Wywiad

Alarmujące prognozy dla świata. "Wystarczyły trzy dekady"

Dariusz Wołowski
Wyprawa Mateusza Waligóry
https://www.facebook.com/MateuszWaligoraOfficial

- Moim marzeniem z dzieciństwa było zdobycie trzech biegunów Ziemi. Byłem na południowym, na Mount Everest wszedłem z poziomu morza, ale bieguna północnego już raczej nie osiągnę. I chyba nie zrobi tego nikt inny. Taki jest efekt zmian klimatycznych - mówi podróżnik Mateusz Waligóra, który przemierza na nartach trzy arktyczne trasy polarne w Norwegii i Szwecji.

W 2018 roku, jako pierwszy człowiek, przeszedł mongolską część pustyni Gobi. Trasa z Bulgan do Sainshand, długości 1785 km, zajęła mu 58 dni. Trzy lata wcześniej przemierzył pustynię Salar de Uyuni – pozostałość po wyschniętym słonym jeziorze w południowo-zachodniej Boliwii. A w latach 2011-2014 przejechał na rowerze Andy i trawers Canning Stock Route.

W 2020 roku wyznaczył pierwszy pieszy szlak wzdłuż Wisły, od gór do morza – 1160 km pokonał w 46 dni. Trzy lata później zdobył samotnie biegun południowy. W 2024 roku wspiął się na Mount Everest, zaczynając wyprawę od wybrzeży Oceanu Indyjskiego. Teraz wędruje za kołem podbiegunowym w Skandynawii.  

Dariusz Wołowski: Jeszcze w grudniu swoją wyprawę chciałeś nazwać "Gdzie są te zimy", ale natura spłatała ci figla. Pierwszy raz od lat mróz i śnieg utrzymywały się w Polsce przez cały styczeń i luty, w dodatku nawet na nizinach, czyli na przykład na Mazowszu. 

Mateusz Waligóra: W grudniu byłem w Oslo, gdzie temperatura sięgała sześciu stopni powyżej zera i padał na mnie lodowaty deszcz. Pomyślałem wtedy, że zimy trzeba będzie szukać za kołem podbiegunowym. Tymczasem po nowym roku przyszła nie tylko na południe Norwegii, ale także do Polski. Hasło mojej wyprawy na trasy arktyczne Skandynawii trzeba było zmienić na "Gdzie skrzypi mróz". 

Ci, którzy nie dowierzają naukowcom alarmującym o skutkach ocieplenia klimatu, dostali tej zimy do ręki mocny argument?  

- Nikt z nas nie przypuszczał, że ta zima, przynajmniej w naszej części Europy, będzie tak sroga. Moi synowie, którzy mają 9 i 11 lat, jeszcze takiego mrozu i śniegu nie przeżyli. W końcu mieli wielką frajdę. Zdaję sobie sprawę, że to, co się działo za oknem jest wodą na młyn wszystkich, którzy mówią: "Nieprawda, że nasza planeta płonie". I pytają: "Jakie zmiany klimatu? Jakie ocieplenie? Przecież widzę, że pada śnieg i muszę odśnieżać auto".

Wiem z doświadczenia, że pogoda i klimat to dwie różne rzeczy. Dlatego dane Instytutu Ochrony Środowiska tłumaczę na język zrozumiały dla przeciętnego odbiorcy. Możemy spoglądać w kolejne raporty związane ze zmianami klimatu: cyferki, wykresy, ale to nas nudzi, wręcz jesteśmy tym w jakiś sposób przytłoczeni, odrzucamy to od siebie. Ja wierzę, że za tymi danymi stoi historia, z którą każdy z nas może się identyfikować. Nie bez powodu wybrałem na wyprawę Arktykę, czyli północ naszej planety, bo ociepla się ona siedem razy szybciej niż inne miejsca na Ziemi. Mam nadzieję, że historia, którą stamtąd przywiozę, pozwoli nam lepiej zrozumieć, że jeśli patrzymy przez okno i pada śnieg, a Bałtyk zamarzł, to wcale nie znaczy, że teraz zimy będą już takie, jak dawniej.

Posłużę się konkretnym przykładem. Jako dziecko marzyłem, żeby dojść do trzech biegunów Ziemi. Do bieguna południowego i północnego na nartach oraz wejść na szczyt Everestu, najwyższej góry, która często jest nazywana trzecim biegunem.

Mam za sobą wyprawę na biegun południowy, a na szczyt Mount Everestu wszedłem z poziomu oceanu. Ale coraz bardziej dociera do mnie, że prawdopodobnie bieguna północnego już nie zdobędę. Nie dotrę tam, bo o ile biegun południowy położony jest na Antarktydzie, na kontynencie, stałym lądzie pokrytym lodem, o tyle geograficzny biegun północny to po prostu umowny punkt tam na górze, na Oceanie Arktycznym, który z roku na rok już nie zamarza w sposób wystarczający, aby umożliwić wędrówkę od krawędzi kontynentu, czy od Syberii, czy Kanady.

