzieci.

Osiągnęliśmy punkt nasycenia, który bardzo trudno przekroczyć. Państwo nadal inwestuje sporo pieniędzy w sport, rekreację ruchową, mamy bardzo poprawioną infrastrukturę, wszystkie wskaźniki ekonomiczne Polski poszły w górę, a my cały czas jesteśmy nieusatysfakcjonowani tym, jak wyglądają osiągnięcia polskich sportowców na arenach międzynarodowych i jak wygląda zaangażowanie dzieci i młodzieży w sport.

Ministerstwa mają generalnie wystarczającą ilość pieniędzy na realizację różnych projektów w dziedzinie kultury fizycznej. Ale ministerstwo w tej sprawie przypomina trochę stację benzynową. Podjeżdżają chętni z pustym bakiem, czyli z projektami do realizacji, i biorą to pięć litrów bezołowiowej, to 15 litrów diesla, ile im brakuje. Inny napompuje koła, ktoś weźmie bańkę płynu do spryskiwania szyb. W dodatku mamy nieuzasadnione przekonanie, że jak rozdzielimy zasoby w ten sposób, to suma cząstkowych działań przyniesie duży efekt, a system będzie się sam regulował.

Chce pan powiedzieć, że to nie jest plan?

- Jest coraz więcej wątpliwości, czy jakikolwiek wyraźny efekt się pojawi, albo czy będzie zgodny z oczekiwaniami i ambicjami.

Dlaczego?

- Z powodu barier. Od tego zaczęliśmy. Bariery uczestnictwa w sporcie i rekreacji ruchowej, bariery budowania kapitału kultury fizycznej, mają społeczne przyczyny, trochę psychologiczne, trochę ekonomiczne. Ich wyjaśnienie jest wymagające. Nie da się powiedzieć na przykład, że Polska ma dziś słabą infrastrukturę sportową, że wystarczy zbudować nowe hale, baseny, boiska, i otworzyć je dla czekających na nie obywateli. Już 10 lat temu ankietowani nie wskazywali, że mają problem z dostępem do hal i boisk. Może trochę gorzej było na terenach wiejskich, gdzie problem stanowi także transport na zajęcia sportowe. Natomiast problemem sygnalizowanym i dekadę temu, i obecnie była niechęć dzieci i młodzieży do sportu. Czyli coś trudno uchwytnego. Niechęć. Bardzo dużo dzieci nie chce uczestniczyć w sporcie.

Postanowiliśmy sprawdzić, dlaczego tak się dzieje, zbadać dzieci, które nie są aktywne w sporcie lub rekreacji ruchowej oraz ich rodziców. Trzeba więc było zbadać lukę w systemie, czyli tych, których w sporcie nie ma. Skorzystaliśmy z pomocy firmy zewnętrznej z jej bazą polskich respondentów z panelu „Opinie.pl". Firma wyselekcjonowała rodziców z dziećmi w wieku szkolnym, które nie są zaangażowane w żadne zajęcia sportowe. Doszliśmy do kilkusetosobowej próby wykorzystanej do badania sondażowego. Z tej grupy wyodrębniliśmy jeszcze osoby do wywiadów pogłębionych, tak, żeby spojrzeć lepiej na problem z perspektywy rodziców i zrozumieć ich podejście do aktywności ich dzieci w wolnym czasie. Badania sondażowe wskazały, że jedną z głównych przyczyn nieaktywności dzieci w ocenie rodziców, są problemy transportowe. Czyli np. rodzice z terenów wiejskich albo z małych miejscowości mówili, "owszem jest oferta sportowa, ale wie pan, autobus nie dojeżdża, zajęcia są późnym wieczorem, zima, dziecko wraca ze szkoły i w zasadzie potem już zostaje w domu". Problem transportowy jest bardzo duży i niby oczywisty.

Dlaczego użył pan słowa "niby"?

