Chorąży olimpijskiej kadry Polski był podejrzany o działania w gangu. "Wiem, że pozostał niesmak"

Łukasz Jachimiak
- W tym wypadku byłem razem z bratem. Przeżyłem, a on umarł. Umarł ktoś mi najbliższy. Tak, to był bodziec, żeby dalej trenować, żeby wszystko wytrzymać i żeby kiedyś medalami oddać bratu hołd. Bardzo chciałem zrobić to, czego on nie miał okazji, co jemu nie było dane - mówi Andrzej Wroński.

"nieDawny Mistrz" to cykl rozmów z (nie)dawnymi gwiazdami polskiego sportu. Ujawniają w nich kulisy najciekawszych wydarzeń z kariery i opowiadają, co robią już po jej zakończeniu. Wszystkie rozmowy z tego cyklu można znaleźć pod tym linkiem.

Andrzej Wroński, urodzony w 1965 roku. Najlepszy polski zapaśnik w historii. Jego największe sukcesy to:

  • złoty medal igrzysk olimpijskich Seul 1988
  • złoty medal igrzysk olimpijskich Atlanta 1996
  • złoty medal MŚ 1994
  • srebrny medal MŚ 1999
  • brązowy medal MŚ 1993
  • brązowy medal MŚ 1997
  • złoty medal ME 1989
  • złoty medal ME 1992
  • złoty medal ME 1994
  • brązowy medal ME 1990
  • brązowy medal ME 1996
Zobacz wideo Damian Janikowski analizuje walki freaków. "Śmieszna walka, ale dobra"

Łukasz Jachimiak: Co wspólnego może pan mieć z Igą Świątek?

Andrzej Wroński: Pewnie Seul? Dobrze pamiętam, że jej ojciec był wioślarzem albo kajakarzem i debiutował na igrzyskach olimpijskich tam, gdzie ja?

Tomasz Świątek faktycznie był wioślarzem i w Seulu zajął siódme miejsce w czwórce podwójnej. Ale myślałem o czymś zupełnie innym - pan na igrzyskach oraz mistrzostwach świata i Europy walczył w siedmiu finałach i wygrał sześć, a Iga na 11 finałów turniejów WTA wygrała 10. Wygląda na to, że oboje macie gen zwycięzcy.

- Tak musi być. Dla mnie finał zawsze oznaczał, że nie mam nic do stracenia. Będąc w finale, byłem w miejscu, w którym już nic złego nie mogło się stać i po prostu mogło być tylko lepiej. Podchodziłem do finałów bardzo spokojnie, z pewnością siebie. I żadnego finału nie wspominam jako szczególnie trudnego.

Wiem, że najtrudniejszą walkę w życiu stoczył pan o finał. Kiedyś pan mi opowiadał, że w olimpijskim półfinale na igrzyskach w Atlancie broniący tytułu Hector Milian z Kuby tak bardzo pana atakował, że aż przestawał pan widzieć.

- Milian był mistrzem świata i mistrzem olimpijskim. Różnych tytułów miał prawie tyle, co ja. W ostatnich sekundach drugiej rundy zdobyłem dwa punkty, do końca rundy jeszcze Kubańczyk był spokojny, ale w następnej ruszył na mnie jak szalony. To była niebywała siła. Po półtorej minuty zacząłem myśleć, że oddam mu punkty, żeby tylko już przestał mnie atakować. Momentami światło mi przygasało, naprawdę widziałem tylko czarne plamy. Na szczęście w zapasach kontakt z rywalem jest cielesny i można walczyć nawet z zamkniętymi oczami. Szczerze mówiąc, w tamtej walce byłem blisko powiedzenia sobie: "dosyć, dłużej nie dam rady". Ale nagle jak światełko w tunelu pojawiła się całkiem inna myśl: "Andrzej, musisz wytrzymać! Andrzej, jak wytrzymasz, to masz medal!". I wtedy zacząłem widzieć, jak wchodzę na podium, jak mi medal wieszają na szyi. Dzięki temu wstąpiły we mnie nowe siły, złapałem oddech i ruszyłem z takim kontratakiem, że Kubańczyk całkiem się cofnął, zupełnie stracił wiarę. Nagle zrozumiałem, że wygram. Nie zapomnę, jak sobie pomyślałem: "no chłopie, teraz to już cię mam". Ten pojedynek wygrałem 2:0, a później zdobyłem drugie olimpijskie złoto.