I aby posłużyć się właśnie takimi konkretnymi przykładami, chcę opowiedzieć kilka historii wypraw do bieguna północnego i wypraw arktycznych z lat 80. i 90. Chcę wytłumaczyć ludziom, dlaczego to, co jeszcze 30 lat temu było do zrealizowania, co udało się na przykład Polakom - Wojtkowi Moskalowi i Markowi Kamińskiemu, obecnie się już prawdopodobnie nikomu nie uda. Wystarczyły trzy dekady, aby doszło do takiej sytuacji. Myślę, że to łatwiej trafi do ludzi, niż kolejne cyfry i wykresy albo próba prześledzenia zmian pokrywy tłuszczowej niedźwiedzi polarnych.

Opowiedz o wyprawie do Skandynawii. 

- Składa się z trzech etapów, czyli będzie to dla mnie taki trójbój arktyczny. Pierwszym celem jest największy płaskowyż Norwegii, Finnmarksvidda. Tam pokonam na nartach około 110 km. Potem przeniosę się do Szwecji, by w Laponii przebyć około 120 km Szlakiem Królewskim Kungsleden, na terenie parku narodowego Abisko. Na koniec wrócę do Norwegii, tym razem na południowy-zachód, by przejść 120 km na Hardangervidda – jednym z największych płaskowyżów w Europie. Oczywiście będę wyprawę relacjonował w serwisach społecznościowych, przy czym nie chodzi mi tylko o to, by opowiadać, jak jestem zmęczony i że otarłem sobie nogi albo że widziałem zorzę polarną. Chcę opowiedzieć o regionie, który staje się coraz bardziej popularny turystycznie, fascynuje coraz więcej osób. O tym, co jest tam pięknego i jakie są dla niego zagrożenia.

Na Hardangervidda nie będziesz pierwszy raz? 

- Jadę tam po raz trzeci. Finnmarksvidda i Kungsleden będą dla mnie nowością. Na Hardangervidda chciałem wrócić, bo mija 130 lat od pierwszej wyprawy Roalda Amundsena, pierwszego zdobywcy bieguna południowego, który właśnie na Hardzie przygotowywał się do swoich podbojów. Już podczas tej pierwszej wyprawy, razem ze swoim bratem Leonem, omal nie stracili życia w zamieci śnieżnej. Wtedy Amundsen stwierdził, że przygoda była wynikiem złego planowania. Trzymał się tego potem skrupulatnie. Słynął z tego, że każda wyprawa przez niego organizowana była przemyślana w najdrobniejszych szczegółach.

Poza tym na Hardangervidda do swoich wypraw przygotowywali się też inni polarnicy: Ernest Shackleton, Robert Falcon Scott, Fridtjof Nansen, czyli ludzie, którzy ponad 100 lat temu przesuwali granice wiedzy o regionach polarnych. Finnmarksvidda i Kungsleden położone są za kołem podbiegunowym, natomiast Hardangervidda jest na południu Norwegii, pomiędzy Oslo a Bergen. Warunki panujące tam zimą są jednak arktyczne. Jest tam też największy lodowiec w Norwegii.

Wyprawy są zatem dla ciebie pretekstem do opowiadania historii o miejscach, które odwiedzasz.  

- Niedawno wyszła moja książka pod tytułem "Antarktyda. Wyprawa na koniec świata". Jest poświęcona samotnej podróży na biegun południowy, która skończyła się w 2023 roku. Zdecydowałem się napisać tę książkę po to, aby opowiedzieć swoim synom o tym absolutnie wyjątkowym miejscu. Pamiętam, że kiedy przygotowywałem się do tamtej wyprawy, kiedy rozmawiałem z dziennikarzami, czasem - ku mojemu zdumieniu - dostawałem pytanie: "Czy nie boję się niedźwiedzi polarnych?"

Na początku myślałem, że może jestem wkręcany. Po jakimś czasie dotarło do mnie, jak mało wiemy o rejonach, które mają tak ogromny wpływ na nasze życie. Przecież na Antarktydzie jest 70 procent zasobów wody pitnej na Ziemi. Niedźwiedzie polarne żyją oczywiście na północy, w Arktyce. Antarktyda to królestwo pingwinów - te dwa gatunki się nie znają. Kiedy kończyliśmy książkę dla dzieciaków z dziennikarzem Dominikiem Szczepańskim, zdaliśmy sobie sprawę, że choć jest dedykowana dzieciom, dorośli też mogą się z niej czegoś dowiedzieć. Znajdą tam całą masę informacji, których być może zabrakło w szkole albo nie zwrócili na nie uwagi. Jestem jednym z czterech Polaków, którzy dotarli do bieguna południowego samotnie i bez wsparcia z zewnątrz. Tymczasem 99,9 proc. ludzi na Antarktydę nigdy się nie wybierze. Jeśli więc mogę zostać głosem z tych miejsc i przedstawić, w jaki sposób możemy zadbać o nie, aby przetrwały jak najdłużej w niezmienionej formie, wydaje mi się to dobrym pretekstem do każdej kolejnej wyprawy.