- Rodzice nie wskazywali już na barierę finansową. Kłopoty transportowe wydały nam się jednak kwestią dyskusyjną, bo z innych badań wiemy, że bardzo wielu rodziców nie ma wiedzy na temat tego, jaka jest oferta sportowa dla ich dzieci. Gdzie je można posłać i ile to kosztuje. Ktoś ich pyta, czy chciałby pan/pani, żeby dzieci zajmowały się sportem, rekreacją? Odpowiadają, że tak, oczywiście. Zgodnie ze społecznym oczekiwaniem. Ale jeśli zapytamy ich, jaka jest ta oferta dla dzieci, to mogą mieć duży problem z odpowiedzią. Są poza lub na obrzeżach systemu kultury fizycznej. Nie mają dostępu do informacji i ich nie poszukują. Nie są zawieszeni w sieci społecznej, która przekazuje sobie takie informacje. Trochę podobnie jest z udziałem w kulturze wyższej. Jeśli ktoś nie wie, jakie ma w mieście teatry, jaki jest w nich repertuar, co warto obejrzeć, no to trudno mu zadawać dalsze pytania o bariery w dostępie do kultury.

Naprawdę zasadnicze informacje, bardzo niepokojące, dostaliśmy jednak z 20 wywiadów pogłębionych. Słuchałem niektórych z nich na bezdechu. Wyłaniał się z nich obraz rodziców bezradnych.

Brzmi nowocześnie. Wszystkiemu przecież są dziś winni rodzice.

- Większość rodziców była świadoma potrzeby aktywności fizycznej ich dzieci. Mówili: sam uprawiałem sport, grałem w tenisa, miałem lekcje szermierki... Ale wie pan, problem jest taki, że mój syn tego nie chce robić. No więc ankieterka dopytuje, dlaczego nie chce? Jemu się to nie podoba, trochę sobie nie radzi. Podawali też inne wytłumaczenia odmowy dzieci.

Mieliśmy więc dzieci mniej sprawne ruchowo - tak, jak mamy dzieci mniej zdolne matematycznie, historycznie czy polonistycznie - które na zajęciach wychowania fizycznego w szkole bardzo szybko zniechęcały się do tych zajęć lub, zdaniem niektórych badanych rodziców, były zniechęcane do udziału. Może to wynikać z tego, że nauczyciele WF funkcjonują w formule sportowej i selekcyjnego myślenia trenerów sportowych. Sami nauczyciele, będąc osobami bardziej sprawnymi fizycznie, funkcjonując w środowisku kształcącym osoby bardziej sprawne ruchowo, mieszają często logikę treningu sportowego z wychowaniem fizycznym. Chcąc nie chcąc, przenoszą myślenie trenerskie na zajęcia wychowania fizycznego.

W sporcie też są lepsi i gorsi, to oczywiste. Problem w tym, że nauczycielowi lepsi są bardziej potrzebni, przecież jego praca jest często oceniana na podstawie tego, jak jego młodzieżowy zespół sportowy sobie radzi. Łatwiej prowadzi się też zajęcia, kiedy uczniowie łapią w lot. Daje to satysfakcję nauczycielom i uczniom. Jest jednak grupa uczniów mniej zdolnych ruchowo, którym szybko sugeruje się pośrednio lub bezpośrednio, że nie są mile widziani, że sprawiają problemy. Mieliśmy od badanych rodziców dzieci unikających zajęć WF informacje, że nauczyciel wprost mówił: "z ciebie nic nie będzie, usiądź sobie na ławce, oglądaj, znajdź sobie jakieś zainteresowania poza sportem".

Żyjemy w świecie dzieci wrażliwych, płatków śniegu. Jeżeli nauczyciel raz i drugi, publicznie, przy grupie, skomentuje negatywnie ruchowe występy na WF, dziecko zaczyna unikać takiej aktywności fizycznej. Konkretny przypadek: mama mówi, że ze względu na wychowanie fizyczne przeniosła dziecko do innej szkoły. Ma poczucie, że jej dziecko – z nadwagą – po prostu na takich zajęciach cierpi, ponieważ jest źle oceniane. Jakie działania zaradcze podejmuje mama? W pierwszym odruchu wypisuje dziecko z lekcji WF. To wydaje się nielogiczne. Ankieterka pyta, czy mama uważa, że zajęcia sprawnościowe są jej dziecku potrzebne. Mama mówi, że tak, nawet bardziej niż innym, ma tego pełną świadomość.

To dlaczego postępuje wbrew dobru dziecka?

