Zdzisław Ambroziak: Fatum

Zdzisław Ambroziak: Fatum

Rozpowszechniony jest pogląd, który podzielam, że pierwszy tydzień tenisowych wielkoszlemowych turniejów pań bywa nudny. Faworytki wygrywają łatwo, bo nie ma na świecie 128 kobiet grających w tenisa na zbliżonym poziomie. Tymczasem w Paryżu już w pierwszym meczu odpadła jedna z największych gwiazd turnieju, powszechnie typowana na zwyciężczynię Amelie Mauresmo. Jeżeli prześledzi się wszystkie okoliczności tej porażki, to stanie się jasne, że mamy do czynienia z jakimś fatum.

Mauresmo w pierwszej rundzie miała grać przeciwko Rosjance Linie Krasnoruckiej. Ponieważ jednak w ostatniej chwili wycofała się z turnieju rozstawiona z nr 3 Lindsay Davenport, przeciwko Amelie wyszła na kort urodzona w Halle jeszcze w czasach NRD Jana Kandarr.

Niemkę pamiętają wszyscy miłośnicy tenisa w Polsce, ponieważ dłuższe i zgrabniejsze nogi na światowych kortach miała tylko nasza Magdalena Grzybowska. Na korty Warszawianki, kiedy jeszcze rozgrywano tam Warsaw Cup by Heros, wielu panów przychodziło nie tylko podziwiać klasę Magdy i Jany, ale i oceniać, która miałaby większe szanse na wybiegu jako modelka.

W tenisie, wydawało się, że przyszłość należy do Polki. Ona w Australian Open wygrała z Venus Williams, była też w półfinale w Hobart, w trzeciej rundzie Hilton Head, a wszystko to miało miejsce zaledwie trzy lata temu. Kolorowy, luksusowy świat wielkiego tenisa był na wyciągnięcie ręki. Później nad karierą Polki zawisło jakieś koszmarne fatum, które trwa do dziś.

Kandarr natomiast, już jako reprezentantka Niemiec, nie tylko jest równie piękna jak przed laty, ale na Roland Garros rozegrała mecz życia.

Mauresmo nigdy nie była tak silna jak teraz. Wygrywała turniej za turniejem. Wszyscy spodziewali się wyjątkowych, nie tylko tenisowych emocji przed możliwym finałem Francuzki z Martiną Hingis nie tylko dlatego, że Amelie demonstracyjnie podkreśla, iż jest lesbijką. Przede wszystkim dlatego, że Hingis, zdumiona nieludzką siłą fizyczną rywalki, określiła ją publicznie jako półfaceta (tak jest!).

Po przegraniu pierwszego seta piekielnie silna Mauresmo prowadziła już 4:0 i 5:1. Przecież tegoroczny Roland Garros miał być jej. Wszystko na nic! Grająca jak natchniona długonoga Kandarr do końca meczu nie oddała już żadnego gema. Jeden mecz, a ileż skojarzeń. Tyle tylko że dla nas wszelkie tenisowe reminiscencje jedynie pogłębiają przekonanie, że nad całym naszym tenisem wisi jakieś złowrogie fatum.