Makłowicz zobaczył napis na polskiej fladze. I reaguje: "Kompletnie bez sensu"

Łukasz Jachimiak
- "Tiramis?" w dialekcie weneckim znaczy "dźwignij mnie", no więc bardzo na miejscu! - mówi Robert Makłowicz. Tak, znany i lubiany krytyk kulinarny i podróżnik uważa, że to Idze Świątek polski sport zawdzięcza najlepsze momenty roku 2023. - O obecnym poziomie naszej reprezentacji futbolowej raczej nie będziemy mówić, jeśli nie chcemy się umartwiać lub samobiczować - dodaje Makłowicz.

My wybraliśmy 10 momentów, Wy - w sondażu pod poniższym artykułem - głosujecie na ten jeden "naj", a dodatkowo możecie te wszystkie piękne chwile powspominać. Każdy z 10 najlepszych naszym zdaniem momentów polskiego sportu w 2023 roku przypominamy autorskimi tekstami. Pisanymi najczęściej przez dziennikarzy, którzy towarzyszyli Idze Świątek, siatkarzom i siatkarkom, skoczkom, lekkoatletom czy Bartoszowi Zmarzlikowi w ich drodze do sukcesów.

Zobacz wideo To dlatego Iga Świątek osiąga tyle sukcesów. Analizujemy

Ponadto o polskim sporcie rozmawiamy z osobistościami - m.in. ze Zbigniewem Bońkiem, Adamem Małyszem, prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. A także - Robertem Makłowiczem.

Łukasz Jachimiak: Gdy zatelefonowałem do pana z zaproszeniem do zabawy w wybór najlepszego momentu roku w polskim sporcie, to pan od razu odpowiedział: "Czyli nie będziemy rozmawiali o futbolu". Po czym zapoznając się z listą 10 propozycji redakcji Sport.pl, błyskawicznie dał pan znać, że wybierze któryś z sukcesów Igi Świątek.

Robert Makłowicz: I nie mam szczególnie więcej do powiedzenia. O obecnym poziomie naszej reprezentacji futbolowej raczej nie będziemy mówić, jeśli nie chcemy się umartwiać lub samobiczować. O sposobach jej uzdrowienia i naprawy sytuacji w instytucjach zawiadujących rodzimą piłka nożną mówić trzeba, ale to raczej nie ze mną - nie mam żadnego przełożenia na PZPN. Interesuję się piłką nożną, ale ostatnimi czasy mecze oglądam rzadko. Ligę Mistrzów na poziomie półfinałów i finałów, czasem Real Madryt, gdyż niezwykle lubię ten klub, okazjonalnie mecze ligi włoskiej, bowiem Włosi mają najładniejsze kostiumy i zachowują się najbardziej teatralnie na boisku. Jak gra Urugwaj i u nas jest jakaś transmisja, też staram się rzucić okiem. Takie maleństwo w porównaniu z Argentyną czy Brazylią, a nie raz spuścili im manto. Ale generalnie sport znacznie mniej mnie zajmuje niż kiedyś.

Dlaczego?

- Rozumiem, że dziś sport na poziomie zawodowym nie może wyglądać tak, jak w czasach barona de Coubertina. Współczesny atleta nie zajmuje się swą dyscypliną dorywczo, w wolnych chwilach, jak to było jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Dzisiaj treningi i starty wypełniają całe jego czynne sportowe życie, więc nie może utrzymywać się z czegoś innego. Transmisje sportowe dają popularność i przyciągają reklamodawców. Na sporcie się zarabia, i to jest normalne. Natomiast nie jest normalne, że organizacje zarządzające danym sportem myślą przede wszystkim o zyskach. W piłce widać to najlepiej. Mym skromnym zdaniem to pieniądze winny iść za piłką, a nie piłka za pieniędzmi. O ostatnich mistrzostwach w Katarze powiedziano zresztą już wystarczająco wiele, o grzechach FIFA pod wodzą Seppa Blattera i Gianniego Infantino również.