- Bo dziecko po prostu męczy się na WF. Matka widzi, jak podupada psychicznie. Przenosi je więc do innej szkoły. W innej szkole mówi, że nauczyciel lepiej do dziecka podchodzi, że je angażuje. Niechęć dziecka do WF się zmniejszyła. Co się dzieje z tym dzieckiem w czasie wolnym, poza szkołą? Czy dziecko uprawia sport albo po prostu ćwiczy fizycznie? No, bo gdyby niezbyt dobrze mu szło z matematyką, niemal na pewno mama zatrudniłaby korepetytora. Nie, dziecko nie ćwiczy, nie uprawia sportu. Nic takiego się nie dzieje po lekcjach. "Wielokrotnie próbowaliśmy coś zacząć" - mówi ewidentnie wspierająca mama. Pierwsze spotkanie, pierwsze zajęcia sportowe, dziecko się natychmiast zniechęca, bo coś mu nie wychodzi, bo jest słabsze od rówieśników. I natychmiast odpada, informuje, że nigdy już na coś takiego nie pójdzie. Niski poziom alfabetyzacji ruchowej już je wyklucza i problem nieaktywności zaczyna się dalej nakręcać. "Jakie są aktywności dziecka po szkole?" - pyta ankieterka. Uczy się języka obcego. Staramy się też raz w tygodniu albo dwa pójść na mały spacer wokół bloku, w którym mieszkamy. Czyli poziom aktywności fizycznej raczej emerycki. Choć znam też bardzo wielu bardzo aktywnych fizycznie emerytów… Dziecko jest dowożone do szkoły. Nie lubi samo do szkoły iść lub jechać.

Drugi przypadek: ojciec 17-letniej córki mówi, że zawsze zachęcał ją do aktywności ruchowej. Niespecjalnie była zainteresowana. Wychowanie fizyczne nie ma dla niej znaczenia. Ale lubi dobrze wyglądać. W którymś momencie ojca zaniepokoiło jedno zdarzenie: rzucił jej coś, żeby chwyciła, i to coś przeleciało jej przez ręce. Nie była w stanie tego złapać. Nagle uświadomił sobie, że jego córka jest niesprawna fizycznie. Pytanie ankieterki: "co pan zrobił w tej sytuacji? Czy zachęcał ją do udziału w zajęciach fizycznych?" Odpowiedział: "Rozmawialiśmy o tym, ale wie pani, że dziś dzieci nie wolno zmuszać do niczego. Jeżeli ona odpowiada "nie", to ja mogę spróbować jeszcze raz, mogę spróbować drugi i trzeci raz. Ale "nie" oznacza "nie". "Nie wolno zmuszać do niczego ani dorosłej osoby, ani dzieci".

Niepokojące.

- Niepokojące? Z tych badań wyrósł obraz straszliwej bezradności rodziców nieaktywnych fizycznie dzieci. Jest gdzie ćwiczyć, jest szeroka oferta, są instruktorzy, rodzice mają świadomość potrzeby ruchu, nie trzeba ich przekonywać. Ale jest też jakaś szklana ściana, której nie można przekroczyć. Rodzice są bezradni, gdy dzieci im odpowiadają: "nie chcę, nie lubię, nie podoba mi się".

To się wiąże z rozwojem kultury konsumpcyjnej, trochę z hedonizmem, niechęcią do wysiłku, sportowej dyscypliny, podejmowania wyzwań. Wszyscy znamy te opowieści, tylko traktujemy je anegdotycznie. Dopiero gdy dociera do nas skala zjawiska, dociera również powaga sytuacji. Też słyszę w klubie fitness, do którego uczęszczam słowa pięćdziesięciolatka, który ćwiczy i rozmawia z trenerem personalnym: wie pan, mam 16-letniego syna, który w ogóle nie chce nic robić, nie ćwiczy, jest otyły, nie przeszkadza mu to, nie chce wyjść z domu i tak dalej. Co by mi pan radził? Musi pan próbować. Panie - mówi ojciec – wszystkiego już próbowałem. Próbowałem z nim robić pompki w domu, ale wie pan, on nie jest w stanie nawet jednej zrobić. Nie ma na czym niczego dalej budować.

