To był marzec 2013 roku. Polska wyprawa jako pierwsza na świecie zdobyła zimą Broad Peak, czyli ośmiotysięcznik (8051 m n.p.m.) zlokalizowany na granicy Chin i Pakistanu. Podczas zejścia ze szczytu, zginęło dwóch z czterech wspinaczy. Wybitny himalaista Maciej Berbeka i debiutujący w najwyższych górach Tomasz Kowalski. Adam Bielecki i Artur Małek zdołali wrócić do bazy.
W 2014 roku pojawiła się informacja, że krakowska prokuratura rozpoczęła śledztwo w sprawie "narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia dwóch pokrzywdzonych himalaistów". Po kilku miesiącach śledztwo jednak zostało umorzone. Uznano, że organizatorzy wyprawy na Broad Peak nie narazili himalaistów na bezpośrednie zagrożenie utraty życia poprzez złe przygotowanie ekspedycji, wybór jej uczestników czy też brak opieki medycznej. Śledczy tłumaczyli, że himalaizm to sport o charakterze wyczynu, który jest z założenia nastawiony na kooperację, a nie rywalizację indywidualną, o czym szczegółowo przeczytacie w tekście Dominika Szczepańskiego.
- W przypadku tej formy aktywności człowieka zachodzi przypadek zarówno ryzyka sportowego, jak i okoliczności, którą określa się mianem świadomości i zgody pokrzywdzonego na niebezpieczeństwo wystąpienia najdalej idących skutków, z utratą życia lub ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu włącznie - można było przeczytać w oświadczeniu prokuratury. Teraz, po 10 latach, temat powraca. Dlaczego?
PKOL, czyli Polski Komitet Olimpijski, oraz Rafał Fronia poinformowali o lipcowej wyprawie na Broad Peak, której celem było pochowanie Tomasza Kowalskiego. W tym wyjątkowym przedsięwzięciu wzięli udział: Rafał Fronia, Marek Chmielarski, Jarosław Gawrysiak, Marcin Kaczkan, Krzysztof Stasiak oraz Grzegorz Borkowski.
Pomysłodawcą wyprawy był Fronia, który rok temu wchodząc na Broad Peak, mijał ciało Tomasza Kowalskiego. Celem tegorocznej wyprawy było pochowanie ciała zmarłego w godnym i oddalonym od drogi wspinaczkowej miejscu.
"Dlaczego? Zanim ktoś zada to pytanie, odpowiem: Tomek leżał na grani szczytowej Broad Peaku, na wysokości 8000 metrów, przez 10 lat, 4 miesiące i 13 dni. 3787 dni i 3787 nocy. Dziesięć najsurowszych na świecie zim. Każdy, kto ma kogoś bliskiego, zrozumie, o czym mówię, choć pojęcie, co czuli i wciąż czują jego rodzice, brat, przyjaciele, jest przecież niemożliwe. Dziesięć lat temu wydarzyła się tam wielka tragedia. I nie, w moim odczuciu nie było wtedy żadnego sukcesu, bo on miał być tylko elementem wielkiej himalajskiej przygody. I ta tragedia rozpaliła serca niemal wszystkich Polaków" - napisał Fronia w mediach społecznościowych.
- Dawno żadna historia nie wywarła na mnie takiego wpływu. Nie ukrywam, że kiedy ją usłyszałem, wiedziałem, że nie mogę zostawić chłopaków z tym samych. Bardzo ich podziwiam i jednocześnie jestem wdzięczny, że poświęcili ponad miesiąc swojego życia, by odbyć tę wyprawę i nie zostawić swojego przyjaciela. To także jest misja Polskiego Komitetu Olimpijskiego, by wspierać i pomagać, zwłaszcza w tak wrażliwych i ludzkich, jak ta sprawach - mówił prezes PKOl, Radosław Piesiewicz.
"Ostatecznie zespół Borkowski-Chmielarski-Gawrysiak-Stasiak dotarli do ciała, zapakowali je w specjalny sarkofag (uszyty przez Lhotse) i opuścili z grani ok. 100 metrów w dół (kilkaset metrów w poziomie). Miejscem wiecznego spoczynku jest od tego momentu lodowo-skalna grotka znajdująca się poniżej grani na stronie chińskiej. Akcja od C3 do C3 zajęła im ok. 14 godzin" - relacjonował wyprawę portal wspinanie.pl.