Innym problemem jest doping. Wiem, że dziś walczy się z nim bezlitośnie, ale przecież wypaczał on kroniki sportowe przez całe dziesięciolecia. Co zrobić z dorobkiem sportowym byłej NRD? Przecież tam prawie wszyscy jechali na koksie, a w annałach ich medale pozostały. Dobrze, że kolarstwo poradziło sobie z tym problemem, a tam przecież na nieuczciwości przyłapano największych mistrzów.

Czy sport panu zohydzono?

- Nie, aż tak, to nie. Sport, jako twórczy element ludzkiej rywalizacji i pokonywania własnych słabości, jest cały czas piękny, nie wiem nawet, czy nie najpiękniejszy na podstawowym poziomie lig okręgowych czy też zmagań amatorskich entuzjastów. Może nie najbardziej widowiskowy, ale najszczerszy. A wracając do problemu dopingu, to przecież w sportach drużynowych nie ma on aż tak wielkiego znaczenia. Tutaj nie chodzi tylko o wydolność organizmu, tu ważna jest organizacja gry, myślenia zespołowe, kolektyw.

Są takie sporty zespołowe, w których najlepsi zarabiają kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy mniej niż gwiazdy futbolu.

- Zarobki najlepszych piłkarzy są abstrakcyjnie wysokie, ale też abstrakcyjnie wielka jest popularność owych czempionów. Koszulki z napisami Messi, Ronaldo czy też Lewandowski noszą ludzie od Mongolii po Nową Gwineę, ci piłkarze to są najbardziej rozpoznawalni ludzie na kuli ziemskiej. Koszykarze w NBA też chyba zarabiają niekiepsko, ale oni w USA są popularniejsi niż piłkarze nożni. Siatkarze wszędzie na świecie mają znacznie niższe gaże, ale to sport nie aż tak wszechświatowo popularny. Jeśli pan się pyta, czy oglądam również transmisje rzeczonych sportów, to siatkówkę okazjonalnie, lecz z przyjemnością wielką, piłkę ręczną również. Koszykówki nie, gdyż patrząc na siebie nie wierzę, że ludzie mogą być aż tak wielcy.

Ile ma pan wzrostu?

- 165 centymetrów.

W lidze NBA grał kiedyś, i to z powodzeniem, zawodnik mający tylko 158 cm wzrostu!

- O, widzi pan! Ale koszykówka jakoś mnie nigdy nie pasjonowała. Natomiast siatkówka - owszem, bo to jest wspaniała dyscyplina. Kiedyś grywałem w badmintona, zwanego u nas niesłusznie babingtonem, ale nigdy nie śledziłem rozgrywek. Mam w domu stół ping-pongowy i czasami gram. Jeżdżę na nartach. Narciarstwo alpejskie lubię i bawiąc w krajach alpejskich je oglądam, tam się nie da od niego uciec. Wie pan, w Austrii piłka nożna jest sportem przeważnie dla emigrantów - tam na mecze chodzą głównie diaspory tureckie i bałkańskie, natomiast Austriacy interesują się sportami zimowymi. Miałem okazję być jako kibic w Schladming na nocnym Pucharze Świata w narciarstwie alpejskim i nigdy w życiu nie widziałem na wydarzeniu sportowym aż tylu ludzi, co tam.

Wracając do sportów drużynowych - fascynuje mnie rugby. W piłce nożnej, zwłaszcza klubowej przeszkadza mi otoczka kibolska. Natomiast zupełnie nie zauważyłem tego w rugby. Wiosną tego roku, gdy byłem w Dublinie, miał tam miejsce mecz Pucharu Świata, w którym grały Francja ze Szkocją. Na trybunach było kilkadziesiąt tysięcy ludzi, kibice francuscy poprzebierani za koguty, Szkoci w kiltach, a potem wszyscy razem pili piwo, nie było żadnych bójek, a na ulicach prawie nie było policji. Mieszkałem w hotelu przy dojeździe na stadion, ta ulica była zamknięta dla samochodów, a przed meczem i po meczu kilkanaście tysięcy ludzi razem na niej świętowało.