Z takich przypadków wyrasta problem w skali makro. Dotyczy on zdrowia społeczeństwa. Dotyczy kontaktów społecznych, które nie są rozwijane w klubach i stowarzyszeniach sportowych. Dzieci, które badaliśmy, to są dzieci wycofane. Nie rozwijają nie tylko sprawności fizycznej i nie zdobywają kolejnych stopni ruchowej alfabetyzacji, ale brakuje im także kompetencji społecznych. Problem został opisany w literaturze światowej w kontekście pandemii. Ten naturalny eksperyment społeczny, w którym wstrzymano na kilka miesięcy wszystkie zajęcia sportowe powodował, że zanikał np. kapitał społeczny, oparty o kontakty rodziców i dzieci uprawiających sport z innymi rodzicami takich dzieci. Wysychały źródła informacji o tym, co dzieje się w danej społeczności, co warto zrobić, kto organizuje wycieczkę rowerową, kto szykuje się do maratonu, jakie zajęcia sportowe mogłyby pasować czyjejś córce itd. Bo przecież sport to nie tylko ćwiczenia, ale też przestrzeń aktywności społecznej. Również przez sport rozwija się społeczeństwo obywatelskie. To znaczy teraz nie powstaje, karłowacieje.

Spadek sprawności młodych i ich ograniczony udział w kulturze fizycznej ma także mnóstwo innych konsekwencji, choćby dla obronności państwa. Mówiąc o zdrowiu, przyczynach problemów i ich rozwiązaniach skupiamy się w ostatnim czasie głównie na perspektywie indywidualnej, ale zaniedbany fizycznie człowiek szkodzi nie tylko sobie, ale także społeczeństwu.

I co z tym robić?

- Rekomendacji jest wiele, ponieważ znaleźliśmy się na etapie przełomowym, jeśli chodzi o myślenie o kulturze fizycznej.

Po pierwsze - wychowanie przedszkolne.

Dzieci nie rozwijają umiejętności ruchowych, na których można później coś zbudować. Jest to łatwe do wyjaśnienia: zamknięte place zabaw albo brak placów zabaw; ogrodzone osiedla; "helicopter parents", nadzorujący dziecko, żeby nie biegało po drzewach, nie skakało, bo ryzykowało. Brak niekontrolowanej przez rodziców aktywności jest dostrzegany nie tylko w Polsce, ale także w krajach podobnych do naszego. Eksperci ze Słowenii, którzy do nas niedawno przyjechali, mówili, że na lekcjach wychowania fizycznego w szkołach prowadzą zajęcia, które nazywają risky play. Mają one w ramach kontrolowanego ryzyka budzić odwagę, wiarę w siebie. Są to skoki z wysokości, pokonywanie przeszkód i tym podobne. Dobrze byłoby, abyśmy i my się nad czymś takim zastanowili. Pytanie tylko, czy przystałoby na to Ministerstwo Edukacji Narodowej i czy takich zajęć nie baliby się nauczyciele i rodzice. Kiedyś takie zabawy miały miejsce często poza wzrokiem rodziców, na podwórkach, w parkach. Poczucie siły sprawczej i wiary we własne siły, także fizyczne rozwijało harcerstwo. Organizacje skautowe to zresztą jedne z niewielu współcześnie podmiotów, które takie cechy statutowo rozwijają.

Z drugiej strony, jeżeli się czegoś nie wyćwiczy w warunkach kontrolowanych, to nie zrobi się pewnie tego nigdy. Być może najwięcej studentów poruszających się o kulach można spotkać na AWF, co nie znaczy, że są to najbardziej niebezpieczne uczelnie. Słoweńscy rodzice też się pewnie niepokoją, że dziecko może sobie coś zrobić, ale jakoś to robią. Sportowo to wyróżniający się naród w skali Europy, a nawet świata. Patrzymy na ich osiągnięcia z podziwem i pewną może zazdrością.

Może lepiej przemyśleli sprawę, może mają lepszy plan?

- A może wyznaczyli sobie inne cele? Mam wrażenie, że naszemu państwu zależy najbardziej na medialnych sukcesach sportowych i to jest cel każdego kolejnego rządu. U nas dyskusje merytoryczne dotyczą wyłącznie strategii rozwoju sportu wyczynowego. W co zainwestować, żeby mieć więcej medali. Jaki sport niszowy znaleźć, w którym nie ma jeszcze zbyt dużej konkurencji – bo sukces medalowy będzie wtedy pewniejszy. To nie jest ani oryginalne myślenie, ani służące kulturze fizycznej.

