Wojna w Ukrainie trwa od ponad dwóch lat. Ludzie giną tam codziennie, a większość Ukraińców nie chce mieć z Rosjanami nic wspólnego. Nie inaczej jest w świecie sportu. Zawodnicy z kraju Władimira Putina są w wielu dyscyplinach albo wykluczeni z rywalizacji, albo pozbawieni możliwości startów pod własną flagą. Zdarzają się jednak przypadki osób, które z pochodzenia są z Rosji, tam się urodzili oraz wychowali, ale na co dzień reprezentują barwy innej nacji.
Przykładem takiej sytuacji jest Maja Guchmazowa. To szermierka reprezentująca Gruzję, ale urodzona i wychowana w rosyjskim Władykaukazie. Pod gruzińską flagą walczy od 2017. Podczas trwających mistrzostw Europy w szwajcarskiej Bazylei zmierzyła się ona z Ukrainką Ołeną Krywyćką. Pojedynek dość wyraźnie wygrała Krywyćka, a zaraz po nim wybuchła awantura.
Ukrainka odmówiła bowiem podania ręki swojej przeciwniczce, na co ta zareagowała bardzo ostro. Zaczęła protestować, krzyczeć w stronę sędziego i głośno przeklinać. "Dlaczego tak się dzieje? K***a dlaczego oni się tak zachowują? Mogą wszystko? Oni są szaleni, czy co?" - wykrzykiwała Guchmazowa. Na nic się to jednak zdało. Od niedawna zawodnicy nie mają obowiązku żegnania się ze sobą po pojedynku. Kiedyś za brak podania ręki groziła nawet dyskwalifikacja.
Co ciekawe, przepis ten zmieniono również pod wpływem incydentu ukraińsko-rosyjskiego. Na mistrzostwach świata w Mediolanie w 2023 roku Ukrainka Olha Charłan nie uniosła szpady do góry na znak pożegnania (wprowadzono to zamiast uścisku dłoni po pandemii COVID-19) po starciu z Rosjanką Anną Smirnową, startującą pod neutralną flagą. Zgodnie z przepisami, pierwsza z pań została zdyskwalifikowana, ale decyzję szybko potem zmieniono, a Charłan otrzymała wsparcie nawet od Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Światowa federacja z powodu tamtej sytuacji zmieniła zasady i wycofała przymus podawania sobie ręki.