Mój starszy syn przez jakiś czas grał w piłkę w Cracovii, na bramce. Przez kontuzję musiał przestać, miał studencką praktykę w Czechach, wówczas trenował rugby w Slavii Praga. Rugby to fantastyczny sport, trzeba tylko zrozumieć, o co w nim chodzi. Nie jest on u nas popularny, a wciąga nie gorzej niż futbol.

A jak pan patrzy na Igę Świątek? Już wiem, że pan ją ceni, a czy zupełnie panu nie przeszkadza, że ona jest multimilionerką, że podobno w 2023 roku zarobiła 22 miliony dolarów, będąc drugą najlepiej opłacaną sporstmenką na świecie?

- Dlaczegóż to miałaby mi przeszkadzać wysokość jej zarobków? Ona powinna zarabiać jeszcze więcej! W porównaniu z zarobkami topowych piłkarzy zarobki najlepszych tenisistek i tenisistów są raczej skromne, ale wynika to pewnie z siły rażenia transmisji telewizyjnych rzeczonych sportów.

Co do tych milionów dolarów, to żadna kwota nie jest demoralizująca, jeśli jesteś dobry i chcą cię oglądać miliony ludzi na całym świecie. W ogóle Iga jest fenomenem. Bo widzi pan, tenis jest sportem dla ludzi myślących. Tutaj nie jest ważna tylko kondycja fizyczna, to nie jest triathlon w wydaniu ironman. Niczego nie ujmuję przedstawicielom tejże szlachetnej dyscypliny, ale w tenisie nie chodzi tylko o citius-altius-fortius [szybciej, wyżej, mocniej - red.]. Tu ważna jest również konstrukcja psychiczna i osobowość. Iga Świątek z pewnością jest bardzo jasną, bardzo pozytywną stroną świata sportu.

Oglądał pan, jak Iga wygrywała Roland Garros albo jak wygrywała WTA Finals i odzyskiwała numer jeden w światowym rankingu?

- Oglądałem kilka ważnych spotkań Igi, ale muszę się przyznać, że bardzo rzadko oglądam jej całe pojedynki, ponieważ bardzo się denerwuję! Ale oczywiście nie żyję w próżni medialnej, wchodzę na strony sportowe i czytam, choćby felietony pana Szczepłka. Dawno temu miałem przyjemność pracować w jednej redakcji z nieodżałowanym Krzysiem Mrówką. Wówczas z futbolem, zwłaszcza brytyjskim, byłem za pan brat. Do dziś generalnie coś tam wiem, na przykład, że Ilie Nastase się zachowywał brzydko na korcie, że Manuel Orantes był wspaniałym technikiem, że Boris Becker zbankrutował, że Björn Borg produkuje majtki, że Paul Gascoigne ma problemy z alko, że Cristiano Ronaldo jest wielkim filantropem, że Novak Djoković jest antyszczepionkowcem i tak dalej, i tak dalej.

A wie pan, jaki jest ulubiony deser Igi Świątek? I od razu pytam, czy pan ten deser też lubi.

- Akurat tego nie wiem.

Iga uwielbia tiramisù.

- O, tiramisù! Lubię! To jest bardzo energetyczny deser, bardzo kaloryczny. Co w przypadku sportowca dającego z siebie wszystko jest bardzo ważne. Zresztą "tiramisù" w dialekcie weneckim znaczy "dźwignij mnie", no więc bardzo na miejscu! O tiramisù nie wiedziałem, natomiast wiem, że Iga słucha Stonesów.

Wie pan, sport jest wspaniałą dziedziną ludzkiej aktywności, jest wspaniałym źródłem emocji, jest czymś, co może być rodzajem teatru, czyli dziedziną sztuki. I to wyjątkową, bo taką, że nikt nie wie, jak się ta sztuka zakończy. Ale coraz częściej niestety jest to pisane według przewidywalnego scenariusza. O mundialu w Katarze już wspominaliśmy.