Tę metodologię zastosowali Brytyjczycy. Bardzo chcieli mieć medal na igrzyskach zimowych, ale słabo im to wychodziło. Postawili na kobiecy skeleton. Uznali, że tam jest najmniej ludzi, a kobiet to już w ogóle nie ma. Zrobili selekcję, dobrali biegaczki, które były nadal świetne, ale już nie rokowały w lekkoatletyce. Pionierką była Amy Williams, która zdobyła pierwszy złoty medal na igrzyskach w roku 2010, a Brytyjki nadal zdobywają medale w skeletonie. Tamtejsi naukowcy podają nam ten przykład, mówiąc, że jak się chce, to można. Może z pięć osób uprawia w Wielkiej Brytanii skeleton, ale są bardzo zadbani. Potem jadą na igrzyska, wracają z medalem i wszyscy się cieszą. Jest to jednak niekoniecznie zgodne z celem w postaci podniesienia kultury fizycznej całego społeczeństwa.

Artykuł 68 naszej konstytucji mówiący o ochronie zdrowia, wskazuje także, że państwo popiera rozwój kultury fizycznej, w szczególności dzieci i młodzieży. Czyli kultura fizyczna jest jakoś związana z dziećmi i młodzieżą. Tylko, że kultury fizycznej u nas już formalnie tak naprawdę nie ma. Minister od kultury fizycznej jest ministrem sportu i turystyki. Jak się zacznie analizować kolejne ustawy o kulturze fizycznej w Polsce, to widać, że ona zanika. Władzę interesuje tak zwany sport kwalifikowany. W 1984 r. mieliśmy ustawę o kulturze fizycznej, w której wprost wymienione były składowe kultury fizycznej: wychowanie fizyczne, rekreacja ruchowa, rehabilitacja ruchowa i sport. I odnosiły się do nich konkretne zapisy ustawy. W 1991 r. powstał nawet Urząd Kultury Fizycznej i Sportu. Po czym mamy transformację ustrojową po 1989 r., i mamy pierwszą ustawę, nadal o kulturze fizycznej z 1996 r. Główna uwaga ustawy idzie w kierunku regulowania sportu, no bo to jest w teorii najbardziej paląca sprawa. Pojawił się sport uprawiany jako zawód, kluby sportowe zaczęły działać jako spółki, należało uregulować bezpieczeństwo na stadionach, licencje, prawa zawodników, funkcjonowanie związków sportowych i tak dalej. W 2005 mamy już ustawę o sporcie kwalifikowanym. Nie ma już nawet mowy o kulturze fizycznej. Absolutnie szczera ustawa. Czym wedle tej ustawy zajmuje się minister ds. kultury fizycznej? Sportem kwalifikowanym wyłącznie. Dalej mamy ustawę o sporcie z roku 2010 r. z której wynika, że nadal głównym przedmiotem zainteresowania państwa jest sport. Kultura fizyczna jest zdefiniowana fasadowo, w jednym punkcie, w artykule drugim. Ma się na nią składać sport, wychowanie fizyczne i rehabilitacja ruchowa. Jest to zresztą jedyne w tej ustawie odniesienie do kultury fizycznej. Czyli holistycznie ujmowana kultura fizyczna jest białą plamą. Nie ma o niej mowy w ustawie o sporcie, w oświacie, zdrowiu. Nie ma nigdzie.

Ten obszar w Polsce reguluje się sam, to znaczy ludzie biorą sprawy w swoje ręce. Wspierani czasem przez władze lokalne, finansują aktywność sportową i rekreacyjną własnych dzieci, na tyle, na ile ich stać. Ale to dotyczy najczęściej dzieci we wczesnym wieku szkolnym. Wtedy dzieci poddają się decyzjom rodziców, rodzic gdzieś wiezie dziecko na zajęcia. Dziecko realizuje plan rodziców. A potem rodzic musi odpuścić, bo dziecko jest już mniej podatne na jego wpływ. Zaczyna się większy wpływ rówieśników, zaczyna się wpływ otoczenia społecznego. W przypadku zaangażowania w sport problemy pojawiają się w wieku mniej więcej 13 lat. System sportowy zaczyna też w tym wieku odrzucać dzieci, które nie rokują sukcesów w sporcie kwalifikowanym. Te dzieci trafiają w próżnię.

