Witold Bańka zamiast o trzecią kadencję w roli szefa Światowej Agencji Antydopingowej (WADA), w tym roku mógł walczyć o urząd prezydenta Polski, ale zrezygnował. Nie oznacza to jednak, że całkowicie odciął się od politycznych zawirowań. Choćby za sprawą ataków kierującego Amerykańską Agencją Antydopingową (USADA) Travisa Tygarta. - Nikt za nie nie przeprosił - zaznacza w rozmowie ze Sport.pl były minister sportu, który wskazuje też, co jest dużym problemem Polski w staraniach o organizację igrzysk.
Witold Bańka: Jeśli chodzi o audyt, to sytuacja nie uległa zmianie od naszej poprzedniej rozmowy. Oczywiście, taki audyt pewnie w najbliższej przyszłości nastąpi, ponieważ musimy mieć większą analizę tego, co się tam dzieje i większy wpływ na to. Do tego też zobowiązał nas Trybunał Arbitrażowy w Lozannie (CAS). Natomiast Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA) nadal ma status non-compliant.
Widzimy, że niektóre federacje sportowe powoli zezwalają na powrót rosyjskich zawodników, a obserwując sytuację geopolityczną, można założyć, że ta liczba w najbliższej przyszłości prawdopodobnie będzie rosnąć. Ci sportowcy są testowani choćby przez Międzynarodową Agencję Kontroli Antydopingowej (ITA). RUSADA też ich testuje, ale do tych badań nie mamy w pełni zaufania. Musimy najpierw sprawdzić, jak ten system wygląda, więc wracamy tu do tematu audytu. Wobec tego powrotu do rywalizacji rosyjskich sportowców, system antydopingowy i my musimy mieć większy nadzór nad tym, co się dzieje w Rosji.
- Antydoping ma się w Polsce dobrze. Oczywiście, jest też przestrzeń do poprawy i Polska Agencja Antydopingowa (POLADA) wie, co ma robić, żeby antydoping w Polsce był jeszcze silniejszy pod kątem jeszcze większej liczby pobieranych próbek czy większej liczby programów edukacyjnych. Antydoping jest bardzo ważny w kontekście igrzysk, ale nim nie zapewnimy sobie organizacji tej imprezy. Wymaga to jedności lobbowania za tą ideą - jedności także politycznej, wsparcia ze wszystkich stron sceny politycznej. Wtedy będziemy poważnym partnerem dla MKOl i dla tych, którzy będą decydować o wyborze gospodarza igrzysk. A konkurencja jest spora i to jest naprawdę skomplikowany proces. To nie jest zabawa i to nie jest prosta gra. Jeśli chcemy o tym myśleć poważnie, to wymaga to podejścia "wszystkie ręce na pokład" i musi się to zacząć od małych rzeczy. Od dobrej strategii, jedności, braku konfliktów i obecności Polaków na arenie międzynarodowej. To trudne, ale bez tego nie osiągniemy celu.
- Idea igrzysk w 2036 roku została ogłoszona przez prezydenta Andrzeja Dudę, a igrzysk w 2040 roku przez premiera Donalda Tuska, więc co do zasady te dwie strony sceny politycznej chyba się pod tym względem zgadzają. Sport generalnie wzbudza pozytywne emocje i jest po to, aby się razem zebrać i współpracować. Dostrzegam więc tu światełko w tunelu. Dzisiaj dużo większym problemem jest konflikt wewnętrzny w polskim sporcie i to on nie wpływa dobrze na wizerunek Polski. Politycy oczywiście muszą być tu w pełni zjednoczeni. Może ta jedność jest możliwa, skoro dwie strony sceny politycznej, tak bardzo spolaryzowane, mówią zgodnie, że idea igrzysk w Polsce jest dobra. To już jakiś plus. Teraz tylko trzeba się zastanowić, jak tego dokonać, a tu już diabeł tkwi w szczegółach.
W ubiegłym tygodniu w Busan odbyła się historyczna Światowa Konferencja Antydopingowa pod auspicjami WADA - najważniejsze wydarzenie antydopingowe sześciolecia i jedno z największych tego typu spotkań w świecie sportu. Gościliśmy tam najważniejsze postacie globalnego sportu, na czele z szefową Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego Kirsty Coventry oraz byłym przewodniczącym Thomasem Bachem. W jednym miejscu zgromadziło się wielu członków MKOl, szefów światowych federacji sportowych i ministrów sportu z całego świata. Szkoda, że ze względu na obrady parlamentu zabrakło ministra z Polski, ponieważ była to ogromna szansa na lobbing na rzecz igrzysk. Okazja, która może się długo nie powtórzyć. Udało się zgromadzić najważniejszych decydentów światowego sportu i stworzyła się wyjątkowa przestrzeń do działań dyplomatycznych.
- To bardzo skomplikowany problem. Bo wykrycie mikroskopijnej ilości zakazanej substancji może świadczyć też o mikrodozowaniu albo o tym, że dana substancja została przyjęta wcześniej. Musimy tu znaleźć pewien balans - jak z jednej strony nie karać niewinnych sportowców i dawać im możliwość obronienia się, a z drugiej strony łapać tych, którzy stosują mikrodawki i są wyrafinowanymi oszustami.
- Mądrzejsze ode mnie osoby - naukowcy i eksperci - pracują nad tym. Mamy powołaną do tego specjalną grupę, która ma zaproponować pewne rozwiązania. Ale myślę, że to nie będzie koniec, bo ten problem będzie wracał i na pewno wymaga głębszej analizy. Takiego holistycznego spojrzenia na antydoping.