To jak jest według ciebie z naszym klimatem? 

- Podczas moich podróży nauczyłem się odróżniać klimat i pogodę. Dlatego uśmiecham się pod nosem, gdy słyszę o ludziach, którzy podróżują, by zaobserwować zmiany klimatyczne, powiedzmy na Antarktydzie. To jest oczywiście niemożliwe, bo musieliby jeździć w to samo miejsce przez 30 lat, żeby wyciągać jakiekolwiek uzasadnione wnioski. Jednej zimy w jakimś miejscu jest śnieg, a za rok go nie ma, by potem znów spaść. I co z tego wynika?

Musimy bazować na wiedzy naukowców, możemy prześledzić dane z wielu, wielu lat i na podstawie tych danych wywnioskować, w jaki sposób klimat się zmienia. I to jest to, co robię, czyli rozmawiam z ludźmi, którzy zajmują się klimatem zawodowo i próbuję przekazać te informacje dalej, w sposób nieco bardziej przystępny, oparty na faktach. Wędruję przez płaskowyże Norwegii i Szwecji, kiedy zima jest tam akurat przyzwoita. Choć tydzień przed moim wylotem temperatura w miejscu, gdzie miałem dotrzeć, spadła do 38 stopni poniżej zera. Poprzednie zimy na północy Norwegii były jednak raczej słabe. Było bardzo mało śniegu, który utrzymywał się krótko.

Cieszę się jednak, że zainteresowanie północą jest coraz większe. Wszyscy teraz zwracają uwagę na Grenlandię i nagle do nas dociera, że istnieje coś takiego i świat jest gotów się o nią pokłócić. Zostawmy jednak kwestie polityczne. Skandynawia po prostu zrobiła się modnym kierunkiem podróży. Prowadziłem warsztaty polarne i jedną z uczestniczek była dziewczyna, mieszkająca w Tromso. Twierdzi, że miejscowości na północy Norwegii borykają się z problemem dużej liczby turystów, którzy przyjeżdżają, żeby chociaż raz w życiu zobaczyć zorzę polarną. Wykorzystując to zainteresowanie kierunkami północnymi, warto zdać sobie sprawę, w jak wyjątkowym i kruchym ekosystemie jesteśmy i przekazać tę wiedzę innym.

Byłem kiedyś na Lofotach w Norwegii – za kołem podbiegunowym, ale latem, kiedy nigdy nie robiło się ciemno. Wróciłem koszmarnie niewyspany. Ty będziesz miał teraz problem przeciwny - marsz w nocy. 

- W tych miejscach, w których będę, słońce nie jest schowane za horyzontem non stop, aczkolwiek mój dzień będzie trwał 8 godzin, czyli pozostałe 16 trzeba będzie funkcjonować w ciemności. Prognozy pogody na pierwszy tydzień nie przewidują czystego nieba, będzie dużo chmur, trochę opadów, więc być może zorzy wcale nie zobaczę. Wędrowałem już i w ciemnościach i na biegunie południowym latem, gdy słońce w ogóle nie zachodziło za horyzont. To słońce było dla mnie błogosławieństwem, bo dużo łatwiej wysuszyć sobie wtedy ekwipunek. Długość dnia można sobie regulować zależnie od potrzeb. Na wyprawach polarnych sami o tym decydujemy. W Norwegii i Szwecji będzie zupełnie odwrotnie niż na Antarktydzie: zimno, dosyć wilgotno, bo ocean arktyczny jest już naprawdę blisko od miejsc, przez które będę wędrował.

Jeśli chodzi o pokonane kilometry w terenach arktycznych, mam jedno z najbogatszych doświadczeń w Polsce, ale nie spodziewam się łatwej wyprawy. Zdaję sobie sprawę z tego, bo przeżyłem to już na własnej skórze, że pogoda w takich miejscach jak Hardangervidda potrafi się załamać w ciągu kilkunastu godzin. I nagle przez pięć dni jesteś uwięziony w namiocie, bo wichura nie pozwala go złożyć, a śnieg nie przestaje sypać. Oprócz tego, że wyprawa jest dla mnie pretekstem do opowiadania historii polarnych, jestem pewien, że będzie to też spore wyzwanie, dające ogromną frajdę.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...