Nie mamy w zasadzie oferty dla mniej zdolnych ruchowo dzieci w wieku 13-18 lat. Nie są one przyjmowane do klubów fitness, bo są niepełnoletnie, nie wspominając, że te kluby działają wyłącznie komercyjnie. Nie ma oferty aktywności sportowej, zabawowej i mniej poważnej rywalizacji sportowej dla tych, którzy nie rokują na bycie mistrzem.

Czyli nie ma oferty dla tych, którzy jej najbardziej potrzebują.

- Tak jest. System sportowy eliminuje takie osoby, selekcja jest tak zorganizowana, że te dzieci są odrzucane. One są niepotrzebne, bo systemem rządzą stypendia, szkoła sportowa i tak dalej. W jakimś sensie nie powinniśmy się dziwić, że ci ludzie nie są aktywni fizycznie, no bo jak oni mają być? Rodzic może zabrać dziecko na jogging albo na rower, ale możliwości rodzica też są ograniczone. Rodzice pracują, bywają zmęczeni, wypełniają różnorodne obowiązki domowe. Sami próbują sobie jakoś zorganizować czas wolny. W pewnym momencie nie mogą już zmusić dziecka, żeby było aktywne fizycznie.

Jak przełamać bezsilność rodziców? Może niech dają dobry przykład dzieciom?

- Czasami się to sprawdza, natomiast nie jest to rozwiązanie systemowe. Trudno, żeby rodzic zarządzał czasem i zainteresowaniami 16-latka, czy 17-latka. Taki nastolatek po prostu przestaje słuchać rodzica i nie tylko, jeśli chodzi o aktywność sportową, ale i w innych dziedzinach.

No dobrze, to dlaczego w Norwegii ten problem nie występuje właściwie w ogóle. 90 procent dzieci zaczynających sport, uprawia go do końca życia.

- W społeczeństwach krajów skandynawskich istnieje i dominuje od dawna pewna kultura organizacyjna i kultura fizyczna. Gdyby każdy z nas pojechał tam ze swoimi dziećmi, zobaczyłby, że natychmiast nasze dzieci zrobią to samo, co rówieśnicy. Wszyscy po szkole idą na zajęcia sportowe. Wszyscy. Nawet jeśli ktoś ma duży problem jakiejś dysfunkcji, to znajduje dla siebie zajęcie lub pomoc w poszukiwaniu takiego zajęcia. To nie wymaga nadmiernego wysiłku. Niedawno byłem w Finlandii. Zima, a prawie wszyscy jeżdżą na rowerze. Zmieniają opony na zimowe i jeżdżą. Taki to jest kraj, taka kultura.

Dlaczego u nas nie jeżdżą?

- To jest pytanie, jak przełamać sytuację, w której jesteśmy? Po analizach badań, po wywiadach, formularzach, ankietach, które zrobiliśmy, jedyną nadzieję na istotną zmianę, przynajmniej jeśli chodzi o kształtowanie dzieci i młodzieży, widzę w szkole. Podobnie to widzieli badani rodzice. Mówili, "wie pan, ja nie mogę dziecka zmusić, ale, są instytucje, które potrafią dzieci do różnych rzeczy zmusić". Jak dziecko słabo się uczy matematyki i mu to nie idzie, szkoła uruchamia swoje procedury i mechanizmy: zalicza, nie zalicza, zmusza do nauki, dodatkowych korepetycji, a jak nie uda się, to młody człowiek pozostaje w tej samej klasie, aż osiągnie zakładane efekty. Są systemy egzaminacyjne. Szkoła zmusza dzieci słabsze z matematyki czy polskiego do osiągnięcia jakiegoś poziomu minimalnego. Tymczasem czy ktoś zna przypadek ucznia, który nie przeszedł do następnej klasy z powodu WF? Czy ktoś, będąc analfabetą, mógłby zdać do następnej klasy? Oczywiście nie. Nie pozwoli na to system. Czy ktoś, będąc analfabetą ruchowym, nie zdał do następnej klasy? Również nie. Brak takich kompetencji traktujemy pobłażliwiej.