Mówił pan, że ogląda siatkówkę - widział pan finał mistrzostw Europy, w którym Polska pokonała w Rzymie Italię 3:0?

- Oglądałem, tak.

I to zrobiło na panu troszkę mniejsze wrażenie niż wygrany przez Igę Świątek finał Roland Garros albo wygrane WTA Finals?

- Jedno i drugie to są wspaniałe osiągnięcia. Ale to są przecież inne dyscypliny. O ile pamiętam, w tenisie nią da się zrobić zmiany. Żużla specjalnie nie oglądam, ale kiedyś mój nieżyjący już niestety przyjaciel Piotr Bikont oglądał go namiętnie, więc kiedy u niego bywałem, oglądałem razem z nim. Często bywam na Bałkanach, a mówiąc precyzyjniej w dawnej Jugosławii, i tam się przekonałem, że polska liga żużlowa jest niesamowicie popularna. Zdaje się, że ona jest najlepsza na świecie.

Potwierdzam.

- Wie pan, że poznałem tam ludzi - młodych i starych - którzy specjalnie jeżdżą do Polski na mecze żużlowe? Znali nazwiska wszystkich żużlowców, to jest niezwykłe i oczywiście to jest budujące, że mamy coś, co jest najlepsze na świecie w kwestii sportowej.

A może był pan kiedyś na Grand Prix w Gorican? To chyba najdziwniejsza lokalizacja turnieju z cyklu mistrzostw świata, bo Gorican to przecież chorwacka wieś.

- Tak, wiem, gdzie to jest i byłem w tej miejscowości, ale na Grand Prix nie. Jeżdżą tam Słoweńcy i Chorwaci, głównie z północy, bo z Dalmacji to nie, ich głównie pasjonuje waterpolo i piłka nożna. W ogóle uważam, że Chorwacja powinna być dla nas przykładem. To jest przecież maleńki kraj, oni mają niecałe cztery miliony mieszkańców. I proszę zobaczyć: w lekkoatletyce mają gwiazdy, w piłce ręcznej są jednymi z najlepszych na świecie, w piłce nożnej są jednymi z najlepszych na świecie, w waterpolo są jednymi z najlepszych na świecie. To jest naprawdę godne podziwu, ile da się wycisnąć z tak małego ludzkiego potencjału.

Słowenia też może być dla nas wzorem - ma świetnych kolarzy, choć zdaje się, że akurat kolarstwa pan nie poważa...

- Nie mówię, że nie poważam. Wspomniałem tylko o negatywnych rzeczach, które się w kolarstwie działy. Ale wiem, że na przykład dla Włochów jest ono święte. Jak się Giro d'Italia odbywa, to oni siedzą przed telewizorami i oglądają to z ogromnym nabożeństwem. Co do Słowenii - ma pan rację, a ona ma przecież tylko dwa miliony ludzi.

I poza kolarzami ma choćby świetną drużynę koszykarzy z gwiazdą NBA Luką Donciciem, w siatkówce i w piłce ręcznej Słoweńcy też się liczą, też zdobywali medale.

- Piłkę nożną w tej chwili już chyba też mają na wyższym poziomie niż my. To jest dziwne, bo my mamy przecież generalnie dość niezłych zawodników. A dlaczego oni nie tworzą dobrej drużyny? To jest rzecz bardziej dla socjologów niż dla nas.

Czy był pan kiedyś na skokach w Zakopanem? To pytanie chcę zadać od momentu, w którym pan powiedział, że na narciarstwie alpejskim w Schladming były tłumy jak nigdzie indziej.