- Różne historie się pojawiają. My zaś musimy spoglądać na fakty i analizować, czy dane wyjaśnienie jest możliwe z naukowego punktu widzenia, czy też nie. Są sportowcy, którzy używają fałszywych tłumaczeń i oszukują z pomocą wyrafinowanych prawników, a to sprawia, że musimy udowodnić, iż to oszustwo, bo nie jest to możliwe naukowo. To czyni ten proces skomplikowanym. Ale mamy też sportowców, którzy pokazują zgodnie z prawem - jak w przypadku Igi Świątek - że jedyną winą było zażycie zanieczyszczonego leku i udowadniają swoją niewinność.
- Relacje z Amerykańskim Komitetem Olimpijskim i wieloma osobami odpowiedzialnymi za sport w USA mamy bardzo dobre. Problemem jest USADA i pan Tygart, który - zamiast skupiać się na poprawie systemu antydopingowego w Stanach Zjednoczonych - uprawia politykę i wykorzystuje każdą okazję, by uderzyć w WADA. A to jest kompletnie kontrproduktywne. Podczas gdy w przyszłym roku to właśnie w USA odbędą się Enhanced Games, podczas gdy to około 90 procent amerykańskich sportowców nie rywalizuje pod światowym kodeksem antydopingowym. Sam Tygart, zeznając przed amerykańskim Kongresem w 2020 r., przyznał, że system antydopingowy w NCAA, czyli tamtejszym sporcie akademickim, to żart. Nie ma testów z krwi, brakuje też pobierania próbek poza zawodami czy dostarczania informacji o miejscach pobytu zawodników. Mówiąc delikatnie, jest tu duża przestrzeń do poprawy. I to jest pełna odpowiedzialność USADA, by ten system rozwinąć i ulepszyć. Oto właśnie apelujemy do szefa tej organizacji.
- Ten problem jest widoczny głównie w działaniach USADA i dotyczy właściwie każdego przypadku. Kiedy WADA w 2018 r. przywróciła do systemu RUSADA, to amerykańska agencja strasznie to krytykowała i twierdziła, że to wielki skandal. A tak naprawdę dzięki tej decyzji odzyskaliśmy dane z moskiewskiego laboratorium i wykryliśmy manipulacje, które pozwoliły wykluczyć ze sportu ponad 300 oszukujących zawodników. Gdybyśmy wtedy posłuchali pana Tygarta i USADA, to do dzisiaj ci rosyjscy oszuści mieliby medale, a część by może nawet dalej rywalizowała.
To jest przykład polityzacji. Nie wiedząc, co się dzieje w środku, atakowali w mediach wizerunek naszej agencji i nikt za to nie przeprosił. To była bardzo skomplikowana operacja i okazała się wielkim sukcesem, a nikt nam za to ani nie podziękował, ani nie przeprosił za te ataki. Tak samo było w sprawie chińskich pływaków, gdzie WADA podjęła decyzję czysto techniczną. Co ciekawe główną rekomendację o braku apelacji do CAS w tej sprawie podjęła amerykańska prawniczka pracująca dla nas. Ale USADA uznała to za zachowanie prochińskie, co nie miało nic wspólnego z prawdą. Byłem w Stanach Zjednoczonych i od jednego z tamtejszych ważnych polityków usłyszałem: "Wiesz, gdyby ta sprawa dotyczyła zawodników np. z Belize, to nikogo by to nie zainteresowało. Ale ponieważ chodzi o Chiny, to wiesz, jak jest". A ja powiem tak: "Czy chodzi o Polskę, Niemcy, Rosję, USA czy o Belize, to wszystkich traktujemy równo". I Amerykanie muszą to zrozumieć.
- Eric Cottier przeanalizował wszystkie otrzymane dokumenty i było jak najbardziej czytelne, że WADA nie podjęła tu żadnej decyzji niezgodnej z przepisami antydopingowymi i prawem. Nie było żadnego przykrywania, ukrywania ani zachowań korupcyjnych, co próbowała sugerować USADA. Cottier wskazał też, co mogliśmy w tym przypadku zrobić lepiej w zakresie naszych wewnętrznych procedur. Chodzi o komunikowanie się różnych osób odpowiedzialnych za poszczególne działy WADA. I te zalecenia wdrożyliśmy właściwie natychmiast. Do tego dochodzi np. kwestia dodatkowych ekspertów, którzy przy decyzji, czy się odwoływać lub nie odwoływać, będą zobowiązani do rewidowania poszczególnych przypadków. I wiele innych takich czysto technicznych rzeczy, które na bazie wniosków z tego raportu zostały wdrożone.
- Bardzo dobre pytanie. Na pewno jest to potężna odpowiedzialność, która na mnie spoczywa. Lubię swoją pracę, mimo że jest stresująca i nie wiadomo, co każdego dnia przyjdzie na twoją skrzynkę mailową, jaki pojawi się problem do rozwiązania. Ale jest to ekscytująca praca, bo przewodzę organizacji, która jest odpowiedzialna za walkę o czysty sport i najbardziej zharmonizowany system prawny na świecie. Jedyny taki system na świecie, bo podlega mu blisko 200 państw. To wiąże się z dużą władzą, bo chodzi o możliwość nakładania sankcji. Jest to więc atrakcyjne pod tym względem, ale ja tak na to nie patrzę. Patrzę na to tak, że mam zaszczyt kierować naprawdę fantastyczną grupą ludzi, którzy bardzo ciężko pracują. Nie jesteśmy idealni, ten system też nie jest idealny, ale jednego jestem pewien - ci ludzie naprawdę ciężko pracują, żeby wykorzystać te wszystkie możliwości, które mamy, by bronić czystych sportowców i wyrzucać oszustów.
- Będę się nad tym zastanawiał, jak ta przygoda będzie dobiegać końca. A nastąpi to 31 grudnia 2028 roku, więc mam jeszcze trochę czasu.