Niektórzy rodzice z naszych badań mówili: "uwolnijcie nas od tego, pomóżcie nam, weźcie odpowiedzialność". Jak tata lub mama usiłują nauczyć dziecko pływać, to w którymś momencie dziecko mówi, "daj mi spokój, po co mnie męczysz". I rodzic najczęściej zaakceptuje taką prośbę. Ale gdy to samo dziecko trafia do instruktora, to z nim już rozmawia inaczej. Instruktor ma pewną rolę społeczną, autorytet. Jeśli powie, proszę pięć razy przepłynąć długość basenu, to dziecko płynie, zwłaszcza kiedy widzi, że inne dzieci robią to samo.

Idąc dalej tym tropem, według mnie dzieci w szkole podstawowej powinny mieć obowiązek bycia członkiem klubu sportowego, jakiegokolwiek, o dowolnej dyscyplinie. To mogą być rzutki, futsal, hokej na trawie, frisbee, cokolwiek. Już mówiliśmy o tym, że infrastruktura sportowa przestała być od dawna problemem, a ludzie są zamożniejsi. Powinniśmy umieć sobie z tym poradzić.

Czyli chciałby pan zaświadczenia o aktywności w klubie jako warunku zaliczenia wychowania fizycznego w szkole lub podnoszącego ocenę z zachowania?

- Tak. W pierwszym odruchu część rodziców może powiedzieć, jak można zmuszać dzieci do czegoś podobnego. No, bo to jest koszt – o tym zaraz powiem – to jest dodatkowe zobowiązanie, bo odbywa się po szkole. Dzieci i tak mają już tak mało czasu wolnego. Jednak moim zdaniem to może być bodziec i punkt wyjścia. Rodzice mogą powiedzieć dzieciom, że trzeba to robić, gdyż to jest wymóg szkolny. A jeśli to jest wymóg szkolny, to po prostu trzeba to zrobić.

Koszty...

- Państwo może wprowadzić bony. Zamiast dawać tylko 500+ albo 800+, może zaproponować jakiś sportowy bon rozliczeniowy. Z takim bonem pójdziemy do klubu i dziecko w ramach obowiązku szkolnego będzie ćwiczyć także poza szkołą. Akurat w tej dziedzinie nie jest ono wybitnie sprawne, nie bardzo sobie radzi, więc zajmij się nim trenerze lub instruktorze, bo inaczej nie zaliczy wychowania fizycznego.

To tylko jeden z możliwych pomysłów. Być może nie najlepszy. Jak pomnożymy taki przypadek przez dziesiątki, setki, tysiące, to nawet jeżeli jakaś część rodziców i jakaś część dzieci przyniesie fikcyjne zaświadczenia, to i tak przygniatająca większość wejdzie w ten system. System stanie się powszechny. Na wsi dzieci zostaną godzinę dłużej w szkole, w klubie uczniowskim, a jeżeli się okaże, że więcej dzieci zostaje, może wtedy się zmieni rozkład jazdy autobusu szkolnego, a może gmina wprowadzi drugi autobus dla dzieci biorących udział w sporcie. W idealnych warunkach system zacznie pracować tak, jak w wielu innych krajach. Być może zmienią się stopniowo jakieś wzory kultury fizycznej. Uznawane za snobistyczne prywatne szkolnictwo w Wielkiej Brytanii, Eton i inne, poza tym, że stawiało na kształcenie intelektualne, obowiązkowo wdrażało do sportu. Tam nie było i nie ma nadal mowy, że ktoś się nie nadaje albo ktoś nie może. Wszyscy grają w rugby i już. A dziewczynki w lacrosse. Grasz w pierwszym składzie, w drugim, w kolejnym. Ale grasz.

Teraz państwo i szkoła jakby poddawały się właśnie w tej jednej, jedynej sferze - sportu dzieci.

- No właśnie. Państwo poczuwa się do obowiązku kontrolowania mnóstwa obszarów rzeczywistości. Poprzez system szkolny stosuje przemoc symboliczną wobec uczniów, tworząc podstawy programowe, minimalne wymogi itd. Państwo uznaje, że matematyka, fizyka, chemia, polski, są niezbędne, bo później obywatel nie poradzi sobie w życiu, nie służy społeczeństwu. Państwo za to płaci. Finansuje również wychowanie fizyczne w szkole. Ale w odróżnieniu od matematyki, fizyki, chemii, polskiego, w sporcie odpuszcza na pierwszy sygnał o kłopotach. Płaci za WF, ale realnie nie traktuje go jako pełnoprawnego przedmiotu szkolnego. Raczej na zasadzie: jak dzieci coś chcą robić, to niech robią, a jak nie, to nie.

Mamy w Polsce nieznany w wielu innych krajach obowiązek prowadzenia zajęć wychowania fizycznego na studiach wyższych. Studenci mogą zaliczać WF aktywnością na uczelni, czasami mogą zaliczać te zajęcia aktywnością poza uczelnią. Dlaczego państwo wprowadziło obowiązek wychowania fizycznego i aktywności sportowej na studiach wyższych, czyli dla dorosłych ludzi, a w młodszym wieku nie? 

Ludzie mają tendencję do dostosowywania się do obowiązku, ale akurat na WF nie jest to wykorzystywane. Nie umiesz, to usiądź na ławce i posiedź. Na nauczycieli wywierana jest presja, bo co z tego, że ktoś nie chodził na WF, ale on lub ona ma szóstki z historii, więc trzeba się nie wygłupiać i zaliczyć wychowanie fizyczne. Niektórzy nauczyciele się upierają i mówią, słuchajcie, ale jak mam zaliczyć, skoro tego ucznia nawet nie widziałem na lekcji. I słyszy: nie żartuj, przecież to jest śmieszny przedmiot, wpisuj tam trójkę, czwórkę, a najlepiej piątkę, żeby średniej nie obniżyć.

Kiedy mieliśmy program WF z AWF, we współpracy z Decathlonem, rzucono hasło "matura z wychowania fizycznego". Trochę się wszyscy z nas pośmiali. Potem w mediach, w radiu ktoś próbował do sprawy podejść bardziej poważnie. Gdyby hipotetycznie poważnie to potraktować, czy na poziomie matury, czy na poziomie ukończenia szkoły średniej, to by się okazało, że to byłby horror. Wszyscy w sposób brutalny dowiedzielibyśmy się tego, co my, naukowcy, wiemy teraz: że bardzo wiele naszych dzieci jest analfabetami ruchowymi.

Do tego analfabetyzm ruchowy staje się obciążoną hipoteką, z którą młodzi ludzie wchodzą w dorosłe życie. Niesprawne dzieci to niesprawni rodzice. I teraz bardzo często jest tak - wiem to z innych badań, że rodzice nie uprawiali sportu, ale jak widzą swoje dzieci, to nagle mówią, ups, ja coś muszę z tym zrobić. Mówią, cóż, faktycznie nie chodziłem na WF i nie uprawiałem sportu i teraz w zasadzie nie bardzo mam czas. Ale obowiązek w stosunku do dziecka wymaga, żebym prowadził je na jakieś zajęcia ruchowe. Miałem mnóstwo takich wywiadów z rodzicami o tenisie, czy piłce nożnej. Zwłaszcza w tenisie: nigdy sam nie grałem, ale muszę z tym moim dzieckiem coś zrobić, bo przecież ono w ogóle się nie rusza. Powtarzane są kwestie: kiedyś, wie pan, śmiałem się z tego WF-u. Teraz jak mnie trochę kręgosłup boli, to już się mniej śmieję, a mojemu dziecku nie odpuszczę. Eksperymentem społecznym i testem na znaczenie wychowania i kultury fizycznej, była pandemia. Jak dzieci ugrzęzły w domach, to się nagle okazało, że dziecku brakuje ruchu. Że jest ospałe, niekontaktowe, słabiej się uczy. Niech nauczyciel WF podeśle jednak jakieś ćwiczenia online. Wesprze rodziców. Dziecko odrabia pracę domową, a rodzic mówi, słuchaj, a pracę domową z WF zrobiłeś? Co tam było? Pompki, układ taneczny, masz w internecie do powtórzenia, zrobiłeś to? No nie, ale daj spokój, tato, to tylko WF. Nie, kochany, ty masz się ruszać, bo ja widzę po tobie, że jest ci to bardzo potrzebne.

Napisałem kilka tekstów o kulturze fizycznej w pandemii i jeden z nich kończę wnioskiem, raczej nadzieją, że lekcję pandemiczną, która nam wszystkim zwróciła uwagę, że aktywność fizyczna, sport i rekreacja ruchowa są bardzo ważne, będziemy pamiętać na dłużej. Teraz stwierdzam jednak, że mamy niestety raczej krótką pamięć.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...