Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie (CAS) stwierdził, że Walijewa przyjmowała trimetazydynę. To lek, który stosują osoby mające problem z chorobą niedokrwienną serca. Jego działanie, które sportowcy mogą uznać za pożądane to przyspieszenie metabolizmu i zwiększenie wydolności. Na liście środków zakazanych przez Światową Agencję Antydopingową (WADA) znajduje się od 2013 roku.
Rosjanka nie potrafiła udowodnić, że lek znalazł się w jej organizmie przez przypadek. Unieważniono wszystkie sukcesy Walijewej od momentu rozpoczęcia okresu karencji, czyli od grudnia 2021 roku. To oznacza, że straciła m.in. złote medale wywalczone w 2022 roku na mistrzostwach Europy oraz igrzyskach olimpijskich. Oczywiście Rosjanie na takie decyzje zareagowali jak zwykle - wielkim krzykiem o niesprawiedliwym traktowaniu przez resztę świata. Broniła jej Tatjana Tarasowa, która sędziów CAS nazwała "przeklętymi szumowinami". Zyskała też aprobatę Władimira Putina.
Teraz Walijewa w końcu postanowiła wypowiedzieć się na temat dopingu. W rozmowie z japońskim kanałem telewizji publicznej NHK kolejny raz stwierdza, że nie zażywała trimetazydyny świadomie.
- Z mojej strony mogę jedynie powiedzieć, że nie brałam dopingu świadomie. Próbowałam stosować się do zasad tak bardzo, jak to możliwe. Braliśmy udział w szkoleniach RUSADA (Rosyjska Agencja Antydopingowa - red.) i próbowałam stosować się do wszystkich instrukcji. Przygotowywałam się do igrzysk olimpijskich, na te wspaniałe zawody sportowe. Dla mnie było to miejsce, na które pracowałam tak bardzo, o którym marzyłam. Niestety, gdy tam przybyłam, moje uczucia były już zupełnie inne - powiedziała.
Czy Walijewa mówi prawdę? Jej wiarygodności na pewno nie pomaga reputacja, którą cieszy się rosyjski sport. W końcu sama RUSADA została zawieszona przez WADA, gdy okazało się, że... wspiera rosyjskich sportowców w zażywaniu dopingu - czemu organizacja antydopingowa ma przecież przeciwdziałać. Zamieszani w dopingowy skandal byli sportowcy, trenerzy, działacze sportowi oraz władze państwa.