- Moda na skoki zaczęła się dopiero wtedy, gdy zaczęliśmy w nich wygrywać. U nas generalnie tak jest z oglądaniem sportu. Przecież nikt tu nie oglądał Formuły 1 dopóty, dopóki nie zaczął w niej jeździć Kubica. Austriacy w skokach zawsze prezentują dobry poziom, ale nie zawsze zwyciężają, natomiast od zawsze ludzie narciarstwo tam oglądają. Szwajcarzy po Simonie Ammannie, który zdaje się już dożywa swoich sportowych dni, nie mieli drugiego takiego skoczka, a wiem, że tam ludzie cały czas skoki oglądają. A u nas był Fortuna i wtedy się zrobiła moda na skoki narciarskie, która później przygasła. Pojawił się Małysz, wspaniały zawodnik, wybitny sportowiec, i wtedy wszyscy w Polsce zaczęli oglądać skoki. Ale obawiam się, że jeśli - odpukać - nasi skoczkowie nie wrócą wkrótce do formy, to Polacy przestaną skoki oglądać. Bo moim skromnym zdaniem wielu ludzi nie chce u nas oglądać skoków narciarskich, tylko ci ludzie chcą oglądać, jak polscy zawodnicy wygrywają w skokach narciarskich. A ja skoki lubię, na paru skoczniach byłem, a na skoczni w Titisee-Neustadt nawet gotowałem.

W Innsbrucku chyba też?

- Na skoczni w Innsbrucku z kamerą byłem parę razy, ale nigdy tam nie gotowałem. Generalnie skoki kojarzą mi się dobrze, poza tym haniebnym czynem polskich kibiców sprzed lat. Pamięta pan, jak obrzucili śnieżkami Hannawalda?

Od lat polscy kibice takich rzeczy już nie robią, ale oczywiście wszyscy pamiętają tamten skandal.

- W Schladming, o którym wspominałem, było wielkie święto, tam normalnie alkohol kibicom sprzedają, widziałem, jak się bratali Austriacy z Chorwatami, bo jeszcze rodzeństwo Kosteliciów wtedy jeździło. Tam nie było cienia agresji. A nasi, niestety, zaczęli przenosić zwyczaje z piłki nożnej, bo być może początkowo na skoki jeździli właśnie piłkarscy kibole złaknieni sukcesów. Natomiast dziś na skokach w Polsce przeszkadza mi jedno - bardzo nie lubię bazgrania po flagach! Uważam, że każda flaga jest czymś nietykalnym i pisanie na niej na przykład "Swarzędz", "Nowy Tomyśl" czy też "Limanowa" jest kompletnie bez sensu.

A propos alkoholu na sporcie w Austrii - bywałem w Bischofshofen w święto Trzech Króli na zakończeniu Turnieju Czterech Skoczni i muszę powiedzieć, że zapach grzanego wina był tam tak intensywny, że pewnie unosił się w powietrzu jeszcze dobę po zawodach. Ale choć austriackich skoczków pokonywał choćby Kamil Stoch, to widziałem dobrą zabawę tych wszystkich ludzi.

- Właśnie o to chodzi! Sport ma dawać ludziom uciechę. Ludzie od niepamiętnych czasów łakną przede wszystkim chleba i igrzysk.

Moment roku 2023 w polskim sporcie to...
mistrzostwo świata Piotra Żyły na skoczni normalnej
5%
1691 głosów
tekturowy Dawid Kubacki wniesiony na podium klasyfikacji generalnej PŚ
5%
1806 głosów
Robert Lewandowski królem strzelców i mistrzem Hiszpanii
2%
668 głosów
polski finał siatkarskiej Ligi Mistrzów: Zaksa vs Jastrzębski Węgiel
17%
6127 głosów
triumf Igi Świątek w wielkoszlemowym Roland Garros
14%
5045 głosów
medale Natalii Kaczmarek i Wojciecha Nowickiego w lekkoatletycznych MŚ
2%
608 głosów
złoty medal mistrzostw Europy wywalczony przez siatkarzy
25%
9060 głosów
awans siatkarek na igrzyska
5%
1810 głosów
mistrzostwo świata żużlowca Bartosza Zmarzlika
4%
1516 głosów
zwycięstwo Igi Świątek w WTA Finals
21%
7425 głosów
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.