Pierwsze złoto zdobył pan w 1988 roku w Seulu. Drugie pewnie mógłby pan mieć w Barcelonie w 1992 roku, ale tam wygrał Milian, a pan krótko przed igrzyskami połamał żebra i zajął czwarte miejsce.

- Nie będę mówił, że gdybym był zdrowy, to na pewno ja bym wygrał. Szacunek dla Miliana, był najlepszy, a ja się nad sobą nie będę rozczulał.

Ale pewnie w walkach z innymi świetnymi zapaśnikami niedoleczone żebra bardzo bolały?

- Jasne, że bolały - najbardziej w momentach, w których trzeba było się mocno spiąć, żeby się nie dać rzucić. Wtedy kłuło, szarpało, ale to było do wytrzymania. Gorsze było to, że ze dwa lata przed igrzyskami znieśli walkę w przymusowym parterze, koncentrowaliśmy się więc na technice w stójce, a gdy ze trzy-cztery miesiące przed igrzyskami dostaliśmy informację, że partery jednak wracają, to ja ich sobie odpowiednio nie przypomniałem, nie udoskonaliłem. Właśnie przez kontuzję. Szkoda, że kiedy kontuzja się przydarzyła, to badania nie pokazały od razu prawdy. Żebra popękały mi w walce finałowej Memoriału Pytlasińskiego i początkowo była diagnoza, że mam tylko nadwyrężone mięśnie międzyżebrowe i że za dwa-trzy tygodnie wszystko będzie dobrze. Nie było, ból nie przechodził i dopiero dokładne badania pokazały, że kontuzja jest poważna i że trzeba więcej czasu na rekonwalescencję. No i w Barcelonie walkę o wejście do finału przegrałem właśnie przez niedopracowany parter.

Odbijmy się jeszcze raz od postaci Miliana - wyobrażam sobie, że jemu po mistrzostwie olimpijskim bardzo zmieniło się życie na Kubie, w reżimie Fidela Castro. A zastanawiam się, jakie zmiany zaszły u pana w 1988 roku. Miał pan 23 lata, został mistrzem olimpijskim z kraju u schyłku komuny i co pan zyskał? Pewnie niewiele w porównaniu z tym, co dostał pan osiem lat później po drugim olimpijskim złocie?

- Zaskoczę pana: zdecydowanie lepiej miałem po Seulu.

Na pewno? Przypominam, że po Atlancie dostał pan 60 tysięcy złotych i złote seicento sporting. Czytałem, że nawet olimpijczycy z Niemiec zazdrościli wam takich nagród, bo sami dostawali za złoto tylko po 15 tys. marek, czyli po około 30 tys. złotych.

- Ale po Seulu było naprawdę zarąbiście. W Seulu zresztą też. Ja tam na przykład byłem w szoku, że spotkałem Carla Lewisa. Stałem, patrzyłem i byłem tak nieśmiały, że nie odważyłem się do niego podejść. Zresztą, w jakim języku bym się z nim wtedy dogadał? Po rosyjsku raczej nie mówił. Szokiem było, że nagle się znalazłem wśród tak wielkich postaci. Dla mnie już możliwość wejścia do wioski olimpijskiej była wielkim przeżyciem. Pamiętam, jak przylecieliśmy, odebraliśmy akredytacje i z kluczami poszliśmy do swoich apartamentów. Po drodze zauważyliśmy, że jest automat z zachodnimi napojami. Za darmo! Wszyscy się ustawiliśmy w kolejce do tego automatu i żeśmy nabrali tyle puszek, ile tylko nam do toreb weszło. Spieszyliśmy się przy tym, jakbyśmy robili coś niedozwolonego. Udało się, dochodzimy do budynku, w którym mamy zamieszkać, wchodzimy, a tam lodówka z tymi samymi napojami. Otwarta! Kurczę, po co to było nieść taki kawał drogi? A jak się okazało, że poza tą lodówką w korytarzu każdy ma jeszcze wypełnioną napojami lodówkę w pokoju, czuliśmy się jak w innym świecie.

Jeszcze większy szok był przy pierwszym pójściu na stołówkę. Patrzyłem i powtarzałem do wszystkich, że to jest niemożliwe - stołówka była jak wielka hala sportowa, a w środku kuchnie z całego świata - przeróżne dania, desery, kawy, lody - wszystkiego się chciało pokosztować. I w tym wszystkim nie wolno było zapomnieć o limicie wagowym!

Jakoś pan dał radę.

