- Zawsze powtarzam, że w życiu najważniejszy jest czas. Na łożu śmierci suma na koncie będzie bez znaczenia - mówi Peter "Peru" Chrzanowski. Podróżnik, buntownik, marzyciel, kanadyjski narciarz ekstremalny polskiego pochodzenia, paralotniarz, filmowiec oraz animator wydarzeń górskich, który przyleciał właśnie do Polski, by promować swoją książkę "Szuss, czyli jak przeżyłem samego siebie".
- Zaczniemy pewnie tak koło 19.30, więc nie musisz aż tak bardzo się spieszyć - organizator w biegu rozmawia przez telefon. Gdy w końcu odkłada słuchawkę, wita nas szerokim uśmiechem. - Proszę się rozgościć. Mamy piwo, wino, wodę. Co pan sobie życzy. Albo nie pan, przepraszam, ja tak nie lubię: Roman jestem - od razu skraca dystans. - W krajach arabskich jak zapraszasz sto osób, przychodzi tysiąc. U nas jak zaprosisz sto, przychodzi dziesięć - śmieje się i dalej rozkłada krzesła.
Osób jest więcej niż dziesięć, ale niewiele, bo to kameralne spotkanie w ciepły czerwcowy wieczór w uroczej piwnicy na warszawskim Mokotowie. Piwnicy przerobionej trochę na bar, a trochę na pracownię. - Jeszcze przyniosłem piwo - mówi główny bohater tego wydarzenia, który pojawia się kilkanaście minut później. Od razu wita się z każdym serdecznie i częstuje piwem, choć sam otwiera jedno dopiero po swojej prelekcji.
Peter "Peru" Chrzanowski to mieszkający w Kanadzie narciarz ekstremalny, paralotniarz i filmowiec polskiego pochodzenia, który w latach 70. i 80. dokonał pierwszych zjazdów na nartach z wielu szczytów Ameryki Północnej i Południowej. To on jest głównym bohaterem spotkania, choć wcale nie daje tego odczuć. Dystans skraca równie szybko, jak Roman. Po kilkudziesięciu minutach witania się z gośćmi, tuż przed 20, w końcu siada przed telewizorem i zaczyna opowiadać swoją historię, którą uzupełnia pokaz slajdów i filmów nakręconych przez Petera podczas wielu lat jego barwnego życia.
"Ta książka jest o wszystkim. To całe moje życie"
Gdyby Chrzanowskiego osadzić w dzisiejszych realiach, bez wątpienia trzeba wskazać na Andrzeja Bargiela. Narciarza wysokogórskiego i himalaistę, który kilka lat temu jako pierwszy człowiek na świecie zjechał z K2, a więc drugiej najwyższej góry świata (8611 m n.p.m.). - Byłem niedawno z Andrzejem na kolacji. Świetny człowiek. Spędziliśmy ze sobą kilka godzin. Obiecałem mu, że spotkamy się w Peru - mówi Chrzanowski.
Na wstępie Chrzanowski przeprasza jednak wszystkich za swój polski. - Wyjechałem z kraju, gdy miałem osiem lat. Ostatni raz byłem tutaj 14 lat temu, więc mogę trochę kaleczyć nasz język - zaznacza. Jak szybko się okazuje, zupełnie niepotrzebnie, bo jego polski jest równie wyśmienity jak historie, którymi raczy nas przez kolejne dwie godziny.
Chrzanowski przyleciał do Polski, by promować swoją książkę "Szusss, czyli jak przeżyłem samego siebie". - Ta książka jest o wszystkim. To całe moje życie. Wspominam tam także o kręceniu filmów górskich, których zrobiłem kilkanaście, często bez odpowiednich pieniędzy, ale akurat one nigdy nie były dla mnie najważniejsze. To, na co od razu chciałbym zwrócić waszą uwagę, to styl życia, które moim zdaniem szczególnie w Polsce toczy się zbyt szybko. Uważam, że młodzież - pomiędzy liceum a szkołą wyższą albo zaraz po niej - powinna zrobić sobie przynajmniej rok przerwy, by rozwijać albo odnaleźć swoje pasje. By mieć w życiu czas na to, co kocha najbardziej, a nie od razu stać się niewolnikiem jakichś korporacji - tłumaczy.
Chodziło przede wszystkim o to, by jeździć na nartach
Dla Chrzanowskiego w życiu zawsze najważniejsze były góry. Góry i poznawanie świata. Świata, czyli ludzi, których od razu ujmuje swoim uśmiechem, szczerością, przyjaznym nastawieniem, ale też wieloma niesamowitymi historiami nie tylko z górskich szlaków, choć to tam "Peru" spędził najwięcej lat swojego życia.
- Od początku chodziło przede wszystkim o to, by jeździć na nartach. Sprzedawało się butelki po piwie, jadło się tylko chleb z serem, ale przez 100 czy nawet 120 dni w roku jeździło się na nartach. To było najważniejsze - mówi z rozbrajającą szczerością.
Chrzanowski dorastał w kanadyjskim Whistler - obecnie znanym ośrodku narciarskim, w pobliżu którego zresztą mieszka do dziś. To tam w latach 70. i 80. - podobnie jak w USA - narodziła się kultura tzw. ski bumsów. W wolnym tłumaczeniu narciarzy włóczęgów, którzy za wszelką cenę próbowali wykorzystać czas na jazdę na nartach i dobrą zabawę.
Ski bumsi prowadzili koczowniczy tryb życia w pobliżu dużych stacji narciarskich, gdzie budowali nielegalne chatki, jeździli na gapę wyciągami, ale równie często też zbaczali z trasy, by szusować w głębokim i świeżym śniegu. - Whistler nie miało wówczas oficjalnej struktury miasta, nie było policji. Było za to dużo materiałów budowlanych, bo firmy zaczynały stawiać hotele. Podjeżdżało się tam wieczorem ciężarówkami po resztki tego drewna, które w większości i tak było potem spalane. No i tak w zasadzie powstawały te nasze chatki - w lesie, gdzie mieszkało od 30 do 50 osób. Wszyscy się znali. Wszyscy byli mili, uśmiechnięci i kochali góry. To był czas, kiedy narciarstwo ekstremalne nie było w Kanadzie jeszcze tak popularne. My jako pierwsi uprawialiśmy freeride. Mnie zawsze ciągnęło trochę na boki. Od małego namawiałem rodziców do zjeżdżania z wyznaczonych tras, by odwiedzać ciekawe miejsca, o których czytałem wcześniej w przewodnikach - tłumaczy Chrzanowski.
Andrzej Bargiel był inspiracją
Chrzanowski ma na swoim koncie zjazdy z lodowców i gór w Kanadzie, Peru, Nepalu czy na Alasce. To on jako pierwszy dokonał zjazdu z Mount Robson (3954 m n.p.m.), najwyższego szczytu w kanadyjskiej części Gór Skalistych. - To piękna góra. W 1980 roku rozpoczął się mój nieco toksyczny z nią związek. Miłość trwała kilka lat i przeplatała się z nienawiścią. Już samo zdobycie szczytu Mount Robson było dużym wyzwaniem, bo to trudna skalno-lodowa wspinaczka w bardzo niskich temperaturach. Do pierwszego zjazdu namówił mnie pewien Amerykanin, który był przewodnikiem. Wtedy wybraliśmy stronę, z której nie dało się zjechać, ale mam z tej próby nawet krótki film, który powstał we współpracy z firmą The North Face - opowiada Chrzanowski i odpala krótkie nagranie.
Chrzanowski w końcu zjechał z Mount Robson. To był solowy zjazd, o którym na pierwszych stronach rozpisywały się nawet kanadyjskie gazety. W Polsce o jego wyczynach wiele osób jednak nie wie do dziś. I tutaj znowu wypada przywołać Bargiela, bo to dopiero dzięki niemu narciarstwo wysokogórskie stało się popularne w naszym kraju. - Ale to ty byłeś jego protoplastą - zaczepiamy Chrzanowskiego już po prezentacji. - Można tak to ująć. Ale przede wszystkim chcę powiedzieć, że mam wielki szacunek do Andrzeja. On ma naprawdę świetną kondycję i szybko aklimatyzuje się na dużych wysokościach. Do tego to bardzo fajny, skromny chłopak. Polubiliśmy się od razu. To w zasadzie dzięki niemu napisałem tę książkę. Andrzej był moją inspiracją - chwali swojego młodszego kolegę.
"Nie żałuje ani sekundy swojego życia"
Chrzanowski w tym roku skończy 66 lat. Ale to nie znaczy, że dziś tylko opowiada o górach, bo wciąż ma z nimi bliski kontakt. Nadal mieszka w okolicach Whistler, gdzie jeździ na nartach, ale też lata na paralotni, która stała się jego drugą pasją. - Zaczęło się w 1986 roku. Usłyszałem wtedy, że jacyś Francuzi zaczęli zlatywać z gór na spadochronach. To oni wpadli na pomysł, że gdy się chwilę podbiegnie po stoku ze spadochronem, można się unieść w powietrze. Tak wyglądały pierwsze paralotnie, na których sam zacząłem latać. Robię to zresztą do dziś, choć oczywiście na nieco unowocześnionym sprzęcie. Nawet zaraziłem tym moją mamę, która 11 lat temu, - w wieku 80 lat, spróbowała latania na paralotni w tandemie i też bardzo jej się spodobało - opowiada Chrzanowski.
Obecnie Chrzanowski organizuje i popularyzuje nową dyscyplinę sportu. To Aerothlon, który składa się z trzech konkurencji: biegu górskiego, jazdy na rowerze górskim i lotu na paralotni. Imprezy organizuje głównie w Meksyku i Ameryce Południowej, ale w tym roku także w Szczyrku. - Marzy mi się, by wrócić za rok. Nie tylko do Bielska, ale też w nasze ukochane w Tatry. Do Zakopanego, na Kasprowy Wierch. Mam nadzieję, że przekonamy do tego władze parku narodowego - mówi.
Na razie Chrzanowski wraca jednak do Kanady. - Tam żyje się dużo spokojniej. Nie ma takiej pogoni za forsą. A ja zawsze powtarzam, że w życiu najważniejszy jest czas. Na łożu śmierci suma na koncie będzie bez znaczenia. Nie żałuję ani sekundy swojego życia - kończy.
Książkę "Szusss, czyli jak przeżyłem samego siebie" można kupić tutaj.