- Tak, a później za złoto dostałem aż 10 tysięcy dolarów. Proszę to sobie odnieść do 40 dolarów, bo wtedy taka była średnia pensja zwykłego człowieka. A jak pan porówna 60 tys. złotych za Atlantę ze średnią pensją Polaka z 1996 roku, to przebicie będzie dużo mniejsze. Poza tym po Seulu dostałem jeszcze samochód i większe mieszkanie. I za komuny miałem liczne przywileje dlatego, że byłem w wojsku i reprezentowałem Legię. W 1996 roku czasy były już całkiem inne.

Pana Seul i Atlantę klamrą spina Aleksander Kwaśniewski, który najpierw jako minister sportu, a później jako prezydent Polski, oglądał pana zwycięstwa z trybun.

- Mam do pana Aleksandra pretensje. O to, że nie było go w Barcelonie. Jego wina, że nie wygrałem! Ha, ha!

Dziś mówią "wina Tuska" a pan mówi "wina Kwaśniewskiego".

- Żartuję sobie. Prezydent Kwaśniewski bardzo się zna na sporcie, przez lata nas wspierał, jeździł na różne sportowe wydarzenia i zawsze był we wszystkim świetnie zorientowany.

Dlaczego polskie zapasy nie stały się potężne na lata? W 1996 roku zdobyliście pięć olimpijskich medali, w tym trzy złote, po powrocie z Atlanty jeździliście jak wielcy bohaterowie bryczkami po Warszawie, wiem, że duże pieniądze na zbudowanie systemu chciał wyłożyć chyba największy wtedy sponsor polskiego sportu, a na wasze walki jeździł prezydent, bo wiem, że bywał nie tylko na igrzyskach, ale też na MŚ i ME. Co się stało, że się nie udało i że teraz tylko raz na jakiś czas wyszarpiemy na igrzyskach jakiś pojedynczy brąz?

- Bryczkami żeśmy przejechali z lotniska na Plac Teatralny. Mieliśmy zorganizowany obiad z dziennikarzami w meksykańskiej restauracji. Sponsor, czyli firma Opoczno [producent płytek ceramicznych] podchodził do sprawy bardzo konkretnie. Propozycja była taka, że polskie zapasy dostaną aż milion dolarów. Niestety, sponsor został zniechęcony, bo związek chciał być mądrzejszy od nas, zawodników. Działacze chcieli nas pominąć. Oni chcieli wszystko załatwić za naszymi plecami i Opoczno widząc to wszystko się wycofało. Prezes i sekretarz generalny chcieli podpisać ten kontrakt bez nas, sponsor się na to nie zgodził. W końcu po Atlancie zostały nam tylko nagrody za medale.

I te złote auta.

- Ja je miałem tylko z miesiąc i sprzedałem - dla mnie ten fiacik był za mały, ledwo się mieściłem. To było fajne auto, ale bardziej kobiece.

Pytałem, co może pan mieć wspólnego z Igą Świątek, a teraz powiem, że pana historia trochę mi przypomina drogę do sukcesów, jaką przeszedł Dawid Kubacki. Oczywiście pan już jako 23-latek został mistrzem olimpijskim, ale wiem, że przez pierwsze trzy lata nie wygrał pan żadnej walki w żadnych zawodach, a pierwszy turniej wygrał pan dopiero po pięciu latach treningów. I tu zacytuję Dawida, który często na stwierdzenia, że wiele lat czekał na przełamanie, poprawia, że wcale nie czekał, tylko przez te wszystkie lata ciężko pracował.

- Bardzo dobrze mówi! Faktycznie ja też nie czekałem na swój moment, tylko ciężko pracowałem.

I pan też zaczynał od treningów i startów ze starszymi chłopakami.

- Zgadza się, byłem najmłodszy w klubie. I często startowałem nie mając do tego prawa, bo jeszcze byłem za młody, ale trener mnie jakoś na zawody przemycał.

Trener Stanisław Krzesiński, który prowadził pana w kadrze, stwierdził kiedyś, że to, czego inni uczyli się w miesiąc, panu zabierało 10 miesięcy, ale też od razu dodawał, że braki techniczne niesamowicie pan nadrabiał ambicją i uporem. Podobno do tego stopnia, że ma pan ciekawe wspomnienia z Zakopanego?

- Ha, ha, to był mój pierwszy w życiu obóz kadry. Rok 1981, miałem niecałe 16 lat. Gdy wróciłem do domu, mama ciekawa Zakopanego pyta: "Andrzej, no i jak tam jest?". Kiedyś było biednie, rodzice nie podróżowali, tylko pracowali. Ale mama się ode mnie niczego nie dowiedziała. Powiedziałem, zgodnie z prawdą, że nie byłem nigdzie poza ośrodkiem. Byłem wtedy tak zmęczony, że ani razu nie dałem rady wyjść. W klubie w Żukowie trenowałem trzy razy w tygodniu, a na kadrze były trzy treningi dziennie. Tam tylko jadłem, trenowałem i spałem. Wszystko robiłem, żeby wytrzymać tempo kadrowiczów. I niesamowicie się dziwiłem, że starsi koledzy mają siłę wyjść po tych treningach na miasto. Z biegiem czasu ja też doszedłem do tego poziomu, że po robocie była kąpiel i się wychodziło. Ale najpierw były lata harówki, żeby na taki poziom wejść.

Pan późno zaczął. Miał pan 11 lat, gdy na igrzyskach w Montrealu Kazimierz Lipień zdobył dla Polski pierwsze olimpijskie złoto w zapasach w historii. I wtedy to tata zdecydował, że pan i dwa lata starszy brat spróbujecie uprawiać ten sport?

- Tak, my z Wieśkiem chcieliśmy, ale to była głównie decyzja ojca.

Już rok później Wiesiek zginął w wypadku samochodowym. Na ile to wszystko co pan osiągnął, zrobił pan też dla brata? Potrafię sobie wyobrazić, kim dla pana mógł być, bo mam synów, między którymi są dwa lata różnicy i widzę, jak bardzo młodszy jest wpatrzony w starszego.

- Ja w tym wypadku byłem razem z bratem. Przeżyłem, a on umarł. To była wielka tragedia, umarł ktoś mi najbliższy. Ja przeżyłem, miałem tylko złamaną nogę i rozbitą głowę, a jemu się nie udało... Tak - to był bodziec, żeby dalej trenować, żeby wszystko wytrzymać i żeby kiedyś medalami oddać bratu hołd. Bardzo chciałem zrobić to, czego on nie miał okazji, co jemu nie było dane.

Jak sobie z tym wszystkim poradził wasz ojciec?

- Miał ogromne wyrzuty. Wypadek był niezaprzeczalnie z jego winy. Do końca swoich dni musiał z tym żyć. Najtrudniejsze były początki, później rany trochę się zabliźniły. Wiadomo, że już na zawsze w głowie są myśli, że można było zapobiec tragedii. Wiadomo, że człowiek zadaje sobie pytania.

Wracamy do sportu?

- Wróćmy.

To przenieśmy się do Sydney. To były pana ostatnie igrzyska - z rolą chorążego polskiej kadry i z wielkim zamieszaniem, bo gdy wy byliście w Australii, to w Polsce prasa pisała, że prokuratura postawi panu zarzuty. Był pan podejrzany o działania w gangu samochodowym, który wyłudzał odszkodowania. Wyobrażam sobie, że to wszystko pana rozbijało.

- Komfortowo się nie czułem, całe przygotowania trafił szlag. Ale to, że dziennikarze szukali sensacji i że ja byłem zdekoncentrowany nie może być całym usprawiedliwieniem mojego słabego występu [13. miejsce].

Jak się ta sprawa skończyła i o co w niej właściwie chodziło?

- Mój kolega został skazany. Za wyłudzanie pieniędzy z odszkodowań. Ja u niego robiłem samochody. Jak tylko coś mi się psuło, to zawsze auta do niego wstawałem. Uważałem, że mam zaufanego mechanika, przyjaciela, a okazało się, że przez niego miałem zarzut pomocnictwa w wyłudzaniu pieniędzy, bo na mój samochód on też jakieś kwoty wyłudził, mój samochód też figurował na stworzonej przez niego i jeszcze kilku ludzi liście fikcyjnych wypadków. Żadnych pieniędzy z żadnego odszkodowania nie dostałem, na mnie to wszystko spadło jak grom z jasnego nieba.

Koniec sprawy był taki, że zostałem oczyszczony ze wszystkich zarzutów. Jestem czysty, ale co się nadenerwowałem, to tylko ja wiem. Wymiar sprawiedliwości nie garnął się do szybkiego zakończenia sprawy, a ja się tym wszystkim bardzo stresowałem. Każde pójście do sądu źle znosiłem i chociaż dzięki Bogu skończyło się sprawiedliwie, to też wiem, że pozostał po tym wszystkim niesmak. Bo to jest tak, że niektórzy rozumieją, że nic złego nie zrobiłem, a niektórzy i tak myślą, że Wroński coś kombinował. Mimo że mnie uniewinniono. Niestety, oczernić człowieka jest bardzo łatwo, media takie informacje ochoczo podają. A jak się sprawa wyjaśni, to tylko gdzieś tam wspomną na marginesie, napiszą na ostatniej stronie i to drobnym maczkiem.

Na początku lat 90. "Przegląd Sportowy" alarmował, że może pan zostać Niemcem. Pan i Ryszard Wolny mieliście propozycję przyjęcia niemieckiego obywatelstwa. I chyba sprawa była poważna?

- Obaj startowaliśmy w lidze niemieckiej, w której był taki przepis, że w drużynie może być dwóch obcokrajowców. Ja i Rysiek mamy trochę niemieckich korzeni, więc faktycznie Niemcy zaproponowali, że nam załatwią obywatelstwo. Moglibyśmy startować w lidze jako Niemcy i byłoby miejsce dla jeszcze dwóch obcokrajowców. Ale w moim przypadku taką możliwość zablokowało wojsko. Powiedziano mi, że nie ma takiej możliwości.

Wolny po latach, po zdobyciu złota w Atlancie, przyznał w "Gazecie Wyborczej", że jemu Niemcy proponowali więcej niż tylko walczenie w klubie na niemieckim paszporcie - on mógł po prostu zmienić barwy narodowe. Opowiadał, że się wahał, bo w Niemczech mieszkali już jego ojciec i brat. I że Niemcy oferowali bardzo dobre pieniądze.

- Jasne, że gdyby tam były podobne pieniądze jak u nas, to nikt by tam nie chciał jeździć.

Dlaczego pan wyjechał stąd, gdzie pieniądze są większe? Myślę o Warszawie - dlaczego po latach brylowania w stolicy wrócił pan w rodzinne strony na Kaszuby?

- W Warszawie żyłem 25 lat. Od 1984 roku, od początku służby wojskowej, aż do zakończenia kariery sportowej i wojskowej - bo byłem zawodowym żołnierzem a teraz jestem na emeryturze wojskowej - w 2009 roku. Ale wspólnie z żoną i z dziećmi uznaliśmy, że nasze miejsce jest na Kaszubach, że tam się czujemy u siebie.

I jest tam pan głównie myśliwym czy głównie człowiekiem, który szuka kolejnych zapaśników wśród silnych dzieci z lasów?

- Jestem prezesem fundacji i byłem prezesem klubu zapaśniczego, który po powrocie na Kaszuby reaktywowałem. Klub nazywa się dokładnie tak jak wtedy, kiedy w nim zaczynałem - Morena Żukowo. Od 2009 roku do dzisiejszego dnia szkolimy dzieci, mamy medale na mistrzostwach Polski, mamy reprezentantów Polski takich jak Grzegorz Kunkel, który startował już w mistrzostwach świata i Europy. Brakuje nam jeszcze medalistów największych międzynarodowych zawodów, ale myślę, że się doczekamy, że to kwestia czasu.

Pan cały czas zdobywa medale.

- Potwierdzam. W zapasach oldbojów jestem już 15-krotnym mistrzem świata. Czyli w sumie mam już więcej tytułów od Aleksandra Karielina, ha, ha! A nawet muszę się poszczycić, że teraz jestem mistrzem świata w stylu wolnym!

Karielin był niepokonany przez 13 lat, a pan od ilu lat nie przegrał?

- W oldbojach nie przegrałem ani jednej walki! Wychodzi, że to już z 15 lat. Ale traktuję to z przymrużeniem oka, nie liczę na poważnie. Miło się pospotykać z kolegami i z nimi powygrywać.

Nie milej byłoby pozarabiać niezłe pieniądze w MMA?

- Miałem tam tylko jedną walkę i od razu zrozumiałem, że to nie jest dla mnie.

Przypomnijmy: 11 lat temu przegrał pan z Pawłem Nastulą, kumplem z judo, też mistrzem olimpijskim.

- Nie czułem się w tym sporcie dobrze. Nawet prowadząc zajęcia z dzieciakami, bo obok zapasów próbowaliśmy też robić treningi z mieszanych sztuk walki.

Z Nastulą dalej się kolegujecie?

- No pewnie! Przecież nic złego się między nami nie stało, on mnie tylko pokonał w sportowej walce.

A jakim zapaśnikiem był Andrzej Gołota?

- Nie pokazywał talentu do zapasów. Ale kto wie co by było, gdyby zaczął jako młody chłopak. Boks to jednak zupełnie inna specyfika, a zapasów ja go tylko trochę uczyłem, gdy miał mieć walkę w amerykańskim wrestlingu już po pięściarskiej karierze. Andrzej dostał propozycję takiej walki z tym rywalem, którego kiedyś poczęstował w krocze.

Z Riddickiem Bowe.

- Tak i trochę Andrzeja podszkoliłem, ale do tej walki w końcu nie doszło.

Wróćmy do Rosjanina Karielina - nadal zdarza się, że ktoś pana z nim myli ze względu na wasze fizyczne podobieństwo?

- Bywa. Ale kiedyś ludzi nie wyprowadzałem z błędu, a teraz już prostuję. Nie chcę być brany za niego. Nie w czasie, gdy w Ukrainie trwa wojna.

Z Karielinem raz w życiu pan walczył, mimo że jego kategoria wagowa to było 130, a pańska - 100 kg, prawda?

- To była walka z przymrużeniem oka, pokazowa. Nie spinałem się, wiedziałem, że z takim zwierzem nie ma co się szarpać. W normalnych okolicznościach byłbym na straconej pozycji, bo on był cięższy o 30 kilogramów. Ale wyszliśmy pokazać parę rzutów dla zabawy, dla publiki, żeby zobaczyła starcie mistrza wagi ciężkiej z mistrzem superciężkiej.

A co z tym myślistwem?

- A właśnie sobie z panem rozmawiam i robię kiełbasę z dzika. I waga mi się - Holender! - zepsuła, przez co nie mogę dokładnie odmierzyć przypraw. Wie pan, co mnie boli? Że ludzie są zakłamani. Słyszę te komentarze, że myślistwo to jest mordowanie zwierzaków. A to jest selekcja, dbanie o to, żeby była kontrola nad liczbą określonych dzikich gatunków. Denerwuje mnie, że ludzie nie wiedzą, o co chodzi, myśliwych atakują, a jednocześnie jedzą schabowego i nie przeszkadza im, że musiała zginąć świnia, żeby tego kotleta dostali. Albo patrzę, jak ktoś w telewizorze mówi o myśliwym złe rzeczy i widzę, że ma piękny pasek z naturalnej skóry i jeszcze piękniejsze buty, a pasek od zegarka to nawet ma z krokodyla. To są hipokryci.

Dla mnie zwyrodnialcami są ci, którzy strzelają do zwierzyny, żeby się z nią sfotografować, jak z trofeum. I takimi samymi zwyrodnialcami są ci, którzy głodzą i biją zwierzęta domowe. Ja wiem, że w każdym środowisku są ludzie i ludziska i wiem, że myśliwi to nie są bandyci, którzy wpadają do lasu i strzelają do wszystkiego, co się rusza. A już najbardziej mnie wkurzają ci ludzie, którzy są całkowicie przeciw myśliwym, ale gdy na przykład dziki im wejdą na posesję i rozwalą piękny trawnik, to wtedy mają pretensje do myśliwych, dlaczego tych szkodników nie odstrzeliliśmy.

Skończmy polityką: jest pan Kaszubem jak Donald Tusk, ale chyba bliżej panu do Jarosława Kaczyńskiego?

- Dlaczego?

"W 2010 roku był wśród założycieli Stowarzyszenia Polska Jest Najważniejsza, w skład którego weszli niektórzy członkowie warszawskiego komitetu poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich" - to z pana notki biograficznej na Wikipedii.

- A skąd! Ani nie zakładałem nigdy żadnej partii, ani nawet nigdy w żadnej partii nie byłem. Nie mam pojęcia, kto to napisał. Oczywiście startowałem do sejmiku województwa pomorskiego i do Sejmu z listy PSL-u, ale z listy, a członkiem partii nie byłem. Tak naprawdę, to szybko się do polityki zniechęciłem. I nawet nie chce mi się o niej wypowiadać.

Sportowcy, którzy mieli z polityką coś wspólnego, często mówią, że jeśli sport czasami zapomina o fair play, to polityka zupełnie się czymś takim nie przejmuje. Pan też to odczuł?

- Powiem jedno: byłem kiedyś na Wiejskiej, w Sejmie. I jak wszedłem do sejmowej restauracji, to zobaczyłem zupełnie inny świat od tego, który znałem z telewizyjnych transmisji. Dla nas są niekończące się awantury, które odwracają naszą uwagę od dużych problemów. A poza kamerami towarzystwo sobie razem siedzi przy stolikach i kulturalnie spędza czas. Teatr. Dla wielkich zysków tych